Komizm rodzi się z milczenia o sekundę za długiego, ze spojrzenia. Zaśmiejesz się zanim zrozumiesz, że zostałeś trafiony może we własne uczucia – pisze Andrzej Piątek o farsie „Tydzień, nie dłużej” Clémenta Michela, w reżyserii Marcina Sławińskiego, w Ave Teatr w Rzeszowie.
Edward – pasjonat mechanizacji rolnictwa i redaktor poważnego biuletynu, ma dość swojej dziewczyny imieniem Sophie. Ale zamiast powiedzieć „odchodzę”, knuje intrygę proponując wspólne zamieszkanie w trójkę ze swoim przyjacielem Martinem, który ma wprowadzić się na „tydzień, nie dłużej”.
Myśl, która Ewardowi przyświeca, jest prosta, jak świeca od ciągnika: Nieznośny współlokator uprzykrzy życie Sophie i ta z Edwardem zerwie, przez co Edward nie wyjdzie na sprawcę rozstania, lecz na ofiarę.
Lecz w misternie utkanej intrydze pojawi się drobny szkopuł: Edward nie przewidzi, że w trakcie wspólnego zamieszkania okaże się, że Martin to miły i pomocny człowiek – „złota rączka” – do wszystkiego.
Sytuacja wymknie się Edwardowi spod kontroli, co stworzy zaskakująco absurdalne zwroty akcji. Trójkąt zamieni w czworokąt, nie tylko niedomówień.
Michel – autor sporo wie o miłości i innych namiętnościach. Może jak Edward – specjalista od ciągników, nie umiał rozstać się z kimś odważnie i wolał stwarzać preteksty zmuszające drugą osobę do podjęcia decyzji. Albo bacznie obserwuje takie sytuacje u znajomych czy sąsiadów.
Sławiński – reżyser umiejętnie buduje farsowe napięcie, od uśmiechu po zawrót głowy. Postacie sceniczne z błyskiem lawirują pomiędzy myśleniem, mówieniem, a działaniem zmuszając widzów do podążania za sobą.
Edward – Kacper Pilch, uroczy niezdara cały utkany z nieszczerości i wyrachowany w tchórzostwie, mimo tych cech łatwo zyskuje sympatię. Świetnie czuje komediowy rytm i dozuje komediowość postaci, o czym świadczą przemyślane pauzy, pozorowane zająknięcia i pozornie nieoczekiwane przypływy szybko gasnącej energii.
Łukasz Oleś – Martin, to nieco naiwny, czasem za pewny siebie, w sumie dość szczery osobnik. Ta naturalność postaci Martina sprawi, że śmieszna farsa niekiedy zamieni się w dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More międzyludzkich relacji.
Magdalena Słowik – Sophie, łatwo mogłaby zagrać histeryczkę. Wybiera godność kobiety inteligentnej, która choć czuje, że pomiędzy nimi coś jest nie tak, postanawia dać Edwardowi ostatnią szansę. W finale, kiedy maski opadają, na jej twarzy maluje się przebiegła myśl, że ta miłość się kończy, ale inna być może rozpoczyna.
Za scenografię i kostiumy odpowiada Aleksandra Noga. Mieszkanie Sophie i Edwarda, z kanapą – „polem bitwy”, krzesłem z obiciem z portretu Edwarda, który uosabia, wypisz wymaluj, jego zadęcia i nadęcia, stołem i walizką coraz to w innym miejscu, udanie podkreśla cechy i styl życia pary.
A kostiumy? Sophie – która nie wierzy, że związek z Edwardem uda się poskładać, po domu nie chodzi uwodzicielsko, ale wygodnie. Edward – w koszuli, po chłopięcemu wychodzącej ze spodni, jakby pożyczonej od kogoś doroślejszego. Martin – nosi się ze swobodą, jak ktoś, kto nie musi niczego komuś udowadniać.
Muzyka Filipa Grycmachera, krótkie, jazzujące motywy, podkręca pozorowanie drapieżną atmosferę. W kluczowych momentach znika i zostajemy tylko my i bohaterowie.
Ktoś po tym przedstawieniu może mieć myśl przewrotną, że być może warto wpuścić czasem kogoś w sumie obcego do swojego mieszkania, by w jego oczach dostrzec, jak się samemu wygląda?
Chyba jednak rychło taką myśl porzuci i pozostanie z inną: Jak czasem śmieszni jesteśmy, gdy zamiast dorosłej rozmowy wybieramy intrygę i kłamstwo. Porażką jest już sam brak odwagi. Nawet jeśli uczestniczymy w farsie. W farsie, gdzie? Na scenie, w życiu? No właśnie.
Andrzej Piątek
N/z Kacper Pilch i Magdalena Słowik.
Fot. Aleksandra Noga.
