Drodzy Państwo, żyjemy w epoce wspaniałych uproszczeń i radosnego zacierania granic. Za słusznie minionych czasów, do których żywię chorobliwy sentyment, panował niemądry i dość uciążliwy przesąd, że aby kierować instytucją artystyczną, należałoby mieć o tej sztuce chociażby blade pojęcie. Dziś na szczęście postęp administracyjny uwolnił nas od tego balastu. Okazuje się bowiem, że do kierowania teatrem znajomość teatru jest tak samo potrzebna, jak rybie ręcznik.
Znakomitego dowodu na tę tezę dostarcza nam obecnie Białystok, gdzie wokół Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki odgrywa się farsa, przy której bledną najlepsze komedie Moliera. Zaczęło się klasycznie: władza samorządowa odwołała dotychczasowego dyrektora, Piotra Półtoraka, ale ten, zamiast potulnie spakować manatki, poszedł do sądu. I co gorsza – wygrał, bo Wojewódzki Sąd Administracyjny uznał uchwałę zarządu województwa za nieważną. W normalnym kraju urzędnik spaliłby się ze wstydu. U nas jednak aparat władzy, wierny najlepszym przyzwyczajeniom rozbuchanej biurokracji, prze do przodu z gracją tura.
Ogłoszono więc nowy konkurs na dyrektora, przy czym wdrożono zasadę iście konspiracyjną: nazwisk kandydatów nie podano do publicznej wiadomości. Patronujący tej rubryce Kisiel powtarzał: „mowa służy do ukrywania myśli” – a w tym wypadku urzędowe milczenie służy ukrywaniu kandydatów przed okiem wścibskiego podatnika. Oczywiście w Polsce nic się nie ukryje, więc szybko gruchnęła wieść, że o fotel dyrektora ubiegają się trzy osoby. Wśród nich wymienia się Agnieszkę Hryniewicką z Opery i Filharmonii Podlaskiej i… byłego komendanta policji, obecnie pełniącego obowiązki dyrektora sceny przy Elektrycznej (tymczasowo, a więc od wielu już lat, w remoncie).
Prasa i artyści podnieśli raban, nazywając całą tę sytuację „kuriozalnym konkursem”. Środowisko teatralne łapie się za głowę i mdleje z oburzenia, że najważniejszą sceną w moim pięknym regionie miałby zarządzać emerytowany oficer służb mundurowych.
A ja się pytam: skąd to oburzenie? Przecież to jest rozwiązanie genialne w swej biurokratycznej prostocie! Zastanówmy się logicznie, okiem urzędnika, który musi ten cały teatr utrzymać. Co mu daje dyrektor-artysta? Same problemy. Będzie chciał wystawiać trudne sztuki, będzie żądał pieniędzy na wymyślne scenografie, zacznie dumać nad sensem bytu i – nie daj Boże – sprowokuje jakiś skandal obyczajowy. Artysta to w systemie księgowym jednostka wysoce niepewna.
A co daje były policjant? Gwarancję świętego spokoju. Były komendant nie będzie tracił czasu na dyskusje o metodzie Stanisławskiego. On wprowadzi regulamin. Aktorzy zamiast na próby, będą stawiać się na odprawy. Reżyser przedstawi raport operacyjny z postępów prac nad II aktem, a scenograf będzie musiał zmieścić się w budżecie z dokładnością do jednego grosza, bo inaczej odpowie za niegospodarność. Znika problem wolności artystycznej, pojawia się dyscyplina pracy. Teatr przestaje być miejscem niebezpiecznych fermentów intelektualnych, a staje się wzorowo funkcjonującym zakładem pracy chronionej przed myśleniem.
Pamiętam, jak przed laty Kisiel opisywał swoje perypetie z urzędami w felietonie „Wyjechałem do Pragi”, w którym szukał ratunku przed stadem „wyondulowanych” i niekompetentnych sekretarek. Sądziłem naiwnie, że tamten absurd to szczyt możliwości systemu. Tymczasem współczesny samorząd bije dawnych towarzyszy na głowę. Udowadnia nam z żelazną konsekwencją, że kompetencje są rzeczą całkowicie zbędną. Ważne, żeby kandydat umiał wypełnić tabelkę w Excelu i pilnował, by nikt nie wychylał się z szeregu.
Jeśli więc dożyjemy dnia, w którym były komendant policji w asyście byłej szefowej domu kultury w OiFP (tam również w wymaganiach konkursowych o jakimkolwiek związku z teatrem, czy nawet z kulturą nie było ani słowa, bo i po co to dyrektorowi instytucji kultury?) obejmie stery białostockiego teatru, nie płaczmy nad upadkiem kultury. Podziwiajmy raczej triumf czystej administracji nad rozhisteryzowaną sztuką. W końcu w teatrze najważniejsze jest to, żeby na widowni był porządek, a kurtyna opadała punktualnie o 21:00. Reszta to i tak tylko gadanie, za które państwo niepotrzebnie płaci.
Konrad Szczebiot
