Przejdź do treści

Z fotela Łukasza Maciejewskiego: PISMO ŚWIĘTE ŚNI O PIEKLE

Bóg policzył dni” Konrada Hetela w reżyserii Radka Stępnia

W zasadzie nie powinienem o tym spektaklu pisać, na pewno nie recenzję. Nie wypada. Jestem wykładowcą, jednym z wykładowców Wydziału Aktorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi, a to spektakl dyplomowy moich aktualnych studentów. Na szczęście felieton jest formą pojemniejszą, felieton załatwia w pewnym sensie sprawę.

Nie chcę pisać o spektaklu, ale obok spektaklu, wokół opisywanego przedstawienia. Dużo słyszałem o Radku Stępniu, sporo czytałem o nim, zawsze jednak coś stawało na przeszkodzie, żeby zobaczyć jego teatr, przecież od dawna nagradzany i dowartościowywany. Studenci na zajęciach opowiadali mi o pracy z reżyserem i autorem sztuki, fascynującej i trudnej. O spektaklu, który powstawał z rozmów, rodził się na spotkaniach, budował z refleksji z obejrzanych książek, z filmów, słuchanej muzyki. Z antyku i z Xaviera Dolana, z Dolana bardziej niż z antyku, i z parunastu jeszcze źródeł, ale w końcu ważny jest efekt, nie źródła.

Stępień był uczniem Lupy, i to się czuje natychmiast. To samo czułem zresztą lata temu oglądając pierwsze spektakle najzdolniejszych uczniów Krystiana Lupy – Jarzyny czy Miśkiewicza, zresztą Stępień intencjonalnie odwołuje się do kluczowych spektakli Lupy mniej więcej z tamtego okresu, z początku lat dwutysięcznych, których przecież nie mógł oglądać, bo jest na to za młody, do „Lunatyków”, „Azylu”, „Wymazywania”.

Jak niegdyś Lupa, próbuje teatrem zakląć czas. Zaczarować czas, rzucić klątwę na widzów, tak żeby czas unicestwić. Lupa był i jest jedyny, nie da się tego powtórzyć. Podejrzewam, że Radek Stępień, podobnie jak wymienieni przeze mnie reżyserzy i co najmniej tuzin innych jeszcze, uzbroi się niebawem we własny czas, czas Stępnia, nie czas Lupy przetworzony przez Stępnia, na razie jednak buduje czas w ramach lekcji mistrza. To nie jest złe, to ciekawe – kontynuacja przez pytania. Nie zaprzeczenia, nie kopiowanie, ale pytania.

Młodzi aktorzy, moi aktualni studenci, grają z wyczuciem, wrażeniowo, czuje się, że te role są im bliskie, odnajdują się w typach, rozumieją ich labilność i chwiejność, bo jest to labilność i chwiejność, z którą zmagają się niemal każdego dnia, ale im dłużej oglądałem spektakl, im głębiej wchodziłem w czas reżyserski, czas sceniczny, tym mocniej odnajdywałem również i siebie w tym obrazku. Zbyt wiele natrętnych wspomnień.

Bo był chłopiec, gra go pięknie Karol Lelek, nazywali go Pismo Święte; chłopiec, który wyjechał ze swojego miasta, żeby wrócić po latach w garniturze, pod krawatem, żeby pokazać byłym kolegom, byłej paczce, że kiedyś uciekł z miasta i wygrał. Że musiał zbiec, unicestwić wszystko, żeby wrócić z tarczą. By wykrzyczeć im: zobaczcie, mam krawat, mam garnitur, mam piękną dziewczynę Wandę (Anna Kraszewska), jestem krytykiem jazzowym, jeżdżę po świecie.

Nie spodziewał się jednak, że usłyszy od nich – nie masz niczego. I że będą to słowa prawdy, a blizny z niebycia w czasie, kiedy powinien być z mamą, pogrzebać mamę, to są straty, których nie da się już wyjaśnić, ponieważ zdrada na ludziach, których kochał (poruszająca rola Aleksandry Bernatek w roli Misi, byłej narzeczonej Pisma Świętego), są nie do odrobienia.

Pismo Święte śni o piekle. W szkolnych, drewnianych ławkach (Kantor na wieki wieków), odtwarza dawną nieumarłą klasę. Opowie o koszmarze swojej dziewczynie, której nie potrafi kochać również. Ona gra na saksofonie, on słucha jazzu. Melodia jest jednak katatonią. Jest klasterem. To się nie trzyma definicji, to się nie trzyma pionu. Wyjechał, żeby zrozumieć, że nigdzie nie było mu tak bezpiecznie, jak wtedy, kiedy tak bardzo się wstydził. Że nic nie było potem. I że nie ma już siły na zaczynanie wszystkiego od nowa.

Może już tylko pojechać z dawną paczką do klubu o nazwie „Moskwa” (ta nazwa brzmi dzisiaj złowrogo), nawalić się, przyćpać, poluzować krawat. Tyle tylko może. To jest rozpacz, nie jazz. To jest jazz rozpaczy.

Łukasz Maciejewski

[Tekst ukazał się we wrześniowym „Kalejdoskopie”]

Leave a Reply