Kochany, najukochańszy…
I nazwiska tych, których kochaliśmy, a oni o tym wiedzieli: Umer, Myśliwski.
Których kochamy: Barszczewska, Seweryn.
Zależało mi na tym, żeby obejrzeć telewizyjny zapis spektaklu z Teatru Polskiego na żywo, w telewizji, nie przy okazji, w streamingu, w nieskupieniu.
Chciałem być skupiony.
Zaduszki.
Z Tarnowa wróciłem dopiero co, w Krakowie, wśród moich filmów. W moim świecie.
Ze światem ludzi, którzy czuli, którzy kochali, którzy są, nawet jeżeli już byli.
Są tutaj, nawet jeżeli gdzieś tam.
Magda, pan Myśliwski.
Ich kunszt, ich klasa.
I Grażyna Barszczewska w roli będącej współudziałem, zrozumieniem, uwerturą do gry niekończącej się bisem, bo bisu nie będzie właśnie.
Tyle mamy życia, tyle do przekazania, tyle do powiedzenia, tyle do wyznania, tyle do miłości. Ale bisów nie będzie.
Myśliwski, psycholog, rozumiał to wszystko lepiej niż lepiej.
Magda Umer czuła, jak wiele innych rzeczy, pod skórą, czasami zdawało się, że tej skóry po prostu nie miała („A na zewnątrz jestem wesoła” – pisała Maria Dąbrowska w „Dziennikach”).
Grażyna Barszczewska, również jako autorka adaptacji, nie gra na siebie, nie gra na bis, wie, że ma do opowiedzenia coś ważnego, dla widzów – są ważni. I robi to tak, jak nikt inny (wizualne i foniczne partnerstwo znakomitego Andrzeja Seweryna).
Kochani, najukochańsi…
W zaduszki, w moim krakowskim mieszkaniu, myślałem o was wszystkich.
Kochałem jeszcze mocniej
Łukasz Maciejewski
