Przejdź do treści

AKTORSKIE TWARZE KRAKOWA: GRZEGORZ MIELCZAREK

ŻYCIE W TEATRZE

Teatr STU. Mam poczucie, że nie było mnie tutaj jakieś sto lat. I że akurat w Teatrze STU można nie być sto lat, a i tak jakby się było wczoraj.

Wychodząc, natknęliśmy się na koordynatorkę pracy artystycznej, panią Basię Kaczmarczyk, przypomniały mi się nasze spotkania, rozmowy z panią Basią, studenckie jeszcze. Oplotkowywane benefisy telewizyjne, uroczysta premiera „Hamleta”. W „STU” zachwycałem się wtedy „Wariatem i zakonnicą”, „Prezydentkami”, czy „Wszyscyśmy z jednego szynela”. Te spektakle w dużym stopniu mnie uformowały. Teraz wróciłem dla Grześka Mielczarka, dla Grzesia.

***

Moich rozmówców w tym cyklu proszę zawsze, żeby wybrali sobie miejsce, które jest dla nich w Krakowie ważne. Grzegorz Mielczarek wybrał „STU”.

Przez lata był aktorsko związany z Teatrem im. Słowackiego, potem, przez chwilę z Teatrem Polskim w Warszawie, od niedawna pracuje w „Starym”. Lata mijają, zmieniają się teatralne adresy, ale „STU” w biografii Grzegorza pozostaje constans. Teatr – dom.

Znane mi foyer, wielkie portrety artystów, autograf Wajdy, portreciki Jerzego Treli. Półmrok – właściwa tonacja dla teatru. Z tła wyłaniają się fotografie jak obrazy, ciężkie flamandzkie płótna. Globisz-Klaudiusz, tonący w odmętach Elsynoru Hamlet – Krzysztof Zawadzki z kultowego przedstawienia Jasińskiego.

Podążam za Grzesiem, sam zgubiłbym się tutaj na pewno, ignorantowi w podszewce teatru nie jest łatwo. Kolejne drzwi, parę schodów, jesteśmy na miejscu.

Ma się wrażenie, że w kulisach „STU” duchy teatru czuwają naprawdę. Że w wykładzinie, w ścianach, nawet w źle przepuszczanych snopach światła, przechowuje się pamięć prób, dyskusji, rozmów, pamięć scen.

I wiele tych scen odbyło się właśnie z udziałem Grzegorza Mielczarka. W Teatrze STU był Tigerem w „Body Arcie. Tattoo” w reżyserii Artura „Barona” Więcka, Dziennikarzem w „Weselu” w reżyserii Michała Zadary, Grabcem w „Balladynie” oraz Radostem w „Ślubach panieńskich” w reżyserii Krzysztofa Pluskoty, Panem Młodym w „Weselu”, Aniołem Stalowym w „Wędrowaniu”, Geniuszem-Samotnikiem w „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego, Edgarem w „Królu Learze”, Wiedźmą w „Wiedźmach”, Piotrem Stiepanowiczem Wierchowieńskim w „Biesach” (wszystkie spektakle w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego). Ważne spektakle, znakomita literatura. I teatr. Teatr jest ważniejszy.

To mój dom – mówi Grzegorz. – Rodzina STU. Nie ma w tym żadnej przesady. Ten teatr jest miejscem, w którym zawsze możemy na siebie liczyć. Rozjeżdżamy się, rozstajemy na chwilę, albo na dłużej, ale kiedy wracamy, jesteśmy u siebie. Przed naszą rozmową zadzwoniłem do teatru, czy możemy się tutaj spotkać. Usłyszałem: „Grzesiu, niepotrzebnie pytasz, to jest twoje miejsce, twój dom”. I ja to czuję”.

Teatr STU to także moi mistrzowie. Krzysztof Jasiński, Jerzy Trela, czy – przede wszystkim – Krzysztof Globisz: mentor, ukochany profesor, autorytet. Krzysztof Globisz prowadził mnie za rękę przez cztery lata studiów, potem uczynił asystentem na uczelni, gdzie pracuję do dzisiaj (Grzegorz Mielczarek jest prodziekanem Wydziału Aktorskiego AST – przyp. ŁM). Wsłuchiwanie się w Globisza, rozmowy z nim, śledzenie metod nauczania, wreszcie kontakt ze studentami – na początku aktorskiej drogi nie mogło mi się przytrafić nic ważniejszego. Dzięki Krzysztofowi Globiszowi zrozumiałem także, na czym polegała magia teatru radiowego. W Radiu Kraków spotkałem się z Romaną Bobrowską, mistrzynią gatunku. A kiedy kończyłem studia, Globisz powiedział, że powinienem pracować w „STU”, bo to jest miejsce dla mnie, prawdziwa szkoła warsztatu i zawodowej etyki. Panie profesorze, jestem tutaj. Chciałbym wierzyć, że pana nie zawiodłem”.

Marzyciele wygrywają. Chłopiec z Lututowa, który zawsze chciał być aktorem, nie mógł liczyć na tak wiele. Jako dzieciak czułem, że ciągnie mnie w inną stronę, niż rówieśników. W podstawówce prowadziłem wszystkie spotkania, założyłem zespół rockowy. W liceum w Wieluniu, dzięki świetnej polonistce, znalazłem się w prowadzonym przez nią szkolnym zespole teatralnym. Jeździliśmy na festiwale. Spotykałem się tam często z Tomkiem Kotem. On z Legnicy, ja z Wielunia. Po latach znaleźliśmy się na tej samej uczelni, mieszkaliśmy nawet razem w akademiku. W liceum zrobiłem monodram na podstawie „Sklepów cynamonowych” Schulza. Zaproszono ten spektakl na teatralny festiwal teatralny dla dzieci i młodzieży. Nie bardzo podobało się widowni, rzucali we mnie cukierkami, ale na sali, przejazdem, pojawili się organizatorzy międzynarodowego projektu „Quo vadis Europe?”. Pod wrażeniem tego spektaklu zaprosili mnie do Wrocławia. W ten sposób znalazłem się wśród Niemców, Belgów, i zrozumiałem, że niezależnie, czy jesteś z Brukseli, Berlina, czy z małej miejscowości pod Sieradzem, myślimy podobnie. Marzymy o tym samym. We Wrocławiu odkryłem zespół Teatru Ósmego Dnia, chodziłem na warsztaty z Franciszkiem Starowieyskim, poznałem Adama Nowaka z zespołu „Raz, Dwa, Trzy”. Klamka zapadła, wiedziałem już, kim chcę być. Wybrałem aktorstwo. Nie dostałem się jednak za pierwszym razem, poszedłem na socjologię na Uniwersytecie Wrocławskim, wytrzymałem trzy semestry. To nie był jednak zmarnowany czas. Na kolejne egzaminy przyjechałem wzmocniony, dojrzalszy. Udało się”.

***

Do „Słowaka” chodziło się na Mielczarka. Tak było. Na początku dyrektorskiej kadencji, Krzysztof Orzechowski zaprosił do współpracy wielu młodych aktorów, dał im szansę. Dominika Bednarczyk, Krzysztof Zawadzki, Radosław Krzyżowski, Błażej Wójcik czy właśnie Grzegorz Mielczarek, chociaż dzisiaj – poza Dominiką – nie pracują już w Teatrze im. Słowackiego, sprawili, że teatr, funkcjonujący przez całe lata w cieniu „Starego”, zyskał nową, atrakcyjną aktorską twarz.

Grzegorz był wśród utalentowanego narybku aktorskiego najmłodszy. Najmłodszy, ale już dojrzały. I indywidualny. Zawsze indywidualny.

Takiego zapamiętałem go od samego początku. Indywidualista. Zdaję sobie sprawę, że to określenie wytrych. Bo w zasadzie o każdym artyście można tak napisać: indywidualista. Artysta powinienem być indywidualistą, jeżeli chce być zauważony. Tyle, że w przypadku Mielczarka ów indywidualizm ma jeszcze inny wymiar.

To kwestia ciała, oczu, ruchu, głosu. Nie do podrobienia, nie do pomylenia. On to ma, on tak ma. Chodziło się, chodzi nadal, na spektakle z Grzegorzem dla jego świdrujących oczu. Dla jego gorączki. Gorączki wyłącznie na scenie, bo poza nią jest przecież kimś zupełnie innym. Ten skromny, zbyt nawet skromny, sympatyczny mężczyzna, w teatrze – zwłaszcza w pierwszych zawodowych latach, kiedy pracował bez wytchnienia, grał w kilku premierach w sezonie – wydawał się nadnaturalnie pobudzony.

Bohaterowie Mielczarka – niezależnie czy mówimy o Niżyńskim ze sztuki Anny Burzyńskiej w reżyserii Józefa Opalskiego czy o Wiktorze z „Intymności” Kureishiego w reżyserii Iwony Kempy to byli faceci, którzy ciężko zachorowali, a po tak zwanym wyzdrowieniu, przeszli jedynie w inny wymiar tamtej choroby. Nieprzypadkowo jedną z pierwszych ról Grzegorza Mielczarka w „Słowaku” był Albin w „Czarodziejskiej górze” Tomasza Manna w spektaklu Barbary Sass. W Davos Tomasza Manna czas choroby zarażał czas zdrowia. W Davos Grzegorza Mielczarka odbywało się wieczne aktorskie szukanie praprzyczyny letargu i pobudzenia. A jedno i drugie zaklęte było w cielesności aktora, w jego witalności.

Mielczarek ruchliwy, gestykulujący, wypowiadający ze sceny niezliczoną ilośc słów, wiecznie pobudzony.

Owszem, grał różne role, bywał także wyciszony, skupiony, precyzyjny, zawsze wiarygodny i przejmujący, ale najlepiej pamiętam go jednak ze spektakli Kempy, Dudy-Gracz, Sass, Opalskiego czy Kalwat. Rozsadzał scenę.

Teatr im. Słowackiego to na pewno najważniejszy teatralny adres. Do zespołu trafiłem jeszcze jako student i od razu znalazłem tam wspaniałe nazwiska. Do teatru wprowadzała mnie Agata Duda-Gracz, szybko na mojej drodze pojawili się Tadeusz Bradecki czy Barbara Sass.

Początek lat dwutysięcznych, to były lata swego rodzaju zaczadzenia teatrem. Nie wychodziłem z teatru. I byłem tym zachwycony. Pięć, sześć premier rocznie. O 17.00 grałem Christophera w „Pułapce na myszy” Aghaty Christie w reżyserii pani Olgi Lipińskiej, żeby o 19.00 wychodzić na scenę Teatru STU jako Wierchowieński w „Biesach”.

Oczy pełne żaru. I aktorskie twarze, które szczerze podziwiałem od lat. W Teatrze im. Słowackiego na przykład Marian Cebulski, Andrzej Grabowski czy Marian Dziędziel, w STU – Jerzy Trela, Krzysztof Globisz.

Jako chłopiec z Lututowa słuchałem na kasetach namiętnie „Piwnicy pod Baranami” i Grzegorza Turnaua, w jakimś stopniu dzięki „Piwnicy”, wydawało mi się, że wszystko, co dzieje się w Krakowie jest magiczne. Z Lututowa jest blisko do Łodzi, do Szkoły Filmowej, ale nie wyobrażałem sobie, że mogę nie zdawać do Krakowa. Kraków to był mit. I nagle zorientowałem się, że do jednego z moich pierwszych spektakli, „Straconych zachodów miłości” Szekspira w reżyserii Tadeusza Bradeckiego, muzykę komponuje właśnie Grzegorz Turnau. A ponieważ śpiewałem w tym przedstawieniu songi (kolejna niespodzianka), wspólnie pracowaliśmy z Grzegorzem. Spełnienie wszystkich marzeń”.

Chociaż odejście z Teatru im. Słowackiego było dla mnie doświadczeniem bardzo smutnym, i sam wiem najlepiej, ile mnie to kosztowało, „Słowak” na zawsze będzie moim drugim domem. W tym zespole nauczyłem się najwięcej, spędziłem najważniejsze lata młodości. Znam w teatrze wszystkie zakamarki, wszystkie tajemnice. I to się nie zmieni. Dzisiaj, na spokojnie już, po wyciszeniu emocji, z wielką radością patrzę na także i mój teatr, jestem dumny, że odnosi tak spektakularne sukcesy, to się „Słowackiemu” należało od dawna”.

Po odejściu z Teatru im. Słowackiego w Krakowie, Grzegorz na jeden sezon znalazł się w zespole Teatru Polskiego w Warszawie, po czym wrócił do Krakowa – od 2020 roku jest członkiem zespołu Narodowego Starego Teatru.

Propozycja Andrzeja Seweryna była szczodra. Nigdy mu tego nie zapomnę. W Warszawie natychmiast otrzymałem wiele wartościowych propozycji – zagrałem między innymi Gombrowicza w „Minach polskich” w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, Mikulina w „W oczach Zachodu” Josepha Conrada w reżyserii Janusza Opryńskiego, Szujskiego w „Borysie Godunowie” Puszkina w reżyserii wielkiego Petera Steina. Dobrze odnalazłem się w zespole, a możliwość spotkania z twórcami formatu Steina czy Opryńskiego, to było wyróżnienie. O powrocie do Krakowa, zadecydowały tym razem wyłącznie względy osobiste. Ciężko zachorował wtedy mój tato, w Krakowie mam też całą rodzinę. Nie potrafiłem funkcjonować jedną nogą w Warszawie, drugą w Krakowie. Kiedy wracałem do Krakowa, nie miałem żadnej konkretnej perspektywy zawodowej. Wiedziałem, że muszę być przy tacie. To było najważniejsze. Wkrótce jednak zadzwoniła Dorota Segda: „Grzesiu, podobno wróciłeś, my bardzo cię chcemy w naszym zespole”. W „Starym” czuję się świetnie. Znamy się przecież od lat – z Krakowa, z Teatru STU, z uczelni, z pracy, z rozmów. Pracuję z młodymi reżyserami: Beniaminem Bukowskim, Darią Kubisiak. Jestem ciekawy co wydarzy się dalej”.

***

Jan w „Życiu w teatrze” Davida Mameta w reżyserii Marcina Kuźmińskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego z 2005 roku. Przypuszczalnie były w dorobku Grzegorza Mielczarka role ważniejsze, były na pewno, ale ten spektakl zapamiętałem szczególnie. Może dlatego, że tyle zmieściło się wtedy poza teatrem. Życie się zmieściło.

Spektakl reżyserował Marcin Kuźmiński, ceniony aktor „Słowaka”, to był jego teatralny debiut reżyserski. Bardzo, jak pamiętam, był tym wydarzeniem zaaferowany i szczęśliwy. Szykował się do kolejnych przedstawień, kilka lat później wyreżyserował spektakl „Witkacy – Jedyne wyjście”, również z udziałem Grzegorza.

Marcin zmarł niespodziewanie latem 2016 roku. Wyjechał na wakacje do Chorwacji, nie dokończył rejsu. To życie, nie teatr.

„Życie w teatrze” było aktorskim i inscenizacyjnym spełnieniem. Scenografia i kostiumy: Agata Duda-Gracz. To właśnie ona kilka lat wcześniej zabrała Grzegorza, studenta jeszcze, do „Słowaka”, podarowała mu piękne role. Dalej, wspaniała muzyka Bolesława Rawskiego. Przypominam te nazwiska, bo w spektaklu „Życie w teatrze” na Scenie Miniatura Teatru im. Słowackiego, wszystko ze sobą współgrało. I muzyka, i kostium, i reżyseria – przede wszystkim aktorstwo.

Na scenie dwóch mężczyzn. Aktorzy grają aktorów. Robert – Marian Dziędziel – w sile wieku, z rozgoryczeniem, że nie wszystko poszło tak, jak powinno. Wydawało się, że będzie lepiej. Że będzie zawsze. Nagrody, autografy, brawa.

I, po drugiej stronie, Robert (Grzegorz Mielczarek). Energia w natarciu. Najlepszy wiek dla aktora. Czterdziestka się zbliża. Już tyle wie, tyle potrafi, teraz czas na Makbety i Learów.

Robert i Jan. Dwa oblicze aktorstwa, dwa przeciwieństwa. I pewnie jak to u Mameta, wszystko mogło być zagrane dosłownie, z impetem, na skrajnościach, ale Kuźmiński miał do dyspozycji dwóch artystów wybitnych: Mariana Dziędziela i Grzegorza Mielczarka.

Dziędziel – za długo czekał na sukces w kinie, grał w „Słowaku”, częściej drugi niż pierwszy plan, wiedział, co to znaczy upadać (życiowo), żeby podnosić się (artystycznie). I o tym w spektaklu Kuźmińskiego chciał opowiedzieć młodszemu, ambitnemu koledze i nam wszystkim: uważajmy na sens. Nie warto się zachłystywać niczym. Ani porażką, ani sukcesem.

Mielczarek-Jan słuchał, słuchał łapczywie, tak jakby chciał zjeść wszystkie mądrości Dziędziela, Mameta i Kuźmińskiego. Zjeść i nie zapomnieć. To, co najważniejsze. Życie w teatrze. Życie Mariana, życie Grzegorza, w ogóle życie.

To była praca jak we śnie. Przez trzy miesiące głównie rozmawialiśmy. Dziesiątki „przerozmawianych” godzin: w sali prób, przed teatrem, również w gościnnym domu państwa Dziędzielów. Marian opowiadał mi o swoich życiowych wpadkach, zawodowych sukcesach, jednocześnie uczył kindersztuby, poczucia humoru, aktorskiego fachu, dawał najpiękniejsze uwagi. Odpalał papierosa i podsuwał delikatne sugestie, a potrafił to robić bardzo pięknie. Ani razu nie wyszedłem z próby z poczuciem klęski, za każdym razem z uśmiechem i z radością.

Kiedy potem na scenie bohater Dziędziela mówił, że przeczytał dziesiątki scenariuszy, przerobił tysiące słów, ale kogo mało to dzisiaj obchodzi – było to wyznanie wstrząsające. Partnerowałem Marianowi na scenie, musiałem trzymać fason, ale za każdym razem chciało mi się płakać. Czułem, wszyscy czuliśmy, że doskonale wie, o czym mówi”.

Niedługo po premierze „Życia w teatrze”, urodził mi się syn. Tamtego wieczoru Marian powiedział mi: „Teraz Grzesiu wszystko ci się zmieni, odkryjesz, co jest w życiu naprawdę ważne”. I miał rację. Zapytał mnie jeszcze: „Jak ma syn na imię?”. Odpowiedziałem: „Maks, Maksymilian”.

Pierwsza scena „Życie w teatrze”. Robert na mój widok, mówi po prostu: „Witaj, Janie”. Tamtego wieczoru, powiedział: „Witaj, Janie Maksymilianie”.

Cała prawda o Marianie Dziędzielu. Cała piękna prawda”.

***

Za wcześnie na bilans. W teatrze czuję się spełniony, w kinie – pomimo wielu ciekawych ról, zagranych przede wszystkim w filmach Macieja Pieprzycy – czekam wciąż na swoją szansę. Wybrałem jednak teatr. Teatr zawsze był najważniejszy. W głowie mam wciąż radę, którą otrzymałem od Krzysztofa Globisza (znowu!): „Grzesiu, życzę ci, żebyś jak najdłużej nie wiedział”. Zrozumiałem to po latach dopiero. W tym zawodzie trzeba pielęgnować permanentny stan niewiedzy, pozwalać sobie na błędy, być otwartym na spotkania. To umożliwia mi teatr. Zmieniają się adresy, wciąż pojawiają nowe wyzwania, ale teatr zostaje. Chcę mniej wiedzieć, więcej czuć”.

Po to może powstał ten cykl. Cykl, za który wdzięczny jestem Witkowi Beresiowi i redakcji „Krakowa i Świata”. Żeby zobaczyć aktora. Nie referować jego ról, nie analizować, nie pisać o mamie, tacie, o szkole, na pewno nie tylko o tym.

Od tego mamy wywiady, biogramy, Wikipedię.

Mój cel jest inny. Chciałbym, chociaż wiem jakie to trudne, i w zasadzie niemożliwe do osiągnięcia, odkrywać człowieka w aktorze. Zobaczyć prywatność w postaci scenicznej, bo w końcu akurat w tym cyklu to teatr jest zawsze najważniejszy, o wiele istotniejszy od kina czy telewizji.

I gdybym w ten sposób miał opisać, opowiedzieć o Grzegorzu Mielczarku – o Grzesiu właściwie, gdyż jest tak miłą osobą, że automatycznie chciałoby się zdrabniać jego imię – to zamiast słów, epitetów, opisałbym nasze ostatnie jak dotąd spotkanie. Zamykające i otwierające zarazem.

Z Teatru STU to niedaleko. Hotelowa kawiarnia z widokiem na Wawel, na Wisłę. A widok bajeczny. I jakkolwiek by to nie było łzawe, liryczne, egzaltowane, nazywajmy to jak chcemy, bajeczność widoku wciąż pozostaje nieuchronna. Jest wartością stałą.

Taki Kraków, taki widok, i taki aktor. Przyglądałem się Grzegorzowi, Grzesiowi, rozmawialiśmy już nie o rolach, to było wcześniej, nie o teatrze, ale o życiu, o Krakowie. Nic specjalnie znaczącego, nic szczególnie ważnego, a jednak czułem, a ośmielam się przypuszczać, że obaj to poczuliśmy, że to Kraków rozmawia z Krakowem. Krakowski artysta z dziennikarzem. Że możemy stąd wyjeżdżać, na chwilę, na dłużej, ale zawsze jednak się wraca. Jest bowiem specjalny kod porozumienia. Z widokiem na Wawel.

I nie trzeba wcale prowadzić bogatego życia artystycznego czy środowiskowego, bywać i rozprawiać o dawno minionych sukcesach, żeby poczuć przynależność do miejsca. To coś ważnego, chociaż poza słowem. Coś naszego.

I to jest właśnie kolor Grzegorza. Może wyjeżdżać, na plany filmowe i telewizyjne, i oby było ich jak najwięcej, ale zawsze będzie stąd. Aktorska twarz Krakowa. Twarz z widokiem na Wawel. Szlachetna twarz.

Grzegorz Mielczarek: „Na zakończenie szkoły otrzymałem od Krzysztofa Globisza list. Pamiętam każde słowo. Napisał, że „cały świat jest we mnie”.

Całe światło.

Łukasz Maciejewski

[Pierwodruk w miesięczniku „Kraków”].

Leave a Reply