Przejdź do treści
tinder polska

Münchhausen w oparach münchausenizmu

Ten spektakl jest do cna kolorowy. Intensywna barwa i znakomicie stylizowana plastyka obrazu są w znacznym stopniu rezultatem usytuowanego na granicy tekstów: literatury i teatru – dysonansu. Reżyser Maciej Wojtyszko po raz kolejny zaznaczył w przedstawieniu Baron Münchhausen dla dorosłych (prapremiera – Teatr Narodowy 5 III 2022) wyjątkowy słuch sceniczny. Dzięki niemu rozwija się wielopłaszczyznowy dialog z autorem Maciejem Wojtyszko. Dialog wcale nie łatwy, bo narracja pędzi werbalnymi szlakami wzdłuż i wszerz gromadzonych aluzji oraz spiętrzonych metafor. Walka o słowo towarzyszy walce ze słowem. Rzecz warta smacznej lektury, którą machina teatralna mogłaby w kolejnym zbliżeniu po prostu zemleć.

I tu się ujawnia przywołany wcześniej dysonans. Pisarskie gadanie czy wręcz chwilami gadulstwo nie tracąc błyskotliwych konotacji, zyskuje inscenizatorskie moce. Ironia dostaje skrzydeł, słowne gry osadzają się na planie rozwibrowanej teatralizacji. Dysonansowy refleks sięgnąwszy figury paradoksu, krąży linią przedstawianego starcia, w którym uczestniczy cały zespół. Wszyscy nie tylko autentycznie, ale też precyzyjnie obecni. Ekspresyjna rozmaitość w ramach przemyślnie dawkowanego estetyzmu. Słodko-kwaśna analiza, pokrętny przekaz i… gorzka puenta.

Taki trop już in statu nascendi wyznaczają wspaniałe kostiumy autorstwa Martyny Kander. Projekt łączący barokowy sznyt, formalną finezję oraz surrealistyczny grymas. Ostry kontur i autentyczna malarska dezynwoltura znakomicie odnajdują się w obszarze scenograficznego porządku (Wojciech Stefaniak). Zza realistycznego cytatu wygląda groteskowy przypis. Ład bywa bezładem, a bezład zbliża się do diagnozy serio.

Wysublimowana i równocześnie szalona plastyczna wizja jako ekpresyjny drogowskaz. Ogromne wsparcie. Pod jednym wszakże warunkiem, że aktorski wielogłos nie ulega czarowi doraźnego efektu. Trzeba przyznać, że warunek został spełniony. Zważywszy samą materię konwersacji, fruwające sentencje, erudycyjny sztafaż, każda rola zbudowała warsztatowo spójny wizerunek.

Dialog płynie więc nurtem i desygnowanego sensu, i otwartej metafory, co jeszcze wzmacniają szczególnej urody aktorskie fajerwerki.

Primus inter pares – Baron Münchhausen Jana Englerta. Oko puszcza oczko, krok, kroczkiem pogania, gest goni geścik. Cały portret w oparach münchhausenizmu. Czyli dużo baśni, sporo psychologii, historyczny nawias, polityczny cudzysłów. Fragmenty generujące nieoczywiste powinowactwa w imię starannie konstruowanej scenicznej gry, która coraz głębiej sięga trzewi iluzji. Wtedy żart tężeje, zaś po mistrzowsku odsłaniana autoironia trwa. Techniczny perfekcjonizm mocno trzyma środki wyrazu. Rygor ekpresyjnego żywiołu, co chadza tędy owędy to żaden oksymoron, lecz sedno Englertowskich wędrowań per fas et nefas Münchhausenowskim duktem.

Jego niesie ponad i pomimo mistyfikacja. Jej patronuje cudowna w ruchu i odruchu rodzajowość. Ewa Wiśniewska nadała sylwetce Pani Baronowej mocny stylizatorski rys. Coś zabawnie wydrepce, coś uroczo zaśpiewa, coś złośliwie dorzuci. Ale każdy detal wypowiedzi mieści się w rejonie wnikliwej rozwagi. Malunek z cicha pękł. Aktorka zarządza rozmową i wyraziście, i mimochodem. Czaruje, zwodzi, bawi się własnym scenicznym konterfektem. Od stóp do głów żona Arcyłgarza. Perfekcyjna artystyczna robota!

Czas nawyższy, by pójść w stronę Familii Münchhausen. Przy takiej dwójce solistów trudno mówić o symetrii. Lecz jest pobliże i pulsuje. Emilia Patrycji Soliman bardzo plastycznie gra tajemnicą. Nieprzenikniona, piękna matka Fryderyka Schillera Juniora. Jak mniemam ongiś muza twórcy Intrygi i miłości. Orędowniczka wolnych związków, która staje w obliczu nowego romansu. No cóż uczuciowa aura z Sturm und Drang Periode po przejściach. Soliman odczytawszy trafnie sugestie tekstu, zostawiła spory margines dla spraw niedopowiedzianych. Gestyczno-werbalna dyscyplina z wyboru intryguje. Kontrast i cisza między słowami rosną. Portret Emilii nabiera gęstych półcieni… Brawo.

Inaczej, bo na płaszczyźnie sarkazmu, wśród absurdów dialogowego ping-ponga działa Ernest Huberta Paszkiewicza. Matematyk zainfekowany hazardem, brat Emilii. Birbant i ryzykant, któremu się śni, że odkrył patent na wygraną. Aktor nie usprawiedliwia ani fantasmagorii bohatera, ani pozorowanych działań dla ochrony rodzinnych dóbr. Natomiast nadaje tragigroteskowemu obrotowi faktów smak i wdzięk dowcipu, co się pojawia, znika i wraca. Ernest pytany przez prokuratora o masonerię odpowiada: „Nie wiem o czym pan mówi. Moim głównym zajęciem są studia matematyczne. Jak pan myśli prokuratorze, dlaczego to tak jest, że znaczenie zera zależy od tego, gdzie się je postawi? Zero to albo nic albo bardzo dużo. I to wyłącznie kwestia pozycji jaką zajmuje. Nielogiczne”. Paszkiewicz wszystkie, nota bene smakowite, zmyłki i uniki przedstawia cienką kreską słownych i poza-słownych środków wyrazu. Świetny kierunek! Zachęcam młodego aktora, by dalej drążył tworzywo komizmu, gdyż widać i słychać, że czuje te rytmy.

A teraz ciekawe duo intruzów penetrujących siedzibę Państwa M. Poborca podatkowy Tomasz Miller (Grzegorz Kwiecień) oraz Prokurator Henryk Kramer (Ireneusz Czop). Drobiazgowy aktorski szew. Śledztwo pędzi, strach tężeje. I co? I pstro. Poborcę zwycięża miłość do Emilii i w aneksie teatralne miraże. Prokuratorowi zamyka gębę wizja kompromitujących władzę dokumentów. Artystyczny projekt zrealizowano ścieżkami intrygi i starannym aktorstwem. Gratuluję, dołączjąc oklaski dla delikatnej muzyki (Irina Blokhina) i profesjonalizmu reżyserii światła (Karolina Gębska).

Spektakl widziałam kilka miesięcy po premierze. Pełna widownia. Standing ovation. Sporo śmiechu, ale też sporo ciszy. Myślę, że główny bohater byłby z tego rad. Genialny konfabulator, chytreńki Żonierz Samochwała sam miał kłopot ze sławą kłamcy wszech czasów i oskarżał o manipulację (sic!) Rudolfa E. Raspe autora powieści: Przygody Barona Münchhausena (1785). Spór wart grzechu. Natomiast Maciej Wojtyszko poszybował torem oparów münchhausenizmu. I tu szczerzy zęby syndrom społecznego kontekstu Ober-kłamstwa. I tu jest proszę Państwa nasz wspólny pies pogrzebany.

Jagoda Opalińska

Leave a Reply