DZISIEJSZEMU

U Tennessee Williamsa tramwaje nie mają numerów, tylko nazwy, ten autorski nazywał się „Pożądanie”. W bohaterach tamtej sztuki, w jej formie i magii, Krzysztof Warlikowski odkrywa nową rangę ważności. U niego trwały element pejzażu urbanistycznego, jakim jest un tramwaj /tramwaj, to archetypowa scena nowoczesna. Tak w Warszawie, jak gdzie indziej tramwaje nocą biegną liniami rozświetlonymi jak żyły miast. I choć tam mają piękniejsze pojazdy, to ludzie są w nich tak samo samotni.

I tak samo jadą na spotkanie iluzji i złudzeń. W motywie tramwaju pęd pojazdu i pęd czasu, – nietrwałość, ulotność życia – stapiają się w jedno. Wsiadamy i wędrujemy z Blanche Dubois w poszukiwaniu miłości w wielkim mieście. Tym, którzy błądzili we współczesnej metropolii i błądzą dalej w poszukiwaniu szczęścia, ta podróż nie przyniesie pocieszenia.

Także i w samej profesji reżysera jest wędrowanie, słuchanie nerwowego rytmu miast, podglądanie ludzi, patrzenie. Krzysztof Warlikowski wprowadzając na scenę postaci Tennessee Williamsa ogląda w nich nasze aspiracje, ułomność i rozpacz. Nowoczesna technika narracji teatralnej jest sposobem sondowania nowoczesności.

W osobliwej stylistyce tkanej z aluzji kulturowych, w przedstawieniu zmierzającym ku abstrakcji, którego atmosferę współtworzą songi w wykonaniu ekscentrycznej Renate Jett – współczesne doświadczenia uzyskują mityczny rezonans i głębię. Widzimy bohaterów zmagających się z całym światem, z sobą w świecie. Ale przecież nam wszystkim świat się wymyka. Dzisiejszemu, nam, takim pięknym, wybranym, teatr pokazuje bolesny wymiar egzystencji.

Blanche skupia na sobie całą uwagę. Obserwując pierwszy obraz, ten rozpoczynający spektakl, czujemy się jak u progu ciemności. Siedzi na krześle, bełkocze, kamera powiększa na ekranie jej twarz – chorej kobiety. To zjawisko obce nam, brzydkie. Obraz jawnie szydzi z naszych oczekiwań.

Ręce żyją odrębnym życiem, szarpią ciało. Jej dusza balansuje na granicy wypowiadalności. Isabelle Huppert gra szorstkim, antyestetycznym gestem, wypluwa słowa, wykonuje wysiłek artykulacji z ustami wypełnionymi wkładką chroniącą zgryz w atakach epileptycznych. Z bełkotliwej, rozchwianej logorei dolatują strzępy sensu.

Ta introdukcja znacząco określa status historii, jaką opowie nam teatr. Głos chorej idący z głębi mroku – a mrok jest udziałem i postaci, i widza – ten głos chce być jeszcze raz wysłuchany. Gdy wybrzmi opowieść, wracamy do punktu wyjścia. Blanche pozostawia nas z niepojętą tajemnicą swojej traumy.

Francuska aktorka, specjalistka od chorej duszy kobiecej, broni udręczonych marzeń Blanche. Reżysera interesuje Isabelle Huppert jako ikona nowoczesnej kultury, która w tej roli wędruje przez spiętrzone aluzje literackie, by jeszcze raz zapytać o kobiecość dziś, o jej słabość i siłę.

Los Blanche odzwierciedla rozdarcia współczesności. Ona nie godzi się na komunię skór, chce sięgnąć po więcej, po coś, czego życie nie daje. Krytykuje małżeństwo siostry. Ale to Stella w skomplikowanej, niszczącej miłości wyrywa życiu swój kawałek szczęścia. Gdy dwoje kochanków siedzi obok siebie w milczeniu na łóżku, Stanley (Andrzej Chyra) rysuje na nagim ciele Stelli (Florence Thomassin) abstrakcyjne desenie, z offu słychać słowa Salome tańczącej przed Herodem, plastyka tej sceny mówi o kobiecie – naturze, o szczęściu, gdy poddaje się ona tajemnym rytmom kosmosu, wchodzi w cykl odnawiania, prokreacji.

Blanche nie zadowala to, co istnieje. Ona żyje romantycznymi mitami. W tym spektaklu, gdzie aktorstwo jest znakiem ideograficznym, biometaforą, jest piękny moment, gdy Isabelle Huppert otulona szczelnie suknią, schowana niczym w bezpiecznym łonie, opowiada tęsknotę Blanche za duchową jednią. Przywołuje utopię pierwotnej androgynii, mit o szukających się po świecie połowach, męskiej i żeńskiej.

Pragnąc komunii dusz bohaterka szuka niemożliwego. Pochwycony przez kamerę obraz, ten, gdzie są twarze Isabelle Huppert i Andrzeja Chyry z figurą kręgla w tle, mówi o nieustającej grze pomiędzy kobietą i mężczyzną, która stanowi napęd istnienia i jego dramat zarazem. Nie powstrzymamy biegu tramwajów. Egzystencjalny pesymizm Krzysztofa Warlikowskiego, wyznawany niekiedy lirycznie, czasem wyzywająco, każe myśleć o freudowskim rozpoznaniu kultury jako źródła cierpienia.

Bohaterowie zmagają się z paradoksami przez całe pokolenia projektowanymi na symbole kultury. I których obecność ciągle odczuwamy w sobie. Świadczy o tym ta sugestywna, budowana z antytez scena, gdy gwałt na Blanche miesza się z ekstatycznie odśpiewanym przez Renate Jett fragmentem z ”Jerozolimy wyzwolonej”, i z wizerunkiem Świętej Madonny na ekranie. To teatr opowiada ambiwalencje egzystencji. Rozdarcie między pragnieniem czystości a sferą płci i seksu. Sprzeczności kultury, w której kobiecość ulega uwzniośleniu i sakralizacji w obrazie Matki Boskiej, bądź zostaje zdegradowana do chuci.

Blanche Dubois należy do wielkiej rodziny tych, którym nie udaje się zadomowić w świecie. Odrzucona, pod wpływem życiowego niespełnienia rozpada się w szaleństwo. W końcowej scenie Isabelle Huppert cytuje Edypa, bohatera złego losu. Edyp będzie powracał aż do końca świata z przekłutymi oczami, żeby przypomnieć, że nic nie jest bardziej nasze niż ciemność. Więc gdy bohaterka wchodzi w mrok – kamera emituje na ekranie oczy Isabelle Huppert, która jest Blanche, która jest figurą nowoczesności. Spojrzenie intensywne, skierowane ku sobie, ku widzowi, ku mnie. Ten obraz, jego siła polega na nagromadzeniu pytań bez odpowiedzi, trafia patrzącego – mnie – w serce.

Barbara Hirsz

Krzysztof Warlikowski ”Un tramway/Tramwaj” Theatre de l’Odeon premiera4 lutego 2010.

Isabelle Huppert otrzymała po raz pierwszy przyznaną w 2010 roku polską nagrodę ”Modjeska Prize” dla wybitnej światowej aktorki.

 

Dodaj komentarz