Niedźwiedź Wojtek czyli Taka historia

Tomasz Miłkowski o najnowszym dramacie Tadeusza Słobodzianka w reżyserii Ondreja Spišáka (Scena na Woli):

Historia przedstawiona w najnowszym dramacie Tadeusza Słobodzianka, określona w podtytule jako „historia arcypolska” jest nią w istocie. Pisarz sięgając bowiem po zmitologizowaną już opowieść o niedźwiadku syryjskim, przygarniętym przez żołnierzy 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii 2 Korpusu Polskiego i ich wzajemnych związkach, odsłania zapomniane dzieje zapomnianych żołnierzy. To arcypolska historia. Piękna i smutna. Prawdziwa jak skomplikowane były polskie dzieje. Pomyślana niczym socjologiczny przekrój przez polskie społeczeństwo II Rzeczypospolitej, a zarazem opowieść poetycka. Jak do tej pory niedźwiedzie nie opowiadają historii. Ale tutaj tak. Jak w bajce dla dzieci.

Rzecz nie tyle o żołnierzach wyklętych, ile o żołnierzach pozbawionych nadziei powrotu do swoich małych ojczyzn, starych siedlisk, wskutek działań wojennych zepchniętych na margines dziejów. Tak jak ich syryjski niedźwiadek, któremu nadali imię Wojtek, kończący życie na wygnaniu,. Chociaż Wojtkowi powiodło się na koniec jeszcze gorzej od nich – trafił na wiele lat do klaki w szkockim zoo. Nie chcę nawet snuć porównań.

Słobodzianek oparł konstrukcję sztuki na sprawdzonym wcześniej zamyśle Naszej klasy. W tamtym dramacie, to kolejne lekcje i komentarze jednego z uczniów, a zarazem wykonywane wspólnie pieśni i wyliczanki budowały rytm opowieści. Tutaj opowiadaczem historii jest niedźwiedź Wojtek, podobnie jak jego przyjaciele żołnierze wygnaniec i uchodźca, uratowany/ni, choć przegrany/ni. I tutaj także piosenki, głównie żołnierskie, ale i słodko-idiotyczne, sentymentalne piosenki Tadeusza Faliszewskiego, jqk choćby sławne: Szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie… budują solidne ramy opowieści.

Scena na Woli przedstawia kwadratową arenę, wypełnioną żwirowym piaskiem, otoczoną ze wszystkim stron widzami – zrazu to pustynia, a na koniec wybieg dla Wojtka. Tajka scena ma ogromne wymagania i stwarza niemałe trudności wykonawcom, którzy muszą pokonać niestabilność sypkiego podłoża i nauczyć się obcowania z wszechobecnym okiem widza.

Od początku, nim publiczność wypełni salę, aktor grający niedźwiedzia (Michał Piela) leży na arenie. Co pewien czas zmienia pozycję. Nie wygląda na misia z Krupówek, z którym pozowało się do zdjęć. Plecy okrywa mu buro-brunatna tunika czy narzutka, ale to żadna włochata sierść. Nie nosi się też sztucznego niedźwiedziego pyska. Niedźwiedziowatość Piela musi zagrać. Co więcej, niedźwiedziowatość zmieniającą się w miarę opowieści Zaraz po krótkim wstępie, wprowadzającym w nastrój opowieści, miś-narrator cofa się w wojenną przeszłość, kiedy jako młody niedźwiadek utracił matkę-niedźwiedzicę. Wtedy odnalazł współczucie i wsparcie wśród polskich żołnierzy. Potem dorastał, jego ruchy stawała się cięższe. Piela znalazł sugestywny sposób na ukazanie swego bohatera bez natrętnego przedrzeźniania zwierzęcia. Podjął udaną próbę nadania mu cech swoistych, odmiennych od cech człowieka. Wyraża się to w nieco wolniejszych ruchach, zdumiewającej skoczności i lekkości koziołków, co dla mężczyzny tak potężnej budowy jak Piela jest prawdziwym sportowym wyzwaniem, ale także w sposobie artykulacji, nieco zakłóconej specyficzną skazą i swoistością reagowania na bodźce. Zwłaszcza walka o zrozumienie ludzi, którą Wojtek właściwie bez ustanku stacza, daje tu o sobie znać i sprawia, że staje się on coraz bliższy nie tylko bohaterom dramatu, ale i publiczności.

W spektaklu Ondreja Spisaka grają młodzi aktorzy, głównie niedawni absolwenci warszawskiej Akademii. To dla nich ważny sprawdzian. Każdy z nich ma tu bowiem do zagrania „mały monodram”, czyli monolog, kierowany niby do Wojtka, a tak naprawdę do samego siebie, w którym z odwagą biorą się za bary z własnym życiem, przerwaną biografią, straconymi marzeniami. Siłą tych monologów jest ich prostota, demonstracyjna zwyczajność, unikanie patosu. Nie szukają oni współczucia ani odwetu, po prostu opowiadają. Ten uczciwy ton w mówieniu o życiowych doświadczeniach, ucieczka od tonacji rozliczeniowej czy oskarżycielskiej, budzi zaufanie. Monologi te przecież składają się na zbiorowy portret pokolenia walczącego podczas drugiej wojny światowej na Zachodzie, które w większości pozostało tam na zawsze, z poczuciem niezabliźnionej rany w sercu.

A piosenki? Te najwyraźniej przywodzą na myśl niegdysiejsze widowisko Ireneusza Kanickiego i Lecha Budreckiego w warszawskim Teatrze Klasycznym (poprzedniku Studia) Dziś do Ciebie przyjść nie mogę (1967), potem wystawiane jeszcze w kilkunastu teatrach w całej Polsce. Do dzisiaj bywa przedmiotem szyderstwa jako przejaw rzekomego kultu Mieczysława Moczara, a tymczasem cieszyło się niebywałym powodzeniem. Ten zbiór piosenek partyzanckich grywano nawet trzy razy dziennie! Spektakl popłynął Batorym do Kanady i USA. Wszędzie witany entuzjastycznie. Oczywiście, sprawiała to nostalgia, tęsknota za światem bezpowrotnie utraconym. Czasy dzisiaj inne, ale widziałem, że i teraz piosenki żołnierskie (czasem koszarowe), których nie brakuje w dramacie Słobodzianka, wyciskały z oczu łezki. Pokażcie mi takiego, kto pozostanie obojętny, słuchając „Czerwonych maków na Monte Cassino”. Udało się więc autorowi inteligentnie scalić opowieść o żołnierzach zapomnianych z wieczorem tłumionego sentymentu patriotycznego, który przecież od czasu do czasu potrzebuje zaczerpnąć świeżego powietrza.

Tomasz Miłkowski

NIEDŹWIEDŹ WOJTEK Tadeusza Słobodzianka, reż. Ondrej Spišák, scenografia i kostiumy Szilárd Borásos, taniec Anna Iberszer, muzyka Piotr Łabonarski, drugu reżyser Ewa Słobodzianek, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy, Scena na Woli im. Tadeusza Łomnickiego, prapremiera 6 maja 2016

Leave a Reply