Made in Pipidówa

Mały człowiek i wielkie pytania? W małym świecie? W spektaklu "Woyzeck" w reżyserii Karoliny Maciejaszek, który premierę miał na olsztyńskiej Scenie Margines najwięcej jest małego miasteczka.
Dopiero potem ujawnia się pseudofilozoficzna natura bohatera – Woyzecka, człowieka ustawionego przez społeczeństwo na najniższym szczeblu w hierarchii "made in pipidówa". Na końcu zaś jest… wielka miłość, której też bliżej do nikłych rozmiarów niż wielkich euforycznych uczuć. Ma po prostu facet pecha. Życie mu nie sprzyja. Woyzeck jest bowiem fryzjerem – też zawód niewielkich lotów.
Spektakl jest pełnowymiarowym debiutem reżyserskim Karoliny Maciejaszek, a dramat Georga Büchnera do banalnych i prostych nie należy. Toteż reżyserka chciała od razu wskoczyć do głębokiej wody. Jednak zapomniała o kole ratunkowym i z trudem dotarła do brzegu. Bowiem "Woyzeck" w jej interpretacji nie odpowiada na uwypuklane przez nią problemy, a wręcz stawia pytania – skąd w bohaterze takie postępowanie? Bo nie ma tu poniżanego i maltretowanego człowieka, który jednak zna cenę swojej godności. Stąd też ciężko dojść po nitce do kłębka, że nie tylko zazdrość, ale i poniżanie przez innych kończy się grzechem śmiertelnym. Woyzeck zabija swoją ukochaną Marię. Jednak ten czyn nie usprawiedliwia uczuć i odczuć zakochanego fryzjera. A jak mówiła Maciejaszek przed premierą – czy lepiej jest być błaznem, czy zwierzęciem?
W przedstawieniu nie ma jednak ani jednego, ani drugiego. Jest tylko mętny Woyzeck. Co prawda zakochał się – trafiło się ślepej kurze ziarno, ale nic więcej ze sceny nie płynie. I co z tego, że pada kilka szyderstw w jego kierunku, ale gdzie papryczka w tym daniu? I nie chodzi tu o krwisty befsztyk, ale o zarys przepisu. Woyzeck bowiem walczy o własną godność i miłość ukochanej tylko w opisie sztuki. A to za mało. Na scenie bowiem chowa się to gdzieś pod grubą warstwą nudnych scen okraszonych muzyką z hiszpańskiego puebla i francuskich przedmieści. Ostatnie rytmy akurat mają znaczenie – utwór "Le Vent Nous Portera (Niesie nas wiatr)" są autorstwa grupy Noir Désir nazywanej "sumieniem Francji", której wokalista Bertrand Cantat zabił z zazdrości swoją ukochaną – Marie Trintignant. Aluzja do Woyzecka więc tu jak najbardziej – rockowy i małomiasteczkowy Otello na jednej scenie… Jednak różnica między Cantatem a Woyzeckiem jest taka, że ten pierwszy uznany był za bożyszcze tłumów.
Reżyserka podkreślała wcześniej, że spektakl sprowadziła do kilku ostrych zdjęć – do "polaroidów" z życia. Jeśli rzeczywiście tak oglądać "Woyzecka", to tym trudniej poukładać sobie te wycinki w całość, a tym bardziej wyciągnąć z nich wniosek. Bo jednak "zbrodnia to niesłychana" – pan zabija panią. Jednak bez żadnych emocji. A jeśli już szukać jakichkolwiek ekscytacji – można dostrzec uśmiech groteski, bowiem Woyzeck (Grzegorz Gromek) nie pasuje do swojej ukochanej, w którą wciela się Noemi Rogalewska. To niby zabieg celowy podkreślający, że każdy jest rzeczywiście z innej planety, ale nie forma, ale treść powinna rozpisać tę partyturę tragicznej miłości. Jeśli już iść śladem Maciejaszek – on poza tym, że szuka sensu świata – jest niski, zamknięty w sobie, małomiasteczkowy – taki "made in pipidówa", a ona to potężna kobieta, wyrwana jakby z innej opowieści. Jednak świadoma swojej kobiecości – chociaż nie ciała, co podkreślają skrępowane sceniczne ruchy. Nie ma w nich nawet małego ognika, który tak innych rozpala. Ale pomimo – jest chętna do mężczyzn – zwłaszcza, gdy zapłatą są tandetne kolczyki i korale.
I tu na myśl przychodzi powieść Olgi Tokarczuk "Prawiek i inne czasy", w której pojawia się postać Kłoski. Można porównać i Marię, i ją właśnie – bowiem patrząc na ukochaną Woyzecka, ma się wrażenie, że ona – niczym Kłoska – mogłaby oddać się za pęto kiełbasy. Nie jest bowiem wyszukaną damą, nie jest piękna, nie jest namiętna. Ot, małomiasteczkowa "kobieta przechodnia", w której zakochany jest Woyzeck i który nie dostrzega jej podwójnej gry. Ale czy w spektaklu można zauważyć tę dwoistość? Skoro to "polaroidy" małej rzeczywistości, więc i tak, i nie. Ale być może to też taki "podstęp reżyserski", który ma być furtką do umysłu Woyzecka – zawieszonego w ubogiej próżni, którego całym światem zewnętrznym jest zakład fryzjerski, a wewnętrznym – Maryś. Tylko że spektakl to nie czas na cerowanie skarpety.
Maciejaszek – jako że wystawiła spektakl na Marginesie, który jest sceną małą – więc i zmodyfikowała tekst Büchnera, by się wpasować w olsztyńskie realia. Dwojako – Olsztyn bowiem nie jest metropolią, więc Woyzeckowi bliżej tutaj, niż na przykład do warszawskich zakładów fryzjerskich. I znów można powiedzieć – made in… prowincja. Ale biorąc pod uwagę tylko rozmiary sceny – w sztuce występuje sześć osób. Nie ma tłumów, nie ma innych kobiet – znajomych Marii. Poza głównymi bohaterami występuje jeszcze Doktor – Cezary Ilczyna, Kapitan – Marian Czarkowski, Idiota (Andrzej) – Grzegorz Sowa i Tamburmajor – Piotr Lizak. I żadna postać nie wybija się w swojej kreacji, co jednak może też podkreślać małomiasteczkowość i miałkość ludzi z miejsc-widm, bo takie przychodzą do głowy, gdy mowa o "Woyzecku".
Aktorzy więc nie są silną stroną spektaklu. To samo można powiedzieć o scenografii autorstwa Anny Chadaj. Wielka fototapeta przedstawiająca łąkowy pejzaż z zawieszonym w rogu po lewej księżycem i obrazkiem Matki Boskiej znajdującym się pośrodku nie podkreśla żadnej ze scen. Tym bardziej zastanawiające jest umieszczenie "na łące" po przekątnej księżyca nieużywanej suszarki i dwóch manekinowych głów w perukach. Nie trudno się domyślić, że mają one symbolizować zakład fryzjerski. Ale po co? Są zbędne, bowiem żadna postać z nich nie korzysta, a sam fakt golenia mówi już za siebie, z jakim miejscem ma widz do czynienia. Scenografia sprawa wrażenie "przegadanej", a sztuka niedomówionej. "Woyzeck" kończy się i nic się nie zaczyna. Widz nie zadaje sobie pytań, nie zastanawia się nad rewirami umysłu. Bo nie ma ku temu powodu. Ot, Woyzeck nie potrafił załatwić sprawy jak mężczyzna, więc zakończył historię w najprostszy sposób.

Ada Romanowska

Tekst ukazał się na www.e-teatr.pl

Dodaj komentarz