Przejdź do treści

Loża


Autorski przegląd teatralny, nieoficjalny dodatek Yoricka.
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Jak wygrali powstańcy…

Od lat rocznica wybuchu powstania warszawskiego przebiega w atmosferze radosnego festynu i triumfu. Maluczko, a moralne zwycięstwo przedzierzgnie się w militarne.

Co więcej, w tym roku zgodnie ze słowami red. Tomasza Sakowicza, ziściły się marzenia powstańców: „Powstańcy teraz wygrali – napisał „Gazecie Polskiej Codziennie” jej redaktor naczelny . – Patrząc na prezydenta elekta Andrzeja Dudę, którego powstańcy i ich rodziny przyjęli ogromnym aplauzem, można powiedzieć, że cel polityczny Powstania Warszawskiego został właśnie zrealizowany”. Słowem, gdyby nie wzniosłe ofiary powstańcze nie doczekalibyśmy takiego triumfu. Trudno o bardziej strzeliste głupstwo.

Nie po raz pierwszy legenda powstania (czarna lub biała, w zależności od potrzeb) zostaje zaprzęgnięta na użytek bieżącej walki politycznej i potrzeb propagandowych. Trudno nie zgodzić się z Tomaszem Łubieńskim, pisarzem, wybitnym znawcą romantyzmu, autorem esejów nawiązujących do schedy powstania, m.in. książki „Ani triumf, ani zgon” (2004), że to wyszydzanie powstania i prześladowania ze strony nowej powojennej władzy sprawiły, iż krzepła jego heroiczno-wzniosła legenda. Dość wspomnieć osławione hasło „AK, zapluty karzeł reakcji” albo pokazowe procesy, w których oskarżano powstańców. Toteż ci, którzy ocaleli, pielęgnowali idylliczny bez mała obraz powstania jako ruchu pełnego nadziei i honoru. I trudno się temu dziwić.

Dowiedz się więcej »Jak wygrali powstańcy…

Warszawa Singera

W ostatnim tygodniu sierpnia warszawski plac Grzybowski i okolice będą tętnić życiem. Po raz dwunasty trwać będzie zaplanowany z rozmachem Festiwal Kultury Żydowskiej – Warszawa Singera.

Festiwal organizuje Fundacja Shalom i Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich, a wychodziła go i niestrudzenie prowadzi Gołda Tencer. Festiwal wciąż „puchnie”, sam jego program wraz z krótkimi opisami wydarzeń to niemała książeczka licząca w tym roku 180 stron. Obrasta więc coraz to nowymi pomysłami i atrakcjami, przekracza rogatki Warszawy, ma swoje flanki w Biłgoraju, Leoncinie, gdzie Singer się urodził, Radzyminie, a nawet w Nowym Jorku, do którego Singer przeniósł się już 1935 roku, ale tak naprawdę nigdy w nim nie zamieszkał – duchowo wciąż pozostawał w Polsce. Wyczuwali to Amerykanie, toteż w wielu opracowaniach dotyczących literackich laureatów Nagrody Nobla traktowali Singera jako polskiego pisarza, choć nigdy po polsku nie pisał. Nie pisał też po angielsku. Jego ojczyzną był jidisz.

Dowiedz się więcej »Warszawa Singera

Statystycznie średnio

Kilka tygodni temu Ryszard Bugaj zwierzył się w którymś z programów informacyjnych, że przysłuchiwał się spotkaniu zwolenników Pawła Kukiza. I odniósł nieodparte wrażenie, iż zebrani jeszcze nie wiedzą, że świat jest jest skomplikowany.

Podobne wrażenie sprawiają oświadczenia pana prezydenta i ministerstwa Kultury (tudzież jego przedstawicieli) dotyczące stanu kultury polskiej. Prezydent Duda podjął problem w swoim orędziu w duchu tzw. czarnego PR, przywołując obraz postępującej degradacji, bez mała spustoszenia. Ministerstwo opublikowało na to dictum zestawienie sukcesów (niewątpliwych), jakie zostały odniesione m.in. na polu budownictwa muzeów. Rzecz w tym, że obie strony mają rację albo racji nie mają wcale.

Dowiedz się więcej »Statystycznie średnio

Z fotela Maciejewskiego: WIARA MALUTKA

„Wiersze trzeba mówić, nie recytować”. Adam Woronowicz cytuje często słowa swojej mentorki, Mai Komorowskiej. W widowisku „Miłość” w reżyserii Andrzeja Kukuły opowiada o życiu frazami z wierszy księdza Jana Twardowskiego. Robi to w stylu zaskakująco wręcz skromnym: żadnej emfazy, podkreśleń, wykrzykników, nawet minimalnej kokieterii. Bohater Woronowicza mówi wiersze, wręcza publiczności kartki z poezją księdza Jana, towarzyszą temu akordy Janusza Strobla, wirtuoza gitary. W prostocie interpretacji, podobnie jak w samej poezji księdza Twardowskiego, jest prawda razowego chleba, niewinnej trawy – „karmelitanki bosej”, ale i zaklęcia umarłych którzy zawsze odchodzą zbyt wcześnie. Żadnych wielkich słów, zaklęć, obietnic.

Dowiedz się więcej »Z fotela Maciejewskiego: WIARA MALUTKA

Taki dialog

Może to upał, ale powołanie przez prezydenta Komorowskiego ostatnim rzutem na taśmę przed zakończeniem kadencji Rady Dialogu Społecznego nie wywołało wielkiego wrażenia. To dobrze, że dialog się wznawia, ale jaki będzie, jak zwykle, zadecyduje praktyka.

A jak wiadomo, to właśnie praktyka rozmowy wedle reguły „mówił dziad do obrazu” sprawiła, że poprzedniczka Rady, czyli Komisja Trójstronna zakończyła swój żywot. Jak będzie tym razem, zobaczymy. Tymczasem jednak doświadczenie dialogu na innych szczeblach i forach nie są nazbyt krzepiące. Pani premier peregrynuje po kraju sama albo w otoczeniu rządu i wygłasza monologi, które nazywa dialogiem. W odpowiedzi słyszy, jak się podejrzewa, zorganizowane a szpetne wyzwiska (a to nieładnie), które przyjmuje z zadziwiającą pokorą, a nawet pewną satysfakcją: oto, powiada, dowód jak krzepnie w Polsce wolność, każdy może na rząd pokrzyczeć, o czym mu się tylko zachce. Tak właśnie wygląda i ma wyglądać fundament wolności i demokracji: rząd, władza swoje, obywatele swoje. Ci drudzy pokrzyczą, bo jest wolność, ale my i tak zrobimy swoje.

Wygląda na to, że ten właśnie model obowiązuje w lekceważonym przez obecną ekipę obszarze kultury. Niech sobie artyści, intelektualiści pokrzyczą, pofiglują, oprotestują, a my i tak zrobimy swoje, bo władza ma zawsze rację.

Dowiedz się więcej »Taki dialog

Z chaosu wyłoniło się Słowo, Posłowie zresztą też…

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień ósmy. Koncert urodzinowy, czyli zasadniczo komedia muzyczna z elementami etno w relacji rozbawionej do łez krytyczki.

Powiedzmy sobie jasno: na początku może i był Chaos, ale najpierw był Jerzy. Dorastał, pił piwo, łowił ryby i pilnie się uczył. Gdy miał 12 lat, sam przepłynął ocean (zdaje się, że na pokładzie MS „Stefan Batory”), uczył się angielskiego i miał różne młodzieżowe marzenia. Jeszcze później poznał niejakiego Williama Shakespeare’a (rzecz jasno poprzez dzieła i dramaty wszelakie); wymarzyło mu się więc wystawianie rzeczonego po polsku. Ale do tego potrzebna była scena; to zaś z kolei oznaczało teatr. Tak to Jerzy wyśnił swoje największe marzenie: teatr Williamowi wybudować, by wystawiać tam sztuki jego.

Zaczęło się banalnie: studenciaki, niezwykle się przyłożywszy, wystawili dla dzieciaków „Króla Lwa”. Była ich piątka: Uczony (zwany Profesorem), Leo (zapatrzony w Profesora i jego wizję), Super Ha (wcielenie zdroworozsądkowego realizmu i logicznego myślenia), EDU – ward (misją stało się wychowanie dzieci i młodzieży poprzez teatr) oraz Szklarz (marzył mu się teatr maleńki, taki osobny, niewielki, w Oknie; bo on z rodu szklarzy). Korciło ich zarażanie maluchów wirusem teatru, edukacja poprzez bajki, chwalebne wychowywanie przyszłych widzów. Jakież musiało być ich zdziwienie, kiedy w prasie wyczytali, że wedle krytyki całkiem nieźle i z głębią psychologiczną wyszedł im ten… „Hamlet”… Na ich miejscu też bym się wielce mocno zdziwiła; człowiek walczy, pracuje, tworzy tego „Króla Lwa” – dla dzieciaczków, coby teatralnego bakcyla złapały. I co za to? Specem od Hamleta niejakiego go czynią, aktorem szekspirowskim nazywają.

Dowiedz się więcej »Z chaosu wyłoniło się Słowo, Posłowie zresztą też…

Teatr Wybrzeże ambitnie realizuje polską klasykę

Murzyn warszawski – po gdańsku – pisze Alina Kietrys:

Idea słuszna. Grajmy na polskich scenach polską klasykę, najlepiej tę zapomnianą, albo tę z kanonu lektur. Jak ludzie nie czytają, niech chociaż oglądają. Ongiś słusznemu upowszechnianiu polskiej, cennej literatury służyły ekranizacje filmowe. Moda na Noce i dni, Krzyżaków, Lalkę, Trylogię, Faraona, Przedwiośnie, Ziemię obiecaną, Nad Niemnem… i czytadła z 20-lecia – kwitła. Teraz różne teatry w Polsce są wspierane w tych szczytnych ideach popularyzowania polskiej klasyki przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, bo trwa rok jubileuszowy teatru publicznego i konkurs na „klasykę żywą”.

Dowiedz się więcej »Teatr Wybrzeże ambitnie realizuje polską klasykę

85- letni Ryszard Ronczewski – Za zakrętem…?

Złotą rybkę poprosił, by zostawiła Mu jeszcze trochę czasu…

Alina Kietrys o monodramie Ryszarda Ronczewskiego:

Liryczny Pierrot? Srebrny włóczęga? Człowiek o gumowej twarzy? Tak podpisał pod koniec ubiegłego stulecia zdjęcie znanego w Trójmieście aktora Ryszarda Ronczewskiego jeden z Kataryniarzy, prezes Klubu Studentów Wybrzeża Żak Andrzej Cybulski. Kataryniarze – to była twórcza formacja końca lat 50. i początku 60.: studenci z różnych uczelni, aktorzy, plastycy, muzycy, inżynierowie, medycy skupieni właśnie w Żaku. Wtedy to aktywnie i artystycznie objawiał się Ryszard Ronczewski jako uczestnik i współtwórca „Cyrku Rodziny Afanasjeff” – offowego teatru rodzinnego. Dyrektorem – Poliszynelem, wielkim magiem tego przedsięwzięcia był Jerzy Afanasjew, Kolombiną Alina Ronczewska-Afanasjew, Pierrotem – Arlekinem Ryszard Ronczewski, brat Aliny ściągnięty do Gdańska z Łodzi, gdzie był reżyserem Studenckiego Teatru Satyrycznego Pstrąg. Ronczewski postrzegany był jako „aktor zawodowy poświęcający się pantomimie”, miał za sobą letni kurs u Marcela Marceau. W skład rodzinnego Cyrku Rodziny Afanasjeff wciągnięty został, a nawet „zaadoptowany” świetny muzyk – Janusz Hajdun, kompozytor muzyki do nagrodzonego kilka lat później Oskarem Tanga Rybczyńskiego. Dowiedz się więcej »85- letni Ryszard Ronczewski – Za zakrętem…?

Gruzjo, powiedz swym synom….

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień siódmy. Co ma wspólnego dumny niepokorny gruziński Duch i Honor z chicagowską mafią czasów prohibicji? Absolutnie perfekcyjny „Juliusz Cezar” w reżyserii Roberta Sturui, przywieziony do Gdańska przez Shota Rustaveli Dramatic Theatre w relacji krytyka osłupiałego z zachwytu.

Najpierw, gdzieś koło początku czerwca było nazwisko: Robert Sturua. Potem wahanie: „Wieczór Trzech Króli” czy „Juliusz Cezar”? Po skwapliwej kwerendzie zaryzykowałam ten drugi tytuł, strzelając w sam środek tarczy. Zaczęłam cieszyć się na spotkanie z pomysłem, wizją, nieznaną mi wrażliwością i odbiorem sztuki. Wtedy dotarło do mnie, jakiej skali i klasy wyzwanie mnie czeka…!

Na swoje nieszczęście każdy z moich wyczekiwanych spektakli ma zwykle klucz, sub-sens, podtekst; wrodzonym talentem zawsze muszę „szukać dziury w całym”, czyli czytać pomiędzy wierszami. Potem do czasu wejścia na widownię stresować się, czy wszystkie klucze pasują do moich intelektualnych zamków.

Dowiedz się więcej »Gruzjo, powiedz swym synom….

Skupić się na sensach, znaczeniach, emocjach, zagrać wyobraźnią….

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień piąty. O „Hamlecie” z londyńskiego The Flute Theatre przywiezionym, terapeutyczno – psychologicznym, wedle metody twórczej Kelly Hunter zrealizowanym, opowiada Anna Rzepa Wertmann:

Potrafię czekać na inscenizacje naprawdę długo, cierpliwie i żarliwie. Jednak bywa tak, że czekam, szukam, cieszę się i… Znajduję: permanentny brak szacunku dla widza, wrzask, krzyk, pisk sceniczny, „granie na scenografię” (przecież wanna na scenie winna być mniej ważna od Widza – to dla Niego się gra, on winien być głównym adresatem i weryfikatorem tego, co widzi i odbiera ze sceny!), fatalną dykcję (o intonacji nie wspomnę przez resztki taktu i szacunku!). Wtedy, w moim wypadku, jest tylko jedno wyjście: kciuk w dół i do wyjścia z widowni. Nie oznacza to jednak, że znika niesmak i wściekłość, mija rozczarowanie; zaraz, za chwilę doznania spotęgują się jeszcze bardziej „in minus”! Trzeba wtedy znaleźć się jak najszybciej tam, gdzie jeszcze wiedzą jak grać, mają szacunek do widza i odbiorcy, zależy im na wzajemnej chemii pomiędzy sceną a widownią. Ten lek zawsze skutkuje, choć bywa coraz trudniejszy do znalezienia i właściwego zastosowania. We wtorek miałam to szczęście: jeden wyczekiwany spektakl niwelował „kaca teatralnego” po drugiej koszmarnej pomyłce…

Dowiedz się więcej »Skupić się na sensach, znaczeniach, emocjach, zagrać wyobraźnią….

Jaki EFEKT?

O spektaklu EFEKT w Teatrze Studio w magazynie „Manager Apteki” (2015, nr 3) pisze Tomasz Miłkowski:

Tego nie wiadomo. Gdyby było wiadomo, niepotrzebny byłby eksperyment. Tak więc dwoje wolontariuszy przez miesiąc, pod opieką lekarzy, ma zażywać antydepresanty, aby w ten eksperymentalny sposób potwierdzić ich oddziaływanie. W zasadzie są zdrowi, choć kto to wie na pewno, tak więc zażywane leki mogą wywołać niepożądane efekty. Ich nastrój może ulec gwałtownemu pogorszeniu albo przeciwnie: tak się poprawi, że będą zachowywać się euforycznie, nadaktywnie, nieprzewidywalnie. Wszystko, a ostrożniej: prawie wszystko, ma wyjaśnić badanie. Choć z pozoru bezpieczne, zawiera jednak element ryzyka. Doświadczyła tego na własnej skórze autorka sztuki Efekt, wystawianej właśnie w warszawskim Teatrze Studio (w reżyserii Agnieszki Glińskiej), Lucy Prebble. Aby zgłębić temat, zgłosiła się jako wolontariuszka, która w warunkach izolacji szpitalnej miała testować nowy lek. Wytrzymała tylko kilka dni. Sama izolacja szpitalna okazała się dla niej nie do zniesienia.

Dowiedz się więcej »Jaki EFEKT?

Hamlisiu, czy Ty w ogóle wierzysz w jakąkolwiek miłość…?

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień trzeci. Niezwykłym „Hamletem” Martina Tuliniusa (wodewilowo-kabaretowo-skandynawsko-brytyjskim), wypatrzonym na scenie kopenhaskiego Republique Theater szczerze zachwyca się Anna Rzepa Wertmann.

Lekki krok (kołyszący, gibający się, żywcem jak z filmów Macka Sennetta!), opadające staromodne gabardynowe spodnie na szelkach, surdut nieco już przetarty i wyświechtany, włoska fisharmonia w rękach (czasem bandoneon), na głowie szacowny melonik, nieodłączna charakteryzacja clowna (rodem z berlińskiego klubu czasów międzywojnia, przy tym troszeńkę jak z „It” Stephena Kinga): poznał ktoś, kto zacz? Martyn Jacques we własnej osobie. Od blisko ćwierć wieku jako leader i frontman The Tiger Lillies zachwyca falsetem, szokuje tekstami, zadziwia formą. Nieokreślający nigdy granic swojej wyobraźni, nieobliczalny na koncertach, nieznośnie perfekcyjny i dokładny, po trosze nieodgadniony.i Świat, który kreuje w swych songach jest brudny, przyziemny, unurzany w złu, kłamstwie i oszustwie, bagnie zdrady i dwulicowości. Uczucia, jeśli są pozytywne, tracą swą biel i szybciutko zderzane są z prozą życia i brukiem codzienności, uszlajanym ekskrementami i wymiocinami.

Dowiedz się więcej »Hamlisiu, czy Ty w ogóle wierzysz w jakąkolwiek miłość…?

Dyptyku krakowskiego część druga. O starości, roztropności w sądach i życiowej rozwadze.

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień drugi. Nowe spojrzenie Pawła Miśkiewicza na „Króla Leara” z wątkiem Godot owym i cytatami, czyli „Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna?”, kontestuje i komentuje Anna Rzepa Wertmann:

Przyznam się otwarcie: mam z tym spektaklem kłopot, i to duży. Bardziej byłam ciekawa podejścia Jerzego Treli do słów i emocji Leara, przefiltrowanych przez doświadczenie życiowe, pamięć sceny, własny bagaż przeżyć. Twórczości Pawła Miśkiewicza zupełnie nie znałam, czekałam na sam spektakl, wizję inscenizacyjną, pomysł na władcę, który odchodzi, nie wiedząc, jaki los sobie szykuje. Wiedziałam, że chcę zobaczyć, absolutnie nie zdając sobie sprawy na skok z jak wysokich blank mam się szykować… Takie teatralne wyzwania tygrysy kochają najbardziej. Gdy postawione przed faktem dokonanym, muszą sobie radzić swoim intelektem, ostrością spojrzenia, przenikliwością i perfekcjonizmem, analizować, rozważać, czytać kontekst „pomiędzy słowami”.

Dowiedz się więcej »Dyptyku krakowskiego część druga. O starości, roztropności w sądach i życiowej rozwadze.

Łatwo i przyjemnie?

Po powrocie z festiwalu TEATR W REMIZIE w Helu pisze Tomasz Miłkowski:

Czy zawsze musi być łatwo i przyjemnie? Literaturę i sztukę mam na myśli. Dziennikarstwo też. Od ćwierć wieku mam na chlebie, że czytelnik tego nie zrozumie, widz nie pojmie, słuchacz odrzuci. Trzeba więc prościej, łatwiej, żeby trafić do odbiorcy.

Na pierwszy rzut okaz myśl przednia. Kto by nie chciał porozumiewać się z odbiorcą, zasłużyć na posłuch i poklask? A jednak to, wydawałoby się, niewinne hasło mości drogę zwycięskiemu marszowi prawa Kopernika: zły pieniądz wypycha dobry, kiepski towar – lepszy, mierna sztuka – sztukę wysoką. Toteż półki księgarskie zalewa wszelkiej maści tandeta, a literatura wyższa kryje się po kątach, zepchnięta do rezerwatu dla wykształciuchów.

Dowiedz się więcej »Łatwo i przyjemnie?

Dyptyku krakowskiego część pierwsza. O sile życia i niemocy zapanowania nad nim.

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień pierwszy. O spektaklu otwarcia, czyli „Wielkim Johnie Barrymore” Williama Luce w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego, przywiezionym na gdańską scenę przez krakowski Teatr STU, pisze Anna Rzepa Wertmann.

Bywają teksty równie zwodnicze co śpiew syren wiodących na manowce Odysowych Wędrowców. Pozornie łatwe, proste, niezawodne; dwóch aktorów, fotel tronowy, skrzynia, kosz czerwonych jabłek, wieszak z dyndającą szesnastowieczną szpadą. Pułapka kryje się nie tyle w słowach, ile w tym, co w nie wkodowano. Emocjach, uczuciach, przyjaźni i nienawiści, empatii i egotyzmie, strachu i wsparciu. Witajcie w świecie Williama Luce; tu nader kocha się widza, dla którego tekst, który słyszy i widzi na scenie, to punkt wyjścia do intelektualnego pojedynku z autorem na cytaty, odniesienia, ślady. Oryginalny tekst „Barrymore” powstał dla kanadyjskiego Stratford Theatre Festival w roku 1996i: tam też miał swoją prapremierę w reżyserii Gene Saksa. Tytułowym odtwórcą miał być (już na etapie tworzenia) Christopher Plummer, partnerował mu zaś Michael Mastro.

Mimo trzech odsłon na scenach światowych (Broadway, Sydney i Dublin)ii oraz adaptacji filmowej iii, polskiej inscenizacji podjął się dopiero Krzysztof Jasiński, dyrektor krakowskiego Teatru STU. Karkołomnego zadania spolszczenia tekstu Luce, przy tym zachowaniu swoistego szalonego rytmu, przy całej jego tragi-komiczności przeplecionej melancholią i podskórnym strachem (zlanej obficie Jackiem D., najlepszym kamerzystą świata!) podjęła się Elżbieta Woźniak; w tłumaczeniu sztuka nosi tytuł „Wielki John Barrymore”. Pisząc te słowa wiem, że warto było czekać od połowy czerwca. Wtórym atutem prócz tekstu jest polska obsada. Szczerze mówiąc Jerzy Trela i Aleksander Fabisiak są duetem, który się pamięta, wspomina i do którego się wraca… Parafrazując Fisza (czyli starszego z synów Waglewskich!): po prostu Mistrzowie Starej Szkoły!

Dowiedz się więcej »Dyptyku krakowskiego część pierwsza. O sile życia i niemocy zapanowania nad nim.

Czytam, bo muszę

„Czy tata czyta cytaty Tacyta”, taka nieco karkołomna wyliczanka modna była za moich szkolnych czasów. Trudno się było wyjęzyczyć, łatwo się było przejęzyczyć. I choć wyliczanka zabawna, to jak się zastanowić, bardzo pouczająca, niczym przysłowie, które jak wiadomo mądrością narodu jest. Po pierwsze, wyliczanka stawia pytanie, czy tata czyta, a zatem, w podtekście, sugeruje, że byłoby nieźle, gdyby czytał, Co więcej, pyta, co mianowicie tata czyta, a więc interesuje się nie tylko ilością, ale i jakością.

Dowiedz się więcej »Czytam, bo muszę

Egzekutor

O kolejnym etapie dewastowania PIW-u przez właściciela (Skarb Państwa) pisze na lamach Dziennika Trybuna TOMASZ MIŁKOWSKI:

Pisałem kilka tygodni temu o ostatnim akcie walki o uratowanie Państwowego Instytutu Wydawniczego. Zawziętość Ministerstwa Skarbu w dziele wyrwania PIW z korzeniami ze zdrowej gleby polskiej gospodarki, przy cichej aprobacie Ministerstwa Kultury, nie wydawała mi się czymś niezwykłym. Dla liberalnych doktrynerów samo istnienie wydawnictwa państwowego, a tym bardziej wydawnictwa, które zaczyna sobie radzić (mimo że postawiono je w stan likwidacji), stanowiło wyzwanie nie do wytrzymania. Tak więc nie wytrzymali i przysłali nowego likwidatora.

Żeby było bardziej widowiskowo (?) przejęcie majątku PIW miało miejsce pod nieobecność dotychczasowego likwidatora, a poprzednio wieloletniego dyrektora PIW, Rafała Skąpskiego, który (podobno) nie poinformował zwierzchności, że jest na urlopie. Takie dziecinne tłumaczenie byłoby do przyjęcia w kraju, w którym nie ma telefonów ani innych metod komunikacji – nic nie tłumaczy Ministerstwa Skarbu przed zarzutem wywołania gorszących scen (stemplowanie gabinetu, atmosfera wrogiego przejęcia jak z filmu gangsterskiego).

Dowiedz się więcej »Egzekutor

ŚWIAT „ŚWIADOMOŚCI” I „NIEŚWIADOMOŚCI” HENRYKA

„Spektakl nie jest (…) tylko widzeniem, ani tylko słyszeniem, czy

jakimkolwiek wyłącznie doznawaniem, lecz jest sztuką czy pracą

penetrowania tego, co w języku religijnym określa się mianem

sekretu, tajemnicy czy misterium”. [Kazimierz Piotrowski

„Spektakularne ucieczki ze spektaklu (scientia ludorum dzisiaj)” ].

ŚWIAT „ŚWIADOMOŚCI” I „NIEŚWIADOMOŚCI” HENRYKA

(Polaka , żołnierza II wojny walczącego w północnej Francji, co w „Ślubie” Witolda Gombrowicza w Teatrze „Baj Pomorski” w Toruniu jedyny żywy na scenie widzi we śnie – rodzinny dom, rodziców pozostawionych w Małoszycach, przyjaciół, bliskich).

Witold Gombrowicz miał 19 lat (ur. 1904, zm. 1969), gdy w 1923 roku wydano w Polsce książkę „O marzeniu sennym” austriackiego neurologa i psychiatry, twórcy psychoanalizy Sigmunda Freuda (1856-1939). Badania Freuda wkroczyły wówczas w trzeci etap rozwoju jego teorii, bo po 1920 roku Freud zaczął rozszerzać i uogólniać swoją doktrynę o filozoficzno-socjologiczne koncepcje rozwoju człowieka i kultury. (Wcześniej były dwa etapy: pierwszy do ok. 1900, gdy freudyzm był głównie teorią powstawania zaburzeń psychicznych, ich diagnozy i leczenia; i drugi etap do ok. 1920 roku, gdy freudyzm wykroczył poza granice psychiatrii i stawał się ogólną teorią funkcjonowania psychiki ludzkiej – nie tylko w sferze indywidualnej, ale także w szeroko pojętej sferze socjologicznej – społecznej i politycznej).

Dowiedz się więcej »ŚWIAT „ŚWIADOMOŚCI” I „NIEŚWIADOMOŚCI” HENRYKA

Edward II – i miejmy nadzieję, że ostatni

O EDWARDZIE II w Starym Teatrze pisze Ewelina Drela:

Spektakl miał dwa plusy – był krótki i grany bez przerwy. Mimo to część widzów zdecydowała się opuścić salę w trakcie. W końcu ileż można czekać, żeby coś zaczęło się dziać? Gdyby, nie daj Boże, reżyser zdecydował się na przerwę, nie jestem pewna, czy jakiś śmiałek zdecydowałby się pozostać. Dowiedz się więcej »Edward II – i miejmy nadzieję, że ostatni

Karykatura muzeum?

O konflikcie wokół pomysłu warszawskiego ratusza, aby przyłączyć Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego do Muzeum Warszawy pisze w „DZIENNIKU TRYBUNA” Tomasz Miłkowski:

28 maja w warszawskim Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego odbyło się uroczyste otwarcie wystawy z cyklu Mistrzowie karykatury polskiej – „Żartowniś Lengrena. Zbigniew Lengren 1919-2003”. Patronat honorowy nad wystawą objęły ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Małgorzata Omilanowska i prezydent m.st. Warszawy Hanna Gronkiewicz-Walz. Tego samego dnia, jak na ironię, Rada Warszawy na wniosek Tomasza Thun-Janowskiego dyrektora Biura Kultury w urzędzie, którym kieruje prezydent Gronkiewicz-Walz, podjęła uchwałę o zamiarze połączenia Muzeum Karykatury z Muzeum Historycznym m. st. Warszawy.

Dowiedz się więcej »Karykatura muzeum?

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.