Z fotela Maciejewskiego: SUPERJOWITA

O SUPERMENCE w reżyserii Jerzego Gudejki:

Supermenka dobrze wygląda na zdjęciach. W niemal każdym smartfonie są odpowiednie aplikacje pomagające wyretuszować zmarszczki, wyciemnić tło, zaróżowić depresję. Zdjęcie jednak nie wystarczy. Czasami trzeba jeszcze wyretuszować sobie życie. A do tego potrzeba siłacza.

Sztuka Doroty Maciei sprawnie wyreżyserowana przez Jerzego Gudejkę przypomina łzawy reportaż z kolorowego magazynu kobiecego. Oto kolejna opowieść o sile i determinacji dziewczyny, której zawalił się świat. Tego typu pokrzepiające historie, w których specjalizuje się u nas Katarzyna Grochola oraz liczne grono jej klonów, łatwo jest wyśmiać, albo z poczuciem wyższości lekceważąco machnąć na nie ręką. Nie mam na to najmniejszej ochoty. Po pierwsze, uważam, że w literackim, teatralnym świecie jest miejsce na wszystkie gatunki, również na rozrywkę, po drugie wiem doskonale, że dla wielu czytelniczek (może także i dla czytelników) utwory takie jak „Supermenka” są swego rodzaju antydepresantem, wyzwaniem do podjęcia walki. O siebie, czyli o wszystko.

Supermenka” ma jeszcze jeden plus, w tym przypadku całkowicie przesądzający o powodzeniu przedstawienia. To przyjemność obcowania z Jowitą Budnik aktorką jednoosobowo rządzącą na scenie. Spektakl w reżyserii Gudejki stanowi powrót Budnik do teatru po wielu latach przerwy. Jako utalentowana amatorka grająca w filmach i serialach, miała wprawdzie na koncie niewielkie role teatralne, zagrała choćby Isię w „Weselu” Wyspiańskiego w reżyserii Krzysztofa Nazara w Teatrze Powszechnym, występowała również w skandalizujących „Prostytutkach” Eugeniusza Priwieziencewa, potem jednak, jak pamiętamy, na wiele lat wycofała się z aktorstwa, żeby powrócić jako symbol kina Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego również dzięki wrażliwości i talentowi Jowity Budnik, kolejne filmy Joanny i Krzysztofa Krauzów z „Placem Zbawiciela” i „Papuszą” na czele, stały się wielkimi wydarzeniami. Na premierę czeka także ostatni film reżyserskiej pary z główną rolą Jowity – „Ptaki śpiewają w Kigali”.

Po powrocie do kina, przyszedł czas na teatr, a chociaż rozwód był wyjątkowo długi (minęło ponad dwadzieścia lat od ostatnich występów Budnik w Teatrze Powszechnym), patrząc na Jowitę nie widać żadnej tremy. Co więcej, dzięki spotkaniu z tekstem Matei i bezkolizyjnej reżyserii Gudejki, Budnik ujawniła niemal dotąd nieznany temperament komiczny i charakterystyczny, bo chociaż „Supermenka” jest miejscami dramatem, zdecydowanie częściej śmiejemy się, niż smucimy.

To monodram, a zatem na scenie niepodzielnie rządzi ona Jowita Budnik. Pierwsza, najsłabsza część przedstawienia, to scenki z życia korporacyjnej harpii, zołzowatej i traktującej podwładnych niczym pionki. Restrukturyzacja firmy łącząca się ze zwolnieniem „szefowej” to początkowo igraszka, potem zdezorientowanie, ponieważ kolejne propozycje jakimś cudem nie nadchodzą, wreszcie wyczerpująca walka o przetrwanie. Nagle zaradna życiowo, pewna siebie kobieta, zauważa, że chociaż w jej szafie wciąż wiszą markowe ciuchy, jej nie stać najpierw na nową kieckę, potem na taksówkę, w końcu nawet na bilet miesięczny. Domowe menu, które urozmaicały dotąd owoce morza i wyszukane kompozycje sushi, zostały zastąpione bułką z pasztetową. A finansowej klęsce towarzyszy katastrofa osobista, bo to często idzie przecież w parze. Atrakcyjna businesswomen dla przyjaciół przestaje być ciekawa jako bezrobotna kura domowa z tłustymi włosami. Budnik gra tę przemianę bez sentymentalizmu, za to z poczuciem humoru ratującym bohaterkę przed każdą opresją. I w finale rzeczywiście dostajemy pokrzepienie, na które wszyscy po cichu czekaliśmy. Przegrana nie jest sexy wolimy Supermenki. Nawet po przejściach.

Łukasz Maciejewski

Leave a Reply