Chcemy mieć w środowisku dobrą pozycję? Musimy być urodziwi, bezczelni i złośliwie dowcipni. „Iwona, księżniczka Burgunda” Gombrowicza, z Teatru Polskiego w Bielsku Białej nas nie oszczędza – te cechy trzeba w sobie pieścić, by jadać konfitury, innych skazując na byt dużo gorszy – pisze Andrzej Piątek w relacji z 5. Festiwalu Arcydzieł – 64. Rzeszowskich Spotkań Teatralnych w Rzeszowie.
Jeśli nie, sami staniemy się kozłami ofiarnymi. By nimi nie być, ile przemocy jesteśmy w stanie wydobyć z siebie, by bliźniego zdeptać?
Lena Frankiewicz – reżyserka, podkreśla to bezlitośnie i sama nie bez złośliwości. Niewinnie idąc tropem Gombrowicza: Książę Filip dla kaprysu zaręcza się z cichą Iwoną, czym „dwór” jest zgorszony. Dlaczego? Iwona nie uśmiecha się, nie kokietuje, nie mizdrzy, nie udaje innej.
Anita Jancia, w luźnych dżinsach i rozciągniętej koszuli, bez makijażu, niezwykle oszczędna w środkach wyrazu – drobne zmiany spojrzenia, wahanie, niepewność – chce nam pokazać, że bycie Iwoną – dziewczyną odbiegającą od wizerunku, jakiego oczekuje społeczna większość, bywa normalnością. Mimo to, nadal grozi za to środowiskowa „kara”.
Frankiewicz wyraźnie eksponuje tu kwestię tożsamości, cielesności podkreślanych strojem, odmiennych wrażliwości i związanej z tym środowiskowej opresyjności.
W tym wychodzi Gombrowiczowi naprzeciw, niczego w nim nie naruszając. No, z wyjątkiem finału, gdzie po słynnej scenie z karasiami i ością, dodatkowo dopisuje ekstatyczny taniec Iwony, którym „księżniczka Burgunda” „wyrywa się”, opiera buntowniczo „dworskiej” ocenie.
Kamery w zbliżeniu pokazują twarz Iwony i nas na widowni, świadków, a może sędziów. Nie możemy powiedzieć „jaki ten dwór okropny”, skoro jesteśmy w jego centrum.
Scena kpiąco przypomina wybieg modowy, z lustrzaną podłogą. Światło demaskuje. Postacie coraz to zastygają w pozach. Tylko Iwona porusza się „normalnie”. Kostiumy są uszyte „z przekory” – kobiety w przestilizowanych, skąpych strojach, mężczyźni w marynarkach zszytych jak gorsety. Muzyka nie zdobi, to raczej część tej ludzkiej „maszynerii”.
Przedstawienie Frankiewicz pokazuje mechanizm przemocy, która nie potrzebuje czyjegoś rozkazu, jest tak wpisana w system, że działa samozapalnie. Wystarczy złośliwie powtórzyć czyjąś opinię, dołączyć do zbiorowego śmiechu by kogoś „zabić”.
Konkursowo na 5. Festiwalu Arcydzieł na werdykt czeka jeszcze „Faust” Goethego – z Teatru Siemaszkowej w Rzeszowie.
Andrzej Piątek
N/z Anita Jancia.
Fot. Archiwum Teatru Polskiego w Bielsku Białej.
