Zabawa na śmierć i życie
„Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” w reż. Agnieszki Glińskiej w Teatrze Studio w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w Przeglądzie.
Ten dramat Masłowskiej ma już ustaloną renomę, nie pierwszy raz trafia na scenę, ale bodaj po raz pierwszy tak zdecydowanie ujawnia swoją siłę komiczną. Agnieszka Glińska zburzyła wszelkie tamy, otworzyła przed aktorami pole do indywidualnych popisów, nie stroniąc od gagów, chwytów kabaretowych, slapstickowych, przebieranek, zabawy w pozory, zastępczej animacji ilustrującej laleczkami dramaty ludzi.



Najbardziej cenię te książki o artystach, z których tchnie życie, w których są obecni nie tylko jako twórcy, ale i jako ludzie. Jak można być bardziej obecnym niż w listach? Listach szczególnych, z których wyłania się wyjątkowy artysta i opromieniony miłością człowiek. Czy miłość ta została „skonsumowana” czy też nie? Takie zakłady robią między sobą koleżanki p. Wiesławy Domańskiej, która owe listy wydała własnym nakładem w ilości 302 numerowanych egzemplarzy. Brak odpowiedzi, nawet sugestii, w tym względzie to dodatkowa zaleta tej książki. Jednoznaczność nigdy nie jest tak ciekawa jak wieloznaczność. Poza tym… Dopowiedzenie pewnych spraw zawsze je zubaża. Tu owa miłość do Marii Teresy Antoniny i do teatru (a może odwrotnie? Do teatru i Marii itd.?) mieni się bogactwem barw i odcieni. Jest w tych listach i artysta, wyjątkowy w świecie teatru, i człowiek – chyba równie wyjątkowy.

„Teatr jest miejscem, w którym spełnia się zarówno aktor, jak i widz. Będę grał w teatrze tak długo, jak długo owacje publiczności nie staną się dla mnie ważniejsze od granej przeze mnie roli” – mówi Henryk Talar.
Dzisiaj, 5 września, i jutro w Teatrze WarSawy na Rynku Nowego Miasta na afiszu GRUZY, „czarna komedia” Dennisa Kelly’ego. Równie dobrze można by określić ten utwór mianem thrillera urbanistycznego (jak inną znaną i graną w Warszawie sztukę Kelly’ego – „Sieroty”) albo tragikomedii ze sfer marginesu społecznego.
Niewiele brakowało, a ten festiwal w ogóle by się nie odbył, potwierdzając tym samym regułę pechowej trzynastki. Ale, na szczęście, za sprawą entuzjastów (z szefem festiwalu na czele), determinacji teatru i ministerialnej dotacji festiwal odbył się, jak co roku, gromadząc wierną publiczność, a na finałowej odsłonie także i tych, którzy słyszeli już opowieści o legendarnym duecie Bodecker&Neander.
Trudno oczywiście w kilku zdaniach scharakteryzować różnorodny tematycznie dorobek pisarski Zofii Posmysz. Jest ona bowiem autorką zarówno tak zwanej „prozy obozowej”; utworów związanych z tym wielkim powojennym nurtem literatury polskiej (obok słynnej Pasażerki z 1962 r. wydała Wakacje nad Adriatykiem, 1970, opowiadania z tomu Ten sam doktor M, 1982 i wspomnieniową opowieść o poobozowej wędrówce do kraju Do wolności, do śmierci do życia, 1996 oraz ostatnio opowiadanie Chrystus oświęcimski). Jest też autorką powieści o tematyce współczesnej, psychologiczno-obyczajowej i społecznej (Mikroklimat, 1975, Cena, 1978, Wdowa i kochankowie, 1988), a także licznych słuchowisk i reportaży radiowych (wyd. pt. Przystanek w lesie, 1975) oraz scenariuszy filmowych i widowisk telewizyjnych…
Teatr ma się (finansowo) gorzej – jak wszyscy. A to oznacza, że przestawia tory poszukiwań repertuarowych na małe formy: monodramy, spektakle kameralne, które wymagają mniejszego nakładu kosztów. W spektaklach jednoosobowych pojawiło się sporo „debiutantów”: Barbara Wysocka, Marian Opania, Jacek Poniedziałek albo rzadkich gości jak Katarzyna Figura. Sezon otworzyła potęga w świecie monodramu, czyli Krystyna Janda, Danutą W., spektaklem przyjętym z należnym uszanowaniem, które nie zawsze sztuce służy. Podobno na premierze w Gdańsku artystka z wrażenia zaniemówiła.
Upalny letni wieczór, przytulna sceneria Teatru Żydowskiego i dyrektor Szymon Szurmiej szukający odrobiny chłodu w kolejnych pomieszczeniach. Siadamy przy stoliku i zastanawiam się, o co można zapytać człowieka, który skończył 90 lat, z czego większość na scenie, i o teatrze wie niemal wszystko. Z jednej strony pytania cisną się na usta, z drugiej jest pewna niezręczność w ich zadawaniu. Bo czy nie brzmi infantylnie pytanie o podsumowanie? Ale na tym mi zależy. Chcę poznać refleksje człowieka, który widział i dotykał przemian w teatrze przez niemal stulecie…
Festiwal na warszawskiej Scenie na Woli rozpoczął się od deseru. Wrocławski Teatr Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego przyjechał z wysmakowanym spektaklem Szatnia, opartym na choreografiach sławnych przedstawień patrona. Dla młodych widzów, którzy nie zetknęli się z teatrem prowadzonym przez Tomaszewskiego i jego dziełami była to okazja do spotkania ze stylistyką Mistrza, z jednej strony głęboko związaną z literaturą i motywami mitycznemu, z drugiej ze studiowaniem samej natury ruchu. Widzom starszego pokolenia wrocławscy artyści stworzyli niezwykła okazję ponownego spotkania z legendarnymi spektakli, których duch – w nowej oprawie fabularnej, inteligentnie wiążącej fragmenty wielu spektakli – ożył z prawdziwa siłą .
W tygodniku „Przegląd” (nr 31/2013) z Piotrem Fronczewskim, laureatem tegorocznej Nagrody im. Tadeusza Zeleńskiego-Boya rozmawia Tomasz Miłkowski