„Ślub” Jarockiego w „Starym”.
Wajda w „Notesach”:
– „Ślub” Gombrowicza, reżyseria Jarocki. Od pierwszych sekund, kiedy podnosi się czarna kurtyna, odsłaniając czeluść sceny, aż do końca jest do spektakl piękny i przeszywający swoją prostotą i siłą. Tak grających Radziwiłowicza, Treli i Globisza nie widziałem nigdy!
To jest wielkość aktorska w najwyższym wymiarze. Nawet nie przypuszczałem, że oni to wszystko umieją!
Magia snu jest stworzona do końca i to bez żadnych teatralnych sztuczek, dekoracji i kostiumów – dają to aktorzy, do ostatniego w tłumie świetni i niezawodni.
To 30 lat od „Ślubu” w Gliwicach i piąta już chyba inscenizacja Jarockiego. Myślę, że nikt nie wie o tej sztuce więcej od niego. Wyszedłem z teatru, później siedziałem jeszcze „U Starego” (imieniny Jerzego!), szczęśliwy i podniecony, że można zrobić w teatrze coś absolutnie doskonałego. No i że będę pracował z tymi aktorami! (23 IV 1991)
(…)
Jakie to szczęście, że zdążyłem jeszcze to zobaczyć. Za wcześnie, za wcześnie, ale to mniejsze ma znaczenie.
W 1991 roku, kiedy odbyła się premiera „Ślubu”, miałem czternaście lat, ale spektakl obejrzałem rok później, byłem już licealistą.
I do Teatru Starego pojechałem po prostu na wagary.
Niewiele pamiętam, niewiele zrozumiałem (za wcześnie, za wcześnie), ale to było dobre. Dostałem gorączki. Może sobie to wszystko teraz podwyższam, żeby ładnie zabrzmiało, że gorączki dostałem, może to po prostu infekcja była, albo ktoś kichnął, ale myślę jednak, że mimo wszystko coś innego. Ja zwyczajnie coś poczułem wtedy. Przestraszyło mnie to i zachwyciło.
Mój los przejrzałem. Przestrach i zachwyt.
I wciąż to jednak pamiętam, po tylu latach jeszcze – Szymona Kuśmidra, Jerzego Radziwiłowicza, Dorotę Segdę, Jerzego Trelę, Krzysztofa Globisza. Ja ich naprawdę pamiętam.
Może były i inne spektakle, były na pewno, ale ten był wielki.
Łukasz Maciejewski
