RODOWÓD TEATRU LALEK DLA DOROSŁYCH
Od 17 do 23 czerwca 2015 roku w Białymstoku odbywa się Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek dla Dorosłych „Metamorfozy”. Już z samej nazwy wynika, że przedstawienia będą dziełem zespołów teatralnych z udziałem lalki lub form zastępujących lalkę, a repertuar będzie adresowany nie do dzieci, a do osób dorosłych. Praktyka pokaże, czy będzie to lalkowy teatr parawanowy czy teatr na żywym planie (estradzie) grany przez aktorów z lalką czy bez lalki. Można mieć nadzieję, że połączy lalkowy teatr zespołowy ściśle parawanowy (i jego różne formy klasyczne) z eksperymentami i grą aktora z lalką na żywym planie.
Z tej okazji warto przypomnieć pewne fakty z dziejów teatru lalek dla dorosłych – pierwsze przedstawienia dla dorosłych inscenizowane w zespołowych teatrach lalek (od 1945 roku) oraz występy solistów z lalką na estradzie (od 1955).
Po drugiej wojnie światowej (od 1945) powstawały w Polsce najpierw tradycyjne teatry lalek – z lalką i parawanem, nawiązujące do historii polskiego teatru lalek uprawiającego od XVI wieku właśnie takie klasyczne formy – najpierw teatr mechaniczny i teatr marionetek, zazwyczaj prezentowany przez zagranicznych lalkarzy, a od XVIII wieku teatr lalek wykorzystujący niemal wszystkie rodzaje lalek i form pokrewnych (maska, przedmioty, ręce aktora), ale zazwyczaj w przestrzeni wyznaczonej lalkarskim parawanem.

Ingmar Villqist, reżyser „Lotu nad kukułczym gniazdem” w Teatrze Bagatela, nie miał łatwego zadania.
O próbie „aksamitnej” likwidacji Teatru Sceny Prezentacje przez stołeczny ratusz w „Dzienniku Trybuna” pisze Tomasz Miłkowski:
Wirtualny fotel… Latający fotel…Miejsce obce słodkiej drzemce po kawie…Wirtualny fotel to dla krytyka – rekwizyt szczególny… Taki jak miotła dla czarownicy, zielichy, wiedźmichy. Na pierwszy wspólny lot zapraszam po trajektorii pozornie znanej i bliskiej, a jednak niezupełnie bezpiecznej. Pas startowy niezbyt szeroki i prosty. Na trasie turbulencje, chmurzyska i wichry. Gdzieś w dole, zamiast (tak modnych w mieszczańskim i dostatnim świecie) egzotycznych pejzaży – malarstwo Tomka Perlicjana, szalonego awangardzisty, „Penetratora Przestrzeni Mistycznych”, jednego z ostatnich przedstawicieli Bohemy. Zatem „Eviva L’Arte”! Na pohybel wszechogarniającemu prostactwu, ciemnocie, pop kulturowej magmie! Na pohybel uprzedzeniom, stereotypom, głupocie!
Po powrocie ze szwedzkiego SCENKONST BIENNALEN w Malmö Tomasz Miłkowski pisze w „Dzienniku Trybuna”:
O spektaklu „Ruchele wychodzi za mąż” Savyon Liebrecht w reżyserii Jacka Papisa w Teatrze Żydowskim pisze Grażyna Korzeniowska:
Dobrze być recenzentem. Nie ma lepszego uczucia niż pozytywne zaskoczenie. Ostatnie prace duetu Maja Kleczewska-Łukasz Chotkowski, wywoływały raczej dezorientację i zażenowanie, wyglądały jak rozpisana na kolejne sezony wyprzedaż sprawdzonych konceptów i wypróbowanych metod, swoista „ciucharnia kleczewska”.
O monodramie Janusza Gajosa pisze Tomasz Miłkowski:
Śladami teatru w Gdyni – w związku z pracami jury konkursu dla młodych krytyków teatralnych – podąża Bożena Frankowska:
Rozszerzona wersja recenzji monodramu Zofii Wichłacz „Porozmawiajmy po niemiecku”, opublikowanej w tygodniku PRZEGLĄD ( nr 22/25.05, 28-05-2015):
O ZARĘCZYNACH Tomczyka w Teatrze TV pisze Miłkowski w Dzienniku Trybuna:
Wciśnięta w kąt celi – wyje, zawodzi, złorzeczy swoim katom, siebie nazywa męczennicą i przyszłą świętą. Jej głowa, niemal łysa z kępkami siwych kosmyków, kołysze się na chudej szyi.
1. Zawarł ten pamflet Juliusz Słowacki w dramacie pt. „Kordian”, a pokazał w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach inscenizator i reżyser Piotr Szczerski.
Pytanie nie brzmi, czy PIW się uratuje, ale kto dobije sławne nie tylko w Polsce wydawnictwo. Wygląda na to, że wyrok już zapadł w kręgach urzędniczo-politycznych, pani minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego nawet wyrwało się niezręcznie, że „PIW zbankrutował” (choć to nieprawda), sprawa wydaje się załatwiona: prawa autorskie do serii i dawnych, wartościowych tytułów oraz PIW-owski znak firmowy przejmie Instytut Książki, kamienicę przy ulicy Foksal w Warszawie też i po kłopocie.
Teatr Żydowski zapowiadał zmiany. I słowa dotrzymał. „Dybuk” w reżyserii Mai Kleczewskiej – słynnej z prowokacyjnych, ostrych i skandalizujących spektakli –rozpoczynający obchody 65-lecia Teatru Żydowskiego (tuż przed 72. rocznicą powstania w warszawskim getcie – co nie jest bez znaczenia) jest wyjątkowo udaną próbą zmierzenia się z klasyką jidyszowego dramatu.
Ostentacyjnie długi tytuł okazuje się refrenem dramatu, który zawiera swego rodzaju przestrogę: Nie ma ucieczki przed zapłatą, złe uczynki (jak kto woli: grzechy) zostaną policzone, nie jesteś bez winy, każda/każdy dokłada swoją cząstkę do zbliżającej się apokalipsy. Pozornie zabawny dramat, komedia (bo krew się nie leje), w której dochodzi do krótkiego spięcia między przyjaciółmi i w małżeństwie o solidnym już stażu, niesie ze sobą głębokie treści, staje się obrazem naszych czasów przesilenia i naszego świata wewnętrznego, demonstracyjnym pokazem osobności każdego człowieka i bez szans na porozumienie z tym drugim.