Z Anną Czekanowicz, poetką, autorką słuchowisk, tłumaczką, twórczynią libretta do prapremiery „Weisera” w Operze Bałtyckiej rozmawia Alina Kietrys
Gratuluję. Napisanie libretta na podstawie powieści Pawła Huelle, to nie było lada wyzwanie. Dobrze znałaś Pawła, mieliście bliskie relacje pokoleniowe, więc pewnie były emocje.
Były i są , bo to dopiero co po prapremierze.
Czy miałaś tremę, gdy podjęłaś decyzję, że będziesz autorką libretta?
Bałam się bardzo, bo po pierwsze wiem, że powieść Pawła jest powieścią kultową dla Gdańska, dla mojego pokolenia, ale myślę, że również dla młodszych ludzi, którzy czytają. No i jest to znakomita powieść, nie wiem czy nie najważniejszą w dorobku Pawła. Ona go w jakimś sensie przytłoczyła i później było mu bardzo trudno nawet pisać następne. Miałam więc ogromną tremę, ale też miałam takie poczucie, że Paweł by chyba chciał, żeby Weiser znalazł się na scenie operowej. Szczególnie, że był on – jak wiemy – niesłychanie wrażliwy na muzykę.
Nawet pod koniec życia chciał komponować, opowiadał mi o tym.
Znakomicie zresztą pisał o muzyce. Inspiracje muzyczne wypływały też zapewne z rozmów z Ewą Pobłocką, znakomita pianistką, z którą Paweł się blisko przyjaźnił. I chodził bardzo często na przedstawienia operowe. Akurat ostatni był „Król Roger”, który mu się zresztą bardzo podobał, więc… słuchał muzyki, był na nią wrażliwy, czuł ją.
Zatem pewnie się cieszy z „Weisera” w Operze Bałtyckiej?
Nie wierzę w to oczywiście, bo jestem zapiekłą ateuszką i myślę, że wszystko w naszym życiu kończy się w momencie, w którym przestajemy oddychać, ale z drugiej strony muszę ci powiedzieć, że jak pisałam libretto, czułam gdzieś Pawła. Czułam, że on jest, że on w jakimś sensie prowadzi mnie, uruchamia moją głowę. Zaczęłam od konspektu, którego się później zdecydowanie trzymałam. I wiedziałam, że ten pierwszy akt(łac. actus = czyn) część dramatu, będąca względnie samodzie... More będzie realistyczny poza początkiem nawiązującym do opresji religijnej.

Paweł Huelle sam nie pokusił się o adaptację swojej debiutanckiej powieści. Scenariusz do filmu „Weiser” napisał reżyser Wojciech Marczewski. Film pojawił się na ekranach w roku 2000.
I był średnio udany. Nie wywołał wielkich emocji. Reżyser zabrał gdańskość prozie Huellego. Przeniósł akcję filmu na Dolny Śląsk. Tam się oddychało inaczej niż w prozie Pawła, który akcję opowieści o Weiserze osadza w 1957 roku w Gdańsku, we Wrzeszczu.
To prawda, a jak wpadłeś na pomysł napisania libretta właśnie z tej prozy?
To nie był mój pomysł. Wszystko zaczęło się od tego, że Stefan Wesołowski, kompozytor, przyszedł do dyrektora Opery Bałtyckiej Romualda Wilcza-Pokojskiego i powiedział mu, że chciałby napisać muzykę operową do prozy Pawła Huelle. I że bardzo mu na tym zależy. Myślał o powieści „Śpiewaj ogrody”. I wtedy Romek mnie poprosił o konsultację i o opinię. Zapytał wprost, co ja myślę na temat tego, żeby Wesołowski pisał muzykę operową do powieści „Śpiewaj ogrody”.
Opera Bałtycka była zawsze Ci bliska, pracowałaś w niej parę ładnych lat.
Rzeczywiście. Parę lat zawodowych spędziłam w Operze Bałtyckiej i rzeczywiście mogłam wykorzystać wiedzę także muzyczną, którą posiadłam jakby zupełnie poza tą dotyczącą mojej pracy. A poza tym – jak wiadomo – od zawsze pisałam… I wtedy powiedziałam, że „Śpiewaj ogrody” absolutnie nie nadają się na operowe libretto, bo to rewelacyjna powieść wielowątkowa, w której jest jednak kilka niedokończonych opowieści. I wtedy zaproponowałam, że jeżeli już adaptować prozę Pawła, to albo należy sięgnąć po opowiadanie, albo po to, co najważniejsze w twórczości Pawła czyli po „Weisera Dawidka”. Dyrektor podchwycił pomysł. Zaczęliśmy rozmawiać. Później ja się wzięłam do roboty, czyli wielokrotnego czytania „Weisera Dawidka” na nowo. Przeczytałam tę powieść wiele razy nim zdecydowałam, że do operowej wersji wezmę z akcji powieści tylko jeden wątek.
Wątek młodzieńczy, dojrzewanie bohaterów…
Tak, bo jest niezwykły i w moim przekonaniu bardzo mocno rezonuje w Gdańsku, bo opowieść o Weiserze to gdańska powieść o tym, że młodzi ludzie są wolni, otwarci, tylko trzeba dać im szansę, żeby mogli sami oglądać świat i sami go komentować, i sami w nim być. Świat, w którym żyją bohaterowie Pawła, i co również napisałam w libretcie, jest niesłychanie opresyjny. Jest to świat, który właściwie nie daje specjalnych szans dwunastolatkom, bo są zamknięci pomiędzy dyktatem dorosłych, przemocą szkoły i indoktrynacją kościoła. To są niesłychanie mocne ograniczenia. Uznałam, że właśnie ten wątek będzie ciekawy jako libretto opery. Zaczęliśmy się spotykać ze Stefanem Wesołowskim, który również zaakceptował mój pomysł. Od początku wiedziałam, że Weiser musi śpiewać swoje partie kontratenorem. Weisser był żydowskim dzieckiem, najprawdopodobniej uratowanym przez przyszywanego, tajemniczego dziadka i miał bardzo mocną świadomość swojej inności. Nie wiadomo skąd przyszedł, nie wiadomo dokąd odszedł. Nie wiadomo, czy był naprawdę, czy był tylko wyobrażeniem tych młodych ludzi, z którymi organizował dziwny świat i dawał im takie przeżycia, które naznaczyły ich na całe życie. Myślę, że również to czuje się w libretcie. Nie odeszłam w libretcie ani na pół kroku od tekstu Pawła.
Ale wprowadziłaś nowe wątki np. kaszubski, którego nie ma w powieści.
To prawda, ale się nie sprzeniewierzyłam Pawłowi, ani tym go nie skrzywdziłam – tak myślę. To był świadomy mój pomysł.
I też postacią spoza powieści Pawła jest Żółtoskrzydły w libretcie mistyczny i tajemniczy. U Pawła to właściwie pacjent ze szpitala psychiatrycznego na Srebrzysku.
To wieloznaczna postać, tam samo jak Weiser. Realizowałam ten pomysł z pełną świadomością. To odniesienie do Starego Testamentu. Wprowadziłam też oryginalny hebrajski tekst. Prorok Ezechiel bardzo mocno zrymował mi się z postacią Żółtoskrzydłego.
U Pawła też ów chory uciekinier nie jest do końca wariatem. Mój Żółtoskrzydły jest jakby figurą św. Jana. W powieści Pawła mamy wątki i odniesienia do Starego Testamentu. Mamy Mesjasza i trzech apostołów – współtowarzyszy letnich eskapad Weisera: Pawła, Szymona (Szymka), Piotra i mamy też Marię Magdalenę, czyli zmysłową Elkę, dziewczynę Weisera.

Jest w powieści i w libretcie świat też całkiem realny obok tego wyimaginowanego i tajemniczego. To właśnie na Strzyży, gdzie mieszkał Paweł Huelle, chłopcy w latach 50. grali w nogę czy bawili się w lesie niewybuchami. Paweł dobrze o tym wiedział.
Fabuła związana z realnym światem tamtego leśnego Wrzeszcza była dla Pawła jak tworzywo, którym zaczął otaczać osobowość Weisera. Istotny jest fakt, że bohaterowie powieści są dwunastolatkami. Pamięć wojny jest niesłychanie świeża i teoretycznie jest to czas tuż po odwilży. A więc gotuje się w tym gdańskim tyglu. Chłopcy z jednej strony są indoktrynowani przez Kościół, z drugiej strony szukają swojej wolności, biegając po brętowskim cmentarzu, gdzie znajdują ślady tych, którzy odeszli.
To był ewangelicki cmentarz, przy którym stanął katolicki kościół. Pamiętam ten cmentarz w totalnej ruinie…
Gdańsk stoi na cmentarzach. Kiedy jedziemy Aleją Zwycięstwa, tak naprawdę poruszamy się po grobach. A jeszcze od ulicy Traugutta stary cmentarz kremacyjny i Szubieniczna Góra… Jest wiele rozmaitych miejsc magicznych, które jeżeli chce ktoś odkrywać, to je odkryje w Gdańsku. I muszę powiedzieć, że dyrektor Opery Bałtyckiej świetnie wykorzystał czas powstawania spektaklu „Weiser”. Wokół tego wydarzenia zorganizowane zostały np. spacery śladami Weisera Dawidka, ale też bardzo silne odżyło myślenie o tym, że trochę straciliśmy Pawła Huelle.
W listopadzie mijają trzy lata od jego śmierci. Zacieranie śladów jest pewną gdańską specyfiką także w kulturze, więc bardzo się cieszę, że Paweł wrócił do nas z taką siłą dzięki Tobie.
Muzykę do „Weisera” skomponowała Ewa Fabińska-Jelińska a nie Stefan Wesołowski.
Tak się czasami zdarza. Libretto pisałam intensywnie przez cztery miesiące i nie mogłam się zatrzymać. Nawet był taki czas, że nie wiedziałam, czy w ogóle będzie sceniczna realizacja, bo ciągle nie było muzyki, a potem kompozytor się wycofał. I wtedy Jarek Szemet (dyrektor muzyczny Opery Bałtyckiej) wskazał właśnie Ewę Jelińską, interesującą, młodą, nagradzaną wielokrotnie kompozytorkę z Poznania. Pojawiła się ona w momencie, gdy gotowe było libretto. Byłam przerażona, bo pomyślałam sobie: No tak, napisałam, co napisałam, teraz się zacznie, będziemy wszystko zmieniać. Ale nie. Kompozytorka poszła tropem mojego libretta. Dosłownie tylko dwa wersy wycięłyśmy z całego tekstu. Ja zachęcałam Ewę, by było jak najwięcej muzyki, by były wyraziste arie i rozbudowane sceny fabularne niemal bez słów.
Stąd pewnie choreograficzno-muzyczna scena kłótni małżeńskiej Korotków, czy świetna scena meczu piłkarskiego.
Scena meczu trzyma w napięciu, jest dobrze pomyślane inscenizacyjnie, dobrze rozegrana choreograficzno-muzycznie, więc świetnie się stało, że są właśnie w tym widowisku sceny podwórkowe. Choreografautor układu tanecznego w spektaklu baletowym albo w innego ... More Bartosz Dopytalski kapitalnie poradził sobie ze sceną meczu i dobrze ustawił sceny zbiorowe baletu i chóru. Warto obejrzeć „Weisera”, żeby zobaczyć jak można pokazać mecz piłkarski w operze.
W libretcie ważysz słowa.
Unikam wielosłowności. Denerwuje mnie we współczesnej poezji i literaturze mnożenie słów ponad miarę i niepotrzebna gadatliwość. Chcę, żeby słowo znaczyło.
Praca nad librettem zbiegła się z wznowieniem powieści Pawła.
Kiedy zaczęliśmy realizować zamysł operowy, wydawnictwo Znak zdecydowało o wznowieniu powieści „Weiser Dawidek”. Nowe wydanie pojawiło się na tegorocznych Gdańskich Targach Książki. Był to wielki sukces, bo po naszym spotkaniu: dyrektora opery, kompozytorki i moim, wyprzedane zostały wszystkie egzemplarze powieści, które przywiózł do Gdańska krakowski wydawca..
W tej operze jest kilka rodzajów muzyki.
I to wielka zasługa kompozytorki, która nie skupiła się tylko na takim rodzaju kompozycji, który zaspokajałby jej ambicje. Połączyła rozmaite gatunki, które też trochę ten tekst podpowiada. Pieśń kaszubska więc zderza się np. z muzyką religijną. I to robi wrażenie.
Usłyszałam też góralskie nuty, których się nie spodziewałam.
Myślę, że można w różny sposób i słuchać i czytać to, co się dzieje na scenie. A najważniejsze, że nie wszyscy muszą tak samo to odczuwać i rozumieć. Myślę, że do opery przyjdą widzowie na Weisera, niezależnie od tego, czy czytali powieść Pawła. Niektórzy zapewne sięgną po książkę. Pewnie będą też i rozczarowani, którzy uznają, że jeden wątek z powieści w tej operze, to za mało. Ale to jest właśnie magia sztuki, każdy może ją interpretować po swojemu.
Dziękuję za rozmowę i życzę wielu spektakli „Weisera” pełnych emocji widzów.

