Polska szopa

Andrzej Piątek pisze po premierze BAŚNI O WĘŻOWYM SERCU w Narodowym Starym Teatrze:

– Sami swoi, polska szopa, ja z chłopa, i wy z chłopa! – w „Baśni o wężowym sercu”, w reżyserii Beniamina M. Bukowskiego, w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, tych słów Wyspiańskiego z „Wesela” nie ma, ale je słychać. Sporo Polaków ma korzenie chłopskie. Ale często się do tego nie przyznajemy.

W powieści „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli” Radka Raka, Jakób Szela, który w 1846 roku, w okolicach Krakowa, porwał chłopów przeciwko panom, jest bohaterem, który zamierzenie i w określonym celu postanawia zmienić tożsamość chłopską, na ziemiańską.

Tym tropem podąża Bukowski, kreując sceniczną postać Kóby, wiejskiego chłopaka, który jak wielu chłopów, dręczony, ciemiężony, bity i okradany przez dziedzica, chce „wejść w jego skórę”. W życiu dorosłym z chłopa staje się panem, który ma prawo bić chłopów, wyzyskiwać, dręczyć, okradać i bogacić ich kosztem. Z wyzyskiwanego jest wyzyskiwaczem, z dręczonego dręczycielem, z biednego bogatym, kosztem cudzym.

Bukowski dotyka wrażliwie mocno napiętej struny, która stymuluje, również współcześnie, nasze polskie, dobre samopoczucie. Przecież wielu z nas sięga po władzę nad innymi, w jakimś sensie „zmienia tożsamość”, po to, by dorobić się ich kosztem. Z wyzyskiwanych stają się wyzyskiwaczami, na przekór głoszonym sloganom o „uczciwości i sprawiedliwości”. Najlepiej im to wychodzi, jeśli wejdą „w skórę”, już gotową, nieuczciwie wzbogaconych. Czym jest taka zamiana tożsamości? Grą tylko? A sama tożsamość? Skutkiem gry?

Syndrom Kóby wynika z polskiej biedy. Stąd u niego takie zauroczenie bycia bogatym i przemożna chęć życia, na koszt innych. Bukowski daje nam czytelny przekaz ze sceny, że mówienie o naszej powikłanej historii ma sens, jeśli spojrzymy na nią poprzez byt i światopogląd chłopski, bo z „chłopa jesteśmy”. Powinniśmy potrudzić się też, by ustalić osobistą tożsamość. Bukowski sugeruje to nam, posługując się historią i postacią Kóby, o którym w realu w sumie wiemy niewiele. Stąd spektakl Bukowskiego ma po części formę baśniowego snu, przypowieści, a nie opowieści o konkretnym człowieku. Usiłującym odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jest w istocie.

Powieść czerpie fabułę z legendy i prawdy o Jakóbie Szeli, formę z konwencji ludowych baśni i podań oraz współczesnej fantasy. Bukowski tę urokliwą baśniowość udanie przenosi na scenę. Po części zachowując rozlewność epickiej opowieści, skraca tekst z wyczuciem na jego treściowy, skondensowany przekaz. Uczytelnia, dynamizuje, stwarza też dystans.

W pełni zaangażowani w to na wpół baśniowe i realistyczne przedstawienie, śledzimy losy Kóby, wzruszamy się jego miłością do urokliwej Chany i zmysłowej Malwy. Odczuwamy uderzenia bata, w przejmującej, ekstatycznej scenie, w której słudzy Wiktoryna, biją Kóbę. „Czujemy” zapach krwi rabacji 1846 roku. Po to, by zrozumieć, że służy to tylko zmianie tożsamości Kóby, z chłopa na pana. A także, przyjrzeć się w lustrze sobie. Po konstatacji, że to odbicie, chłopa i pana, niby różne jest, ale w sumie podobne, zastanawiamy się dalej do czego w istocie to doprowadza w wymiarze społecznym – porozumienia, konfrontacji, prostej zamiany miejsca siedzenia i punktu widzenia?

Motyw zmiany tożsamości dla „odbicia się” i „odkucia”, dominuje w przedstawieniu Bukowskiego. Opowiedzianym z perspektywy Kóby – Jakóba Szeli, który chce pokonać i „wejść w skórę” swego ciemiężyciela, Wiktoryna Bogusza. Za to, że odebrał mu godność, codzienny chleb, dziewczynę, w której się kochał i starego opiekuna, który był jak ojciec, dopóki z rozkazu Wiktoryna nie został upokarzająco uśmiercony. Wędrówka po wężowe serce, które pozwoli Kóbie stać się panem, poprzez liczne doświadczenia doprowadza go do upragnionej przemiany. Po to, żeby stał się ciemiężycielem innych.

To klucz, który uruchomia spektakl Bukowskiego. Barwną podróż przez różne światy. Stąd pewnie pomysł na scenografię, Aleksandry Żurawskiej, stworzenia przestrzeni, w której klarownie da się „ogrywać”, różne i przedziwne sytuacje. Zapewnić nastrój, korzystając chociażby z gry świateł.

Urokliwe kostiumy Julii Ulman, ciekawie i oryginalnie łączą umowność i realizm historyczny: Żydówka Chana, jest w stylizowanej na codzienną sukience, Malwa, ubrana na błyszcząco, Kóba, w chłopskiej, lnianej koszuli. Kostiumy, uwspółcześnione, maja symboliczne formy i kształty, z wiele mówiącym wizerunkiem węża.

Grający Kóbę – Wiktoryna, Łukasz Szczepanowski, wyposaża obie postacie w charakterystyki współczesnych, młodych ludzi. Z wyczuciem sytuuje na granicy świata realnego i metafory. Widać to, w scenie oddawania wężowego serca Kóbie (serce gwarantuje tożsamościową przemianę, czy raczej zamianę, z dziedzicem, ciemiężcą, Wiktorynem) i emocjonalnej, nie dosłownej scenie bicia Kóby, na polecenie Wiktoryna (wtedy powstaje w Kóbie zgoda i aspiracja, do zamiany tożsamościowej z Wiktorynem. Po to, by się nim stać). Obie zagrane lekko i przekonywująco.

W postacie Wiktoryna – Kóby, konsekwentnie jako alter ego Kóby – Wiktoryna, wciela się Łukasz Stawarczyk. Przemiana Jakóba w Wiktoryna (i odwrotnie) w jego kreacji, nie tylko stawia naprzeciwko siebie dwie silne i przeciwne sobie tożsamości dziedzica i chłopa, ale również zarysowuje w nich obu osobowościowe zachwianie i pęknięcia.

W baśniowym świecie węży i okrutnym realnie, świetnie czują się Magdalena Grąziowska – eteryczna Chana, Paulina Kondrak – zjawiskowa Malwa, Beata Paluch – grająca wiedźmę Sławę (w świecie realnym o przeszłości nieodgadnionej), Grzegorz Mielczarek – stary Myszka, uosobienie ludowej mądrości i Zbigniew W. Kaleta – podejrzany pustelnik, skupiający na sobie zło. Grają lekko, bawią i przerzucają rolami, cieszą baśniowym światem. Ale, czy na tym, „nie cierpi” przemiana, zamiana tożsamościowa Kóby, czy nie przychodzi łatwo, za łatwo?

W spektaklu Bukowskiego, czasowo i przestrzennie, to, co minęło, powraca, by znowu wrócić. Mimo to, całość jest spójna i sprawnie zrealizowana, z dynamiką, która przewidywalnie się wznosi i opada. Dominuje nastrój pogodny, choć rzecz jest, o sprawach niepogodnych. Może ta delikatność nastroju, jest kosztem dotkliwości tematu. Ale skoro jest to baśniowy sen?

Andrzej Piątek

[Na zdj: Magdalena Grąziowska i Łukasz Szczepanowski w „Baśni o wężowym sercu”].

Zdęcie Archiwum Narodowego Starego Teatru w Krakowie.

Leave a Reply