Przejdź do treści

Ambasador, czyli who is who

Komentarzy do Ambasadora nie czytywałam, bo jeśli już miałam co czytać, co miało wspólność z Ambasadorem, to wolałam czytać Ambasadora i – myśleć. Powiem od razu. To jest moja bezczelna parafraza słów Stanisława Wyspiańskiego ze wstępu do Studium o Hamlecie. I od razu wyjaśniam.

W krytycznym krwiobiegu wraca często opinia o postępującym procesie starzenia się Mrożkowej dramaturgii. Sąd tyle pospieszny, ile naskórkowy. Bo niewątpliwie czas dotknął cały szereg dialogów w wymiarze bezpośrednich, a ściślej mówiąc doraźnych, aluzji. Rzecz naturalna, zważywszy temperament Mrożka komentatora i kamuflaż cenzuralny. Natomiast wciąż pulsuje wieloodcieniowy społeczny kontekst, fruwa nieoczywista prowokacja. Wciąż otwiera się dyskurs bez konwersacyjnych umizgów. Rozmowa trudna dlatego, że ważna, że autentyczna. Nie ma myślowego byleskrętu. Jest szlak zawieszonych pytań i odpowiedzi.

I właśnie wędrując tropem materii literackiej, stajemy wobec kluczowej kwestii: who is who Ambasador. Wizerunek w każdym ułamku prezentacji zorganizowany, pedantyczny, ułożony. Ale ten portret realistycznej kreski już in statu nascendi ulega rozpadowi. Na linię dyplomatycznego bytu postaci wkrada się niebyt wszelkich podejmowanych działań. Znika – dosłownie i metaforycznie – głos państwowego mocodawcy. Wokół bohatera krążą: coraz bardziej roszczeniowy Sekretarz Otello, coraz spektakularniej obca Żona, coraz namacalniej groźny Pełnomocnik. Jeszcze się nie ujawnił tragigroteskowo katapultowany Człowiek. Lecz już zęby szczerzy wszechobecna przy Ambasadorze SAMOTNOŚĆ. Ona gęstnieje. Bezwarunkowo, ponad psychologicznym skrótem, pomimo oparów absurdu – nabiera mocy ostatecznego rozrachunku. A że to Mrożkowski werdykt, więc trzeba go nicować i na wskroś, i na przekór. Chwytać sedno, zlokalizować bebechy i żadną miarą nie przegapić raczkującej po kątach drwiny.

Wszystkie te okoliczności w klarownym powiązaniu kontekstu i podtekstu pięknie zaznacza głośna inscenizacja Jerzego Axera (Teatr Współczesny, prem. 13 VI 1995). Perfekcjonizm reżysersko-aktorski. Uważność detalu obok konwersacyjnej wirtuozerii. Ironiczny cudzysłów u podstaw mistrzowsko licytowanych niedopowiedzeń. Estetyzm, który poraża. Krótko mówiąc spektakl-perła, szczególna artystyczna summa. Sceniczny wzorzec usytuowany na osi wspaniale rzeźbionej ascezy, jaką kształtuje ekspresja Zbigniewa Zapasiewicza.

Musiał się z tym – siłą inscenizatorskich pomysłów – zmierzyć Jarosław Gajewski. Zrealizowany w Teatrze Klasyki Polskiej Ambasador (prem. 28 X 2023) nie odsłania meandrów dramatopisarskiej egzegezy. Jednak przestrzega rytmu wypowiedzi, co otwiera klarowny tryb wymiany myśli. Reżyser-aktor sięga dialogowego praxis. I tak komponuje wszystkie zbliżenia. Stąd werbalny porządek przekazu. Słowa mają odmierzony ton i ustalony wektor. Zamysł czytelny tyle, że w wypadku S.M. mocno ryzykowny. Fakt, że wykonawcy poruszają się wedle semantycznego ładu. Że zobligowany sensem desygnat stanowi drogowskaz. Ale też fakt faktem, że inscenizatorska mapa ślizga się po powierzchni Mrożkowskiego świata. I wtedy miejsce wibrującej metafory próbuje zaanektować deklaratywność. To się zdarza. Lecz nie trwa, bo ster monologo-dialogów trzyma Ambasador Andrzeja Mastalerza.

Rola świetnie uszyta i powiedziałabym, że szlachetnie dociekliwa. Bez grama formalnej minoderii. Środki wyrazu podporządkowane racjom inteligenta ustawionego pod ścianą wszechobecnej cywilizacyjnej atrofii. Żadnych półgeścików i półuśmieszków. Gestyczno-ruchowa dyscyplina. Owiany absurdem tragizm generujący status postaci. Mastalerz nie usprawiedliwia moralnych wyborów Ambasadora, choć pozostaje z nim w organicznym, spójnym współodczuwaniu syndromu samotnictwa. Ten rys wybrzmiewa jak memento!

I właśnie na tym rozdrożu słychać charakterystyczny głos Żony. Amelie Małgorzaty Mikołajczak jest i osobna, i nieuchwytna. Wnosząc sceniczną urodę, wnosi groteską cieniowaną tajemnicę. Stylowy kontur ramuje wizerunek pięknej, młodej kobiety. Coś dopowiada, coś przemilcza. Nie wiemy czy Amelie biegnie do słońca, czy donikąd. Ciekawa, konsekwentna interpretacja. Brawo!

Nota bene warsztatowy szlif posiadają również sylwetki Pełnomocnika (Bartosz Turzyński), Człowieka (Dariusz Kowalski), Otella (Maciej Wyczański). Choć bywa, że szeleści wspominane już deklamatorstwo i wkrada się nużąca relacja. Ale bądźmy sprawiedliwi, gdyż zdarza się również promieniujący od narracyjnych trzewi kąśliwy żart, dyskursywny akcent. Takim właśnie błyskiem ujmuje Otello Macieja Wyczańskiego. Swoją drogą szekpirowszczyzna i czechowszczyzna w Mrożkowskich odsłonach wciąż nas uwodzą, nęcą, intrygują…

Ambasador. Kolejna premiera w Teatrze Klasyki Polskiej. Autentyczny szacunek wobec materii słowa. Mocna tytułowa rola. Kilka gęstych aktorskich zbliżeń. Tym bardziej szkoda, że odzywa się kompozycyjna monotonia. Szkoda naskórkowych dyskursów. A przecież podjęto ambitny repertuarowy krok. To budzi nadzieję na szerszy inscenizatorski oddech, na pulsującą metaforę. Czekam.

Jagoda Opalińska

Leave a Reply