Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Loża: „Dwunastu gniewnych ludzi”

Tytuł ma ugruntowaną pozycję nie tylko w kinie (film Sidneya Lumeta z pamiętną rolą Henry’ego Fondy, 1957, uchodzi za arcydzieło), ale i w teatrze, przede wszystkim anglosaskim, choć i w Polsce pojawia się na afiszu teatralnym po raz czwarty.

To, rzecz jasna, bardzo atrakcyjny dramaturgicznie scenariusz z gatunku dramatu sądowego, zawsze pociągającego samym swoim charakterem. Z reguły w dramatach sądowych dochodzi do starcia postaw i rozmaitych wersji tzw. prawdy, a całość dąży do rozwikłania postawionej zagadki. Tak też i jest w tym dramacie, w którym dwunastu przysięgłych ma odpowiedzieć na pytanie, czy oskarżony nastolatek jest winny zabójstwa swego ojca. Sprawa stoi na ostrzu noża, bo werdykt o winie nastolatka oznacza dla niego krzesło elektryczne.

Na początku sprawa wydaje się prosta, wina niemal w stu procentach udowodniona, przysięgli pewni rychłego zakończenia obrad, ale jeden z nich. dociekliwy przysięgły nr 8 (Filip Kowalczyk) ma uzasadnione wątpliwości i tak to się zaczyna. Przysięgli wchodzą ze sobą w spór, ujawniając przy okazji swoje fobie, lęki, niechęci, a nawet drzemiącą w niektórych z nich żądzę odwetu. Obrady ławy przysięgłych stają się więc lustrem postaw społecznych, a dzięki temu, że materia sporu jest konkretna, a jej rozstrzygnięcie decyduje o czyimś życiu, nie wygląda to na starcie ideologiczne, teoretyczne, ale na praktyczny tekst człowieczeństwa, a przy okazji siły demokracji.

Pewnie dlatego nie tak ważne są realia ściśle prawnicze – w Polsce system sprawiedliwości opiera się na innych zasadach, a więc polskiego widza mniej interesują ocena sprawności czy też niewydolności amerykańskiego sądownictwa. Ale już przegląd postaw wobec domniemanej winy lub przypuszczalnej niewinności oskarżonego okazuje się bardzo bliski. Nie przeszkadza wcale fakt, że scenariusz powstał ponad 70 lat temu i po drodze zmieniły się realia, a w Polsce nawet ustrój. Ludzie jednak pozostali dość podobni, wciąż podatni na manipulacje, powierzchowne opinie i niechętni (przynajmniej niektórzy) do podejmowania samodzielnego wysiłku umysłowego. Wszystko to ilustruje znakomicie przedstawienie we Współczesnym, którego tylko lekkie podszlifowanie nowoczesnością (komórki, zdjęcia dwóch nowojorskich wież, drobne korekty) daje poczucie, że rzecz toczy się tu i teraz. Tekst, konflikty między spierającymi się przysięgłymi, zderzenie postaw pozostały niezmienne – to jest przeciwnie, zmienne, ale w wyniku toczącego się sporu. Sztuka bowiem jest w wymowie optymistyczna, mimo swoich zakrętów i miejscami pełna przestróg, jak monolog sędziego nr 10 (Szymon Roszak), wyrażający niemal zoologiczną nienawiść do ludzi z dołów społecznych, przepojony ksenofobią. Okazuje się bowiem, że ludzie są zdolni do przezwyciężania swoich własnych uprzedzeń, że każdy, jak się okaże, ma takie czułe miejsce, które pozwala na zrewidowanie „twardych” poglądów, jeśli tylko przemówią do niego fakty i pojawią się „uzasadnione wątpliwości”.

Najpierw wątpliwościami dzieli się sędzia nr 8, architekt, który nie jest przekonany o winie oskarżonego, ale wcale nie twierdzi, że jest on niewinny. Stawia się w roli poszukiwacza prawdy. To i owo mu się nie zgadza. Ma strategię ślimaka, który powoli dochodzi do sedna. Na początku budzi irytację prawie wszystkich pozostałych. Ale zasiewa ziarno zwątpienia. Pierwszy wesprze go najstarszy z przysięgłych (nr 9, Krzysztof Wakuliński), który najwyraźniej boi się ludzi zbyt pewnych siebie, przekonanych o własnej nieomylności. Wakuliński tworzy pełną kreację. Jego przysięgły jest kulturalnym starszym panem, który nie daje sobie w kaszę dmuchać. Za pomocą zniuansowanych drobnych gestów i reakcji na zachowanie innych tworzy wyrazisty portret mężczyzny, który niejedno wie, zachowuje dystans, ale jednocześnie nie zamierza rezygnować z wyrażania swojego zdania.

Takich charakterystycznych postaci jest więcej. Należy do nich przysięgły nr 7 Mariusza Ostrowskiego, zawołany kibic, któremu spieszno na mecz i chce jak najszybciej wywikłać się z przykrego obowiązku, z wyraźnie lekceważącym stosunkiem do „umysłowych”, łatwo wpadający w irytacje i gotów do okazania niezadowolenia przemocą. Jednak i on ma swoją podatność na przyjęcie cudzych argumentów.

Najbardziej nieprzejednanym zwolennikiem winy oskarżonego okazuje się właściciel firmy kurierskiej, skłócony z synem (nr 3, Sławomir Orzechowski), który broni swojego stanowiska jak niepodległości. Jest impulsywny, posuwa się w kłótniach aż do obrażania przeciwnika, a za jego zajadłością kryje się skrywana trauma odrzuconego ojca.

Niełatwe zadanie mają „nijacy” przysięgli, których stanowisko jest chwiejne, niejasne (nr 2 Marcina Bubółki i nr 12 Przemysława Kowalskiego). A jednak i oni znajdują sposób, aby uwiarygodnić swoją chwiejność. Swoje starannie skrywane opinie i losy ujawniają początkowo milczący przysięgli, budowlaniec, otwarty na fakty i ugodowo usposobiony (nr 6, Dariusz Dobkowski) i pracujący z ludźmi ze slumsów, wrażliwy na ich problemy, sam z tego środowiska wyrosły przysięgły nr 5 (Sebastian Świerszcz). Precyzyjny jak zegarmistrz, bo zawodowo pracujący w tym fachu, pozostaje przysięgły nr 11 (Piotr Bajor), świeżej daty Amerykanin o wysokim poczuciu własnej godności. Nieustępliwy jest inteligentny przysięgły nr 4 (Marcin Stępniak), który dopiero pod naporem rosnących wątpliwości zmieni zdanie.

Przewodniczy im z cierpliwością nieledwie świętą, czasem tylko puszczają mu nerwy, przysięgły nr 1 (Leon Charewicz), trzymający dystans do deklarowanych opinii. Pomimo że dość długo łączy się z obozem zwolenników skazania nastolatka, stara się zachować pozycję niezależną, jak przystało na kogoś, kto pilnuje ładu wśród gniewnych mężczyzn.

Spektakl pod względem aktorskim naprawdę satysfakcjonuje – jest pokazem szerokich możliwości zespołu. Prawie cała męska załoga aktorska teatru znajdzie się na scenie, ukazując, że w każdym pokoleniu ma mocne atuty. Ważniejsze jest jednak zdarcie masek z bohaterów i dotarcie do jądra ich poglądów, kryjących się za fasadą dość powierzchownych deklaracji.

Spektakl wyraźnie rezonuje ze współczesnymi postawami i zachęca do poszukiwania wspólnego języka. Kto wie, może to najważniejsza nauka płynąca z tego spektaklu.

Tomasz Miłkowski

DWUNASTU GNIEWNYCH LUDZI Reginalda Rose’a, tłum. Jan Czapliński, reżyseria i oprac. muz. Piotr Ratajczak, scenografia i reż, światła Marcin Chlanda, kostiumy Grupa Mixer, ruch sceniczny Arkadiusz Buszko, asystent reżysera Filip Kowalczyk, Teatr Współczesny w Warszawie, Scena Główna, premiera 24 września 2026.

[Fot. Bartek Warzecha]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.