Przejdź do treści

Przywrócone arcydzieła: „Dekalog III”. Spotkanie z MARIĄ PAKULNIS

spotkanie 78

Przywrócone arcydzieła to wybrane przez Łukasza Maciejewskiego wybitne tytuły polskiego kina. Każdej projekcji towarzyszy wstęp oraz spotkanie z twórcami na scenie MOS Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Najbliższe spotkanie poświęcone zostanie filmowi

DEKALOG III (1989)

reż. Krzysztof Kieślowski

4 grudnia 2023, godz. 19.00

Gościem będzie:

Maria Pakulnis

Dekalog III

Reżyseria: Krzysztof Kieślowski. Scenariusz: Krzysztof Kieślowski, Krzysztof Piesiewicz. Zdjęcia: Piotr Sobociński. Muzyka: Zbigniew Preisner. Występują: Maria Pakulnis, Daniel Olbrychski, Joanna Szczepkowska. Premiera 10.12.1989.

***

DEKALOG III

Od Łukasza Maciejewskiego:

Premiera trzeciego odcinka „Dekalogu” odbyła się 10 grudnia 1989 roku, trzydzieści cztery lata temu.

Akcja filmu rozgrywa się, jak pamiętamy, w wigilię świąt Bożego Narodzenia. Grudzień 2023 jest również nieprzypadkowy. Zmieniło się tak wiele, ale wcale nie to, co stanowi sedno tego wstrząsającego filmu. Samotność globalna, niewiele mająca wspólnego ze znajomymi, przyjaciółmi nawet. Samotność egzystencjalna, która boli zwłaszcza w wigilię.

4 grudnia, w ostatniej w tym roku odsłonie „Przywróconych arcydzieł”, będziemy oglądali „Dekalog” w towarzystwie filmowej Ewy, Marii Pakulnis.

Bardzo lubię ten odcinek „Dekalogu”. Jeden z lepszych scenariuszy Piesiewicza, muzyka Preisnera, ale także wybitne zdjęcia nocnej Warszawy autorstwa nieodżałowanego Piotra Sobocińskiego, wreszcie aktorstwo: wyciszony, subtelny Olbrychski, dobry drugi plan Szczepkowskiej, a nawet cudny epizod Doroty Stalińskiej.

Ten film to jednak przede wszystkim ona, Ewa – Maria Pakulnis. W pewnym momencie bohaterka grana przez Pakulnis, mówi: „Trudno jest być samemu w taką noc”.

W błękitnych, przeźroczystych oczach Marii Pakulnis kryje się cały smutek tego świata.

Wybitnej aktorce, we współpracy z Kieślowskim, udało się nie tyle obronić, co zrozumieć intencje cierpiącej manipulatorki, która nie ma już wiele do stracenia.

Noc i tak nie będzie ani święta, ani cicha, ani kolędowa.

Trzecie przykazanie Dekalogu, „pamiętaj, abyś dzień święty święcił”, jest przykazaniem wszystkich, także tych, którzy świętować nie mają już siły.

***

RECENZJA

Autor: Bartosz Staszczyszyn

Trzecia część serialowego „Dekalogu” to opowieść o samotności i odrzuceniu rozpisana na mistrzowskie kreacje Marii Pakulnis i Daniela Olbrychskiego.

W wigilijny wieczór św. Mikołaj o tubalnym głosie Daniela Olbrychskiego odwiedza jedną z warszawskich rodzin – rozdaje prezenty, by po chwili zdjąć wacianą brodę i porozmawiać z żoną (Joanna Szczepkowska). Kilka godzin później, w trakcie pasterki Janusz w jednej z kościelnych ław zauważa Ewę (Maria Pakulnis), swoją byłą kochankę, z którą dawno temu rozstał się za obopólną zgodą.

Wkrótce Ewa wciąga Janusza w dziwną, tajemniczą intrygę. Podstępnie wyciąga go z mieszkania, by skłonić go do całonocnej wędrówki po świątecznej i pustej Warszawie. Ich wspólna wyprawa staje się okazją do skonfrontowania ze sobą nawzajem, ale i zastanowienia się nad wartościami, które nadają kierunek życiu obojga bohaterów.

„Pojęcie samotności znalazło się w centrum tego filmowego opowiadania. Właśnie nie wspólnota, ale niejako w kontrapunkcie do niej samotność, która może wynikać ze świąt. (…) kiedy teraz oglądam ten film, to mam wrażenie, że jest nie tylko o samotności, ale i o bolesnym wykluczeniu” – mówił Krzysztof Piesiewicz.

Znów, jak w przypadku innych części „Dekalogu” inspiracją stały się niewinne obserwacje codzienności, zapadające w pamięć obrazy podpatrzone w rzeczywistości. W rozmowie z Mikołajem Jazdonem Krzysztof Piesiewicz wspomina:

Kilka miesięcy wcześniej – zanim zaczęliśmy pracę nad tym scenariuszem – jechałem do rodziców ze swoimi dziećmi małym fiatem wypełnionym prezentami. Skręciłem w Krakowskie Przedmieście. Było już ciemno. Trzymał tęgi mróz. W pewnym momencie zobaczyłem, jak ze szpitala dziecięcego przy pałacu Staszica wybiega mały chłopiec w piżamie i pędzi w kapciach w stronę choinki przed kościołem Świętego Krzyża, nieopodal pomnika Mikołaja Kopernika. Chwilę potem wyskoczyły za nim dwie pielęgniarki, złapały go, wzięły na ręce i zabrały do szpitala”.

Ta symboliczna, mocna scena znalazła się w filmie – obserwowana przez bohaterkę Marii Pakulnis (także z pokładu małego fiata) stała się interpretacyjną wskazówką i rodzajem daru od rzeczywistości dla kina. „Trudno jest być samemu w taką noc” – mówi w jednej ze scen bohaterka filmu, a „Dekalog III” pokazuje ludzi, którzy właśnie tego dnia muszą mierzyć się ze swoją samotnością i poczuciem odrzucenia.

Dla Piesiewicza ten film miał szczególne znaczenie. W cytowanym już wywiadzie-rzece przyznawał, że jako prawnik odebrał od swoich nauczycieli lekcję człowieczeństwa, która nakazywała w czasie świąt odwiedzać więźniów, których broniło się przed więzieniem. Historia ludzi, których emocjonalne uwikłania, zinternalizowane kłamstwa i niespełnienia przejmują nad nimi kontrolę, była pierwszą częścią dekalogu, w której filmowy mistycyzm ustępował psychologii, a refleksja nad ludzką słabością była ważniejsza od wielkich dogmatów i ontologicznych pytań.

„Jest to jeden z niezliczonych wariantów opowieści o szaleństwie miłości, o miłości w jej najbardziej uciążliwej fazie, gdy utraciła już niemal wszystkie cechy pozytywne, a wciąż intensywna i gwałtowna, przekształca się w siłę destrukcyjną” – pisał o tej części „Dekalogu” jeden z krytyków, a „Dekalog III” przeszedł do historii głównie za sprawą Marii Pakulnis, która na ekranie stworzyła brawurową kreację cierpiącej manipulatorki, kobiety samotnej, niezdolnej do pogodzenia się ze sobą samą, wybuchowej i zaborczej.

***

Łukasz Maciejewski

PO CO ŻYJEMY?

Porażająca męka zabijania z „Dekalogu V”: śmierć rozpisana na sekundy, które wydają się trwać całe godziny. Ambiwalencja erotycznego przyciągania z „Dekalogu IV”. Powracające upiory przeszłości w „Dekalogu VIII”… Niemal każdy z nas ma swoje własne, ulubione fragmenty „Dekalogu”: ukochane sceny, dialogi, twarze. Filmowa przypowieść Krzysztofa Kieślowskiego od dawna stała się bowiem dobrem wspólnym. Legendą spełnioną.

Przypomnijmy że zbudowany z dziesięciu autonomicznych odcinków serial powstał w przeciągu niespełna roku, w „Dekalogu” wystąpiły największe wówczas gwiazdy polskiego kina i teatru, a za zdjęcia odpowiadali wybitni operatorzy (m.in. Idziak, Zdort, Sobociński). Serial okazał się artystycznym triumfem, a sam Kieślowski, dotąd znany głównie miłośnikom art house’ów, z dnia na dzień stał się niekwestionowanym liderem współczesnego kina. Zagadkowe „życie po życiu” serialu wydaje się zresztą równie zajmujące, jak historia powstania filmowego dziesięcioksięgu. Kiedy w 1989 roku Telewizja Polska podpisała pierwszą zagraniczną umowę licencyjną na zakup serialu, nikt nie podejrzewał że dekadę później „Dekalog” stanie się największym hitem eksportowym TVP w historii. Rozgrywające się w scenerii polskiego bokowiska historie moralnych, etycznych i psychologicznych zapętleń kilkudziesięciu bohaterów, oglądali już kinomani w Europie, Afryce, Azji, Ameryce Południowej; w Tajwanie, Meksyku, Iranie czy Hong Kongu.

***

Polska ulica drugiej połowy lat osiemdziesiątych, którą tak wnikliwie zobaczyli Piesiewicz i Kieślowski, musiała mieć kolor depresji. Niewidzialną barwę apatii, w której znużenie sąsiadowało z bliskim pewności przekonaniem, że taki stan będzie niezmienny. Szare ulice / szare balkony / z widokiem na inne szare balkony / szare żony / szare spódnice – pisała Osiecka. Bohaterowie „Dekalogu” są przypisani do tamtego czasu i miejsca, a jednak ich historie w sposób zaskakujący się zuniwersalizowały. Nadal nie wypełniamy przykazań, nie potrafimy pięknie żyć w brzydkim świecie.

Siła „Dekalogu” sięga jednak głębiej: poza doraźność. Ten serial pokazał egzystencjalną szarpaninę człowieka, który nie potrafi zagrać o własną twarz. Zwyciężyć z maską. Dusi się nieustannie w strachliwych wycofaniach, zduszonych perwersjach, pielęgnuje bezszelestność i dławi własną osobowość. Tymczasem indywidualność jest dolą – lub niedolą – każdego. Człowiek, który nie potrafi, nie chce, albo nie próbuje dopuścić do siebie owej indywidualności – czyli przyjąć swoich przekonań, predylekcji, uczuć i gustów, nie tylko przegrywa na własne życzenie, ale także powoli staje się mętną puszką Pandory grupującą odpady zetlałych pragnień, pięknych gestów, a także frustracji, buntu, niekiedy nienawiści.

Od początku autorzy tego projektu: Krzysztof Kieślowski oraz pomysłodawca i współscenarzysta „Dekalogu”, Krzysztof Piesiewicz, deklarowali, że od prawd religijnych zapisanych w dziesięcioksięgu Mojżeszowym, dużo ważniejsze będą dla nich zawarte w dekalogu kwestie etyczne i zagadnienia natury moralnej. Kieślowski mówił, że nakręcił ten film, ponieważ sam nie potrafił udzielić jednoznacznej i jasnej odpowiedzi na pytanie: Po co żyjemy? W jakim celu? Dlaczego?

W „Dekalogu” Kieślowski z Piesiewiczem, znakomicie zarejestrowali moment, w którym profanum decyduje o sacrum. Codzienność deprymuje świętość. Od jednego gestu, pojedynczej decyzji, zależy jak ułożą się nasze dalsze losy. W tej układance reżyser nie jest wszechwiedzącym, rozdającym nagrody i uśmiechy omnibusem. Przeciwnie, on także wątpi, zadaje pytania. Widz odnosi wrażenie, że niewidzialny narrator jest tak samo przestraszony światem, jak bohaterowie – jak my. A jednak ów narrator wie, że istnieją pewne etyczne reguły, których należy przestrzegać. To może być uszanowanie dla życia i starości, miłość do bliźniego, albo wiara w Boga. Dekalog oficjalny, który staje się dekalogiem prywatnym. Dziesięcioksięgiem przyzwoitości.

Telewizja (nie tylko polska) nigdy wcześniej nie mówiła o podobnych problemach w sposób tak przejmujący i artystycznie bezbłędny. W dziesięciu epizodach – tylu, ile jest przykazań – Kieślowski wyłożył sens praw ludzkich, które jakby przy okazji sąsiadują z prawami boskimi. Wspólne dla wszystkich tych sytuacji dramaturgicznych było uporczywe dobijanie się dobra. Ale tlące się w ludziach dobro zostało w filmie obwarowane mnóstwem fatalnych pokus, złych przyzwyczajeń, zatrutych emocji. Bo wszechogarniający banał zła – opisany od Heideggera po Lévinasa – jest przecież stale rosnącą amplitudą bezrefksyjnych społecznych nastrojów, albo kondycji świata, w której brakuje refleksji metafizycznej. Tymczasem blokowisko z „Dekalogu” tylko pozornie jest światem bez Boga. Tajemnica losu jest przecież jedynym istotnym punktem odniesienia dla wielu jałowych starań bohaterów, ich beznadziejnych prób zrozumienia fenomenu miłości albo przekleństwa rozpaczy, a bijące bezinteresowną miłością serce ciotki, którą zagrała Maja Komorowska w pierwszym odcinku serialu, pokazuje że Bóg to nie jest rytuał. Niejedno ma imię. To może być ta anonimowa dziewczyna, która w „Dekalogu III” w Wigilię jeździ na wrotkach po Dworcu Centralnym, albo smutna, ciężko chora pacjentka z „Dekalogu IX”, która śpiewem chce zagłuszyć prywatny, rozdzierający finał. Prawda wiary zawarta w „Dekalogu” jest bowiem przykazaniem miłości. Obowiązującym w życiu. I po śmierci.

Łukasz Maciejewski

(pierwodruk: Tygodnik Powszechny)

Leave a Reply