WSZYSTKO JEST MOŻLIWE

Z Martą Król, aktorką Teatru Dramatycznego, rozmawia Grażyna Korzeniowska:

Spotykamy się w przerwie próby sztuki „Dziwny przypadek psa nocną porą” Simona Stephensa. Premiera niemal za chwilę, 10 lipca, otworzy zarazem Letni Przegląd Teatru Dramatycznego.

W dramacie Stephensa Marta Król gra Judy, matkę głównego bohatera. Opowiada nam o tej roli, a także o swojej filozofii sztuki, teatru, artystycznych poszukiwań. Niniejszy zapis jest pierwszą częścią długiej i interesującej rozmowy.

 

Gratuluję wyróżnienia na tegorocznym festiwalu „Dwa Teatry” za rolę w spektaklu „Walizka” autorstwa Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego…

– Bardzo dziękuję…

 

Nagrody są dla pani potwierdzeniem, że dobrze wybrała zawód, deprymują, skłaniają do stawiania sobie wyższych wymagań artystycznych?

 

– To wyróżnienie jest dopiero drugą nagrodą, jaką dostałam w zawodowym życiu. Zatem, by odpowiedzieć na to pytanie muszę chyba jeszcze poczekać na kilka innych… Żartuję. Mówiąc szczerze, byłam zaskoczona tą nagrodą. Zupełnie się jej nie spodziewałam. Tym bardziej że „Walizkę” zrealizowaliśmy prawie dwa lata temu. Potem dość długo czekała na emisję, a ja byłam już zajęta kolejnymi wyzwaniami zawodowymi. Naturalnie to bardzo miła nagroda, przy czym nie mogę nie wspomnieć, że „Walizka” w Sopocie zdobyła sporo nagród. Grand Prix dla reżysera i za role dla Adama Ferencego i Krzysztofa Globisza. Nagrodą za tekst wyróżniono autorkę Małgorzatę Sikorską-Miszczuk, Witolda Płóciennika za zdjęcia, Ewę Gdowiok za scenografię.

Nagrody są niewątpliwie potwierdzeniem dobrego wyboru zawodu. Mogą jednak deprymować. Zwłaszcza że jestem tuż przed premierą. Żeby więc uspokoić drżenie serca, powiedziałam sobie: Super! Bardzo się cieszę, że moja rola została zauważona przez jury i wyróżniona, a na festiwalu było wiele interesujących spektakli, w których grali świetni aktorzy. Ale teraz, Marta, bierz się do roboty i skup się na postaci Judy…

Judy, to bohaterka dramatu „Dziwny przypadek psa nocną porą”, którego premiera odbędzie już 10 lipca br. na Scenie Na Woli Teatru Dramatycznego. Ta kobieta jest postacią dość kontrowersyjną, powiedzmy najogólniej, by nie zdradzić szczegółów. Miała pani wątpliwości, czy przyjąć te rolę?

 

– Gdy przeczytałam sztukę po raz pierwszy, a jeszcze nie wiedziałam kogo w niej zagram, poczułam przyspieszone bicie serca. Spodobała mi się. Była mocna, robiła wrażenie. Pomyślałam – fantastycznie byłoby, gdybym grała Judy.

 

Jej postępowanie, może się widzom nie spodobać, mogą go nie zrozumieć, a nawet potępić… Co panią pociągało w Judy?

 

– Dla mnie najciekawsze, chociaż oczywiście niełatwe do zagrania, są role odległe od mojej psychiki, od mojego sposobu myślenia i postępowania. One są wyzwaniem! A zarazem ciekawie jest wskoczyć w skórę kogoś zupełnie inaczej myślącego, zbliżyć się do niego i działać tak jak on, nawet jeśli do końca nie rozumie się tego bohatera.
Czytałam niedawno wywiad z Alem Pacino, w którym przyznawał, że on nie każdego swojego bohatera rozumie. Nie wszystko da się zrozumieć. Zdarza się przecież, że nawet sami robimy coś, nie bardzo wiedząc dlaczego.

Ta rola – zobaczą państwo na premierze – pokazuje Judy na kilku etapach życia. W planie nierzeczywistym i w planie realnym. Widzimy ją w retrospektywie, w wyobraźni Christophera, jej syna. Potem stopniowo staje się realna, gdyż chłopak odkrywa, że być może matka nie umarła, jak mu mówiono, i zaczyna jej szukać.

Dla mnie dramat Stephensa jest historią o odbudowywaniu, a właściwie o budowaniu od podstaw relacji między matką a synem. Bardzo istotnej relacji…. lub… Jednej z najistotniejszych relacji… Tyle mogę powiedzieć, by nie zepsuć potencjalnym widzom przyjemności uczestniczenia w spektaklu „Dziwny przypadek psa nocną porą.”

 

Pani najbliższym partnerem w tej sztuce jest, debiutujący w dużej roli, Christophera, młody aktor Krzysztof Szczepaniak. Taki partner wymaga większej uwagi, wyrozumiałości?

– Mamy do siebie zaufanie. Oboje jesteśmy aktorami, którzy zmierzają do wspólnego celu. Ja szanuję, to co Krzysiek proponuje w swojej roli, a on szanuje moje propozycje.
Szukamy wspólnego języka scenicznego, sposobu pokazania interesująco wzajemnych trudnych relacji matka-syn. A są one dodatkowo skomplikowane, gdyż jego bohater jest autystykiem. Nie znosi dotyku. Cierpi, gdy się go dotyka. Proszę sobie wyobrazić bezradność matki, która nie może swojego dziecka przytulić, pogłaskać, wziąć na ręce… Jakiego zatem innego sposobu porozumienia ma użyć, żeby do niego dotrzeć? To są pytania naszych bohaterów, i zarazem nas, grających ich aktorów.

 

Gdy obserwuje się pani aktywność artystyczną, okazuje się, że jest pani bardzo zajęta na różnorodnych polach. Związana jest pani z Teatrem Dramatycznym, gdzie regularnie występuje, gra w filmie, w teatrze telewizji, studenckich etiudach filmowych, w serialach. Wynika to z artystycznego nienasycenia, niepokoju, że czegoś pani artystycznie nie doświadczy?

– Raczej z ciekawości. Jestem ciekawa świata i ludzi. Interesuje mnie wiele rzeczy. Nie stawiam sobie barier, ograniczeń, że mam być, na przykład, wyłącznie aktorką teatralną, nie. Dzisiaj jestem aktorką, jutro może napiszę scenariusz, a pojutrze – zrealizuję film, albo otworzę… sklepik z ubraniami. Nie mam ściśle określonego planu, wedle którego będę się realizować.

Życie przynosi tyle możliwości, propozycji, że warto je zauważyć i podjąć, bo stają się wyprawą w inną przestrzeń, są spotkaniami z nowymi, ciekawymi ludźmi i nauką czegoś nowego.

Taką nową przestrzenią pani działalności aktorskiej jest Teatr Trans-Atlantyk, przedsięwzięcie poza oficjalnym nurtem teatru. Jak pani się w nim znalazła?

 

– To był właśnie splot okoliczności, który przyniosło życie. Pewnego dnia skontaktował się ze mną Paul Bargetto, amerykański reżyser, którego poznałam przy okazji warsztatów teatralnych, w których brałam udział. Powiedział, że chce założyć teatr w Polsce, zaprasza mnie do tego projektu, ale szuka także jeszcze kilku aktorów i zapytał, czy pomogę mu pomóc w tych poszukiwaniach? Dołączył mój przyjaciel, aktor Grzegorz Sierzputowski. Stopniowo powiększaliśmy zespół, rodziły się różnorodne pomysły, kierunki artystycznych poszukiwań. Na Noc Muzeów przygotowaliśmy zabawny spektakl, który wystawiliśmy w pracowni Jagi Hupało i do którego chcemy jeszcze powrócić.

Najbardziej dotychczas znany jest wasz spektakl „Album Karla Hoeckera”. Wstrząsający dokument-oskarżenie zbrodni II wojny światowej…

 

– Pomysł tego spektaklu narodził się rok temu w czerwcu. Nie mieliśmy nic, by go zrealizować – pieniędzy, ludzi, kostiumów, scenarzysty. Szczęśliwie zgodziła się z nami współpracować dramaturgicznie Małgorzata Sikorska-Miszczuk. To ona nakreśliła scenariusz „Albumu…”. W spektaklu bierze udział piątka aktorów, nad którymi reżysersko czuwa Paul Bargetto.

 

Co daje aktorom udział w niezależnym projekcie?

 

– Mnie, bo mogę mówić tylko za siebie, po pierwsze – ogromną przyjemność bycia z ludźmi, których cenię i lubię. A po drugie – poczucie niczym nieskrępowanej artystycznej wolności. Wiemy, że cokolwiek wymyślimy, możemy to zrealizować. I ta nasza torba z pomysłami wciąż rośnie i pęcznieje. Jedne zrealizujemy wcześniej, inne później, niektóre może wcale, ale wśród nich są różnorodne projekty – wszystkie ważne, które chcemy opowiadać widzom na swój sposób, swoim językiem.

Poczucie wolności tworzenia, to jest chyba najważniejszy wyróżnik naszego działania. A także radość organizowania naszego teatralnego przedsięwzięcia. Wszystkim zajmujemy się sami – od promocji, poprzez dbałość o kostiumy, rekwizyty, logistykę przemieszczania się po Polsce, po sprzedaż biletów.

 

Jest w tym działaniu coś z romantyki dawnych wędrownych trup teatralnych…

– Zapewne, ale najwspanialsze między nami jest wzajemne zaufanie do siebie na scenie i poza nią. Zaufanie, które buduje się podczas przygotowań spektaklu, a one nie ograniczają się wyłącznie do prób aktorskich. Każdy z nas ma wyznaczone określone zadania, także organizacyjne. To pokazuje, kto i jak się w nich sprawdza, a zarazem buduje nasze partnerstwo. Nie mamy zwierzchnika, zarządzającego, działamy wspólnie. Po takich doświadczeniach wiemy, że możemy na siebie liczyć w kolejnym projekcie.

Jaka jest zatem rola reżysera, Paula Bargetto?

 

– Traktuje nas po partnersku. Liczy się z naszym zdaniem. Podczas budowania scen, spektaklu, kieruje naszą uwagę w określoną stronę, ale też bardzo dużo z nas bierze. Nie jest reżyserem despotą, bezwzględnie narzucającym swoją wizję i wymuszającym ją na aktorach. Taki styl pracy chyba nie sprawdziłby się w Trans-Atlantyku.

Aktorstwo jest dla pani psychodramą, misją, naprawianiem świata, dzieleniem się ideami?

 

– Na początku nie wiedziałam czego chcę od tego zawodu. Czułam przede wszystkim potrzebę wejścia w inny, dziwny świat. Myślę, że był to rodzaj ucieczki w przestrzeń, gdzie wszystko jest możliwe. Miałam bowiem poczucie, że na scenie mogę wszystko. To było – i wciąż jest – ekscytujące.

Teraz zaczynam odkrywać, że aktorstwo jest dawaniem. Jest dzieleniem się pięknem. A ja szukam go w różnych rzeczach, które mnie otaczają. Lubię sztukę, która dotyka piękna nawet w sposób nieoczywisty, poprzez brzydotę, poprzez okrucieństwo nawet, ale zarazem opowiada o czymś, co jest ważne. Misja? Nie, to za duże słowo. Misją jest zawód lekarza, który ratuje życie. Aktorstwo, chociaż jest też ciężką pracą, jest bliższe zabawie.

Sztuka jednak przynosi katharsis…

 

– Tak, dobra sztuka czasem oczyszcza. Sama tego, jako widz, doświadczyłam. Chciałabym, żeby sztuka prowokowała widzów do zadawania ważnych pytań, poruszała, skłaniała do myślenia, bo świat bierze się z ludzkich myśli, wyobrażeń, poglądów, nawyków.

Rozmawiała Grażyna Korzeniowska

Dodaj komentarz