Ingmara Bergmana sztuka precyzji

Jagoda Opalińska o Sonacie jesiennej w Teatrze Narodowym:

Bergmanowska precyzja od zawsze nosiła w sobie tajemnicę. Mroczną, zabagnioną, pulsującą. A na zewnątrz panował chłodny estetyzm trzymający pod artystycznym rygorem demony pamięci i psychiczne inferno. Aprobata lub sprzeciw widza musiały też iść tym torem. Mijając po drodze surowy luterański dom, Ibsenowsko-Strinbergowskie źródła oraz uwarunkowany skrajnym subiektywizmem odbiór rzeczywistości. Całe to emocjonalne kłębowisko ramował obraz, kierunkowały dialogi, przenikała muzyka. Wszystkie plany kształtują na linii wzajemnych oddziaływań Bergmanowski ogląd świata, ale ostatni segment niesie szczególny powiew twórczej transcendencji.

Szczególny powiew i szczególna miara. Ciekawie o tym opowiada esej Tadeusza Szczepańskiego (program teatralny – Sonata jesienna. Teatr Narodowy, prem. 10 października 2020). Bergman uznawszy siebie za barbarzyńcę w muzycznym ogrodzie, na stałe tam zamieszkał (!). Stąd brał ilustracyjne motywy, fabularne inkrustacje. Ale przede wszystkim tym ściegiem szył i słowa wypowiadane, i słowa zarzucone. Szedł powoli, wchodząc w różne strefy brzmienia oraz wybrzmiewania. Pytanie, co to oznacza dla teatralnej recepcji Bergmanowskich scenariuszy. Prawo do wyboru narracyjnych sekwencji jest oczywiste, ale jak czytać zejście z linii rytmu? Dokąd ono prowadzi i którędy? Gdzie czyha fałsz, a gdzie się otwiera horyzont?

Zasypuję państwa wątpliwościami trochę na przekór, by podkreślić złożoną materię literacką przy okazji spektaklu dużej scenicznej urody. Bowiem estetyzujący rys przenika inscenizację Grzegorza Wiśniewskiego na wskroś. Odbija się w perspektywie scenografii, kostiumach i aranżacji światła (proj. Mirek Kaczmarek). Tworzy ramę dla aktorskich działań.

Mocny, gęsty od skrywanych emocjonalnych błysków artystyczny trójgłos. Charlotta – Danuta Stenka. Ewa – Zuzanna Saporznikow. Wiktor – Jan Englert. Ze wszystkich stron wyłania się syndrom kobiecości. Pokrętny, niedookreślony, fascynujący. Klucząc wśród symbolicznych odniesień, spotykamy tego, który uważnie obserwuje przebieg konfliktu.

Wiktor Jana Englerta mocno trzyma się tła. Nadzwyczaj trudny rejon ekspresji. Z jednej strony groźba mdłych odcieni, co to ani widu, ani słychu. Z drugiej – inwazja solówek realizowanych poza statusem roli. Tymczasem Englert sięgnąwszy Bergmanowskiego sedna, po mistrzowsku zaanektował tło. Jest w tym i obiektywny, i subiektywny. To nasycony bólem uczuciowy paradoks. A u podstaw – kontrolowane słowa, drobiazgowo nizane gesty oraz celnie tknięta wielowarstwowa sfera życiowych tragedii i zaniechań. Wszystko razem na ścieżce rytmicznego ładu, gdzie sytuuje się również skrywany emocjonalny żar. Czuła kreska, przemyślany światłocień wizerunku!

Teraz już nadchodzi pora Charlotty. Zawsze się boję recenzenckiej gorączki, dlatego unikam terminu rola legenda. Ale tu niech się krytyk trzyma, bo innej nazwy ni ma. Charlotta Danuty Stenki po prostu magnetyzuje. Jednak rzecz wcale nie była oczywista. Aktorka wybitna – wiadomo. Postać gęsta, faszerowana paletą barw – kwestia bezsporna. Lecz pomiędzy tyka artystyczna bomba. Konsekwencja faktu, że ta rola na scenie Narodowego łączy rys psychologiczny i obrys mechaniczny. A przecież oba aktorskie plany zachowują strukturalną autonomię. Wspaniały przykład niemożliwego dualizmu, który jest i otwiera perspektywy. Rezultat warsztatowej perfekcji. Werystyczny portret artystki-wampirzycy sprzężony z kadrami technicznie wygenerowanej gestyki robota – kobietona. Autentyczna współobecność dwu zbliżeń. Cudowny efekt czerwonej sukni wypełniającej klaustrofobiczny korytarz. Akurat tego kadru, mógłby pozazdrościć mistrz Bergman, gdyż nasycony ruchem element plastyczny odnalazł się w całej aktorskiej projekcji od specyfiki chodu począwszy. Ba, Danuta Stenka pokonała też budzące spore wątpliwości scenograficzne drabiny. Obeszła ekspresyjnym łukiem balansujące na granicy pustego chwytu negliże. Stygmat rozpaczy i wewnętrznego szaleństwa pominął bieliźniane akcesoria. Tylko nie wiem cui bono, że one w ogóle były. Natomiast wracając jeszcze do muzycznych rejestrów Sonaty jesiennej. Czuć tam wpływ osobowości Käbi Laretei, słynnej pianistki a prywatnie żony reżysera. Ich małżeństwo trwało osiem lat, zaś piecza nad jego muzykologiczną edukacją znacznie dłużej.

W teatralnej wersji obszar inkrustacji muzycznych – z epicentrum, czyli podwójnym wykonaniem preludium a – moll op. 28 nr 2 Chopina – wypełnia muzyka Agnieszki Stulgińskiej. Zwarta i rozwichrzona, odnajdująca się w melodycznych prolongatach toczonego sporu. I wtedy Charlotta Danuty Stenki sięga najwyższych tonów egotyzmu skumulowanego z dawkowaną w mimiczno-gestycznych pigułkach pazernością. Rozbuchane ja wybrzmiewa obok rozbuchanego pieniądza, stając się jedną dynamiczną sekwencją. Powtarzam, rola-legenda o niepowtarzalnym wewnętrznym rytmie. Kreacja i tajemnica aktorskiej wyobraźni.

Odnaleźć się w tych rejonach to dla młodej aktorki skok bez zabezpieczeń. Zuzanna Saporznikow nie tak dawno pięknie wędrowała tropem Büchnerowskiej Marii, chwytając po drodze metaforyczny skrót i realistyczne znaki. Teraz jako Ewa musiała, w imię zdruzgotanej pamięci i poplątanego dziś, penetrować przestrzeń starcia matka-córka. I takie starcie rzeczywiście nabiera mocy. Balansuje wśród akordów intro- i ekstrawertyzmu. Piekielna zawiłość rodzinnych więzi, której Saporznikow nadała gen transparentnej prawdy. Cóż, nawet spacyfikowała skondensowanymi środkami wyrazu dość karkołomny reżyserski pomysł mówienia dużej kwestii w fizycznym zwrocie do ściany. Reasumując. Szlachetna artystyczna robota. Aktorstwo na szlaku myśli i uczuć.

Powiem szczerze, że mam już dosyć fruwających po teatrze instalacji video. Zważywszy jednak na konsekwentny język tego przedstawienia i niezwykle organiczny portret Charlotty-Stenki, obraz trzyma w napięciu. I co kluczowe, odbija się wzdłuż dialogowego crescendo. Ciekawe, rozwibrowane inscenizatorskie tworzywo. Precyzja aktorskich działań w sprzężeniu z precyzją Bergmanowskiej wiwisekcji. To trzeba zobaczyć i usłyszeć.

Jagoda Opalińska

Leave a Reply