Przełęcz między kupami

Zapewne wśród moich Czytelników niewiele jest osób, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z Tatrami. Ale może w rodzinie są jakieś dzieci czy wnuki, które po raz pierwszy niedługo znajdą się w górach? Sezon letni już raczej się skończył, zaczęła się szkoła, ale wnet zaczną się przygody narciarskie, a wiosna też powinna zdarzyć się za jakieś pół roku… No, dobra – za pół roku z okładem. Wtedy pójdziemy wyżej, siądziemy wśród goryczek na Przełęczy między Kopami i zapatrzymy się na piękny pejzaż tatrzański. Może więc tymczasem warto rozejrzeć się w dobrej księgarni albo w Internecie za książką, która od pewnego czasu jest dostępna, ale nie wszyscy miłośnicy Tatr ją zauważyli. Nazywa się niezbyt oryginalnie, ale klarownie: Tatry, ale ma ambitny podtytuł: Przewodnik dla dużych i małych. Uznałem więc, że i dla mnie, bo skoro kategorii średnich nie przewidziano, mieszczę się w obydwu tych klasach. Więc ją przeczytałem, tym bardziej, że znam autorów, a i temat nie jest mi całkiem obcy.

Książek o Tatrach napisano już tyle, że gdyby je zwalić na kupę, byłyby pewno wyższe od Giewontu. Ale wiedzy o najwyższych polskich górach nigdy nie jest dość, zwłaszcza takiej, która w założeniu ma dotrzeć do niedoświadczonego i niesamodzielnego odbiorcy, często przez organizatorów wyprawy sytuowanego raczej bliżej bagażu, niż aktywnych uczestników wycieczki. Zastanawiałem się, jaki jest założony target czytelniczy, czyli do kogo właściwie Barbara Gawryluk i Paweł Skawiński kierują swoje Tatry. Po lekturze sądzę, że są to dzieci (młodzież?) w wieku 8-12 lat. Doskonały okres, by zacząć poznawać góry. Rozumnie poznawać, a nie traktować je jak jeszcze jedno boisko czy salę gimnastyczną. Dla tych młodych ludzi – a i tych, którzy im to będą czytać, opowiadać, czy polecać do czytania – także jest to książka cenna.

To rzeczywiście jest przewodnik, co prawda prezentujący swoje treści nie topograficznie, tylko merytorycznie, co raczej skłania do tego, by z książką zapoznawać się przed tatrzańską wyprawą, a nie w jej trakcie. Zresztą wymusza to także jej forma: Tatry to co prawda niezbyt gruby (88 stron), ale wielgaśny buch (26 x 31,5 cm) w twardej okładce, do plecaka raczej nie pasujący. Poza tym wyobrażam sobie, że miło byłoby go czytać w domowym zaciszu, wygodnie rozłożywszy na sporym stole, w dobrym świetle, bo prawdę powiedziawszy książka ta jest czymś w rodzaju rozbudowanego komiksu, a kapitalne ilustracje czynią z ich twórcy – Adama Pękalskiego – trzeciego autora przewodnika.

Narratorem zewnętrznym (chyba czułym?) jest tu dziennikarka Radia Kraków Barbara Gawryluk, doświadczona autorka książek dla dzieci, dobrze znająca tematykę górską, zaś przywoływanym przez nią co krok narratorem pierwszoosobowym jest uszczegółowiający poszczególne kwestie fachowiec, były dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, Paweł Skawiński. Jego wypowiedzi, umieszczone w takich właśnie parakomiksowych megadymkach,  prawie zawsze mające charakter anegdotycznych opowieści są najciekawszą dla mnie częścią książki, a ich autentyzm jest nie do podważenia. Paweł jest nie tylko doświadczonym leśnikiem z tytułem doktorskim (praca na temat drzew i krzewów, pokonujących górną granicę lasu), przez dwadzieścia osiem lat pracującym w TPN, w tym jedenaście na stanowisku dyrektora – jest także taternikiem, przewodnikiem tatrzańskim, ratownikiem TOPR i doświadczonym narciarzem. Przy czym – co w tym przypadku niezwykle ważne! – jest doskonałym mówcą i świetnym gawędziarzem, znajdującym natychmiast świetny kontakt ze słuchaczami w każdym wieku.

Książka podzielona jest na dwadzieścia pięć rozdziałów, wprowadzających młodych odbiorców w tatrzański świat, omawiających najpierw kwestie ogólne (TPN, pogoda w Tatrach, szlaki), potem prezentujących doliny, szczyty, jaskinie, i oczywiście tatrzańską przyrodę. Osobna część pokazuje zimowe Tatry, ich piękno i niebezpieczeństwa, na jakie narażają się narciarze i zimowi turyści, rolę jaką odgrywają ratownicy TOPR i ich psy, a także – w osobnej części – uroki Zakopanego, góralszczyzny i… oferty gastronomicznej pod Tatrami.

Powiecie: przecież to samo znajduje się we wszystkich przewodnikach tatrzańskich. To prawda, ale – c’est le ton que fait la chanson… Ten ton w piosence o Tatrach w tym przypadku jest bardzo osobisty – po prostu wierzymy, że Paweł Skawiński, wszystko to, o czym nam opowiada, sam przeżył, widział, słyszał, a nawet wąchał. Bo ani renomowani autorzy dawnych przewodników, ani my, turyści, raczej nie zwracaliśmy uwagi na pewne ślady, pozostawiane przez zwierzęta w Tatrach, a jeśli nawet tak – to ze zrozumiałą ostrożnością omijaliśmy je szerokim łukiem. Tutaj autorzy sześciokrotnie opowiadają nam o kupach, najczęściej niedźwiedzich (z malowniczymi szczegółami…), wilczych, ptasich, owczych, a także o świstaczych latrynach w bocznych odnogach ich nor. Oryginalne!

Opowieści Pawła Skawińskiego w wielu przypadkach dotyczą górskich niebezpieczeństw, tragedii górskich, wypadków taternickich i narciarskich. Ale mnie najbardziej wpadły w oko anegdoty o zwierzętach. Była już kiedyś cała książka o psie, który jeździł koleją, ale nikt jeszcze nie napisał o głuszce, czyli samicy głuszca, która zupełnie nie bojąc się ludzi, ani techniki chciała jechać koleją linową i spokojnie weszła między pasażerów do wagonika, mającego wyruszyć na Kasprowy Wierch. Zamiłowanie do wygodnej komunikacji nie spotkało się ze zrozumieniem pracowników TPN, którzy głuszkę złapali, nałożyli worek na głowę i wywieźli do Doliny Kościeliskiej… Podobnie było z psami, najczęściej bezpańskimi, które wędrowały za ludźmi na Giewont czy Rysy, skąd trzeba było je znosić, bo same zejść nie dawały rady… Podobał mi się też opis, w jaki sposób na Giewoncie znalazł się żelazny krzyż – bo mało kto pisze o tym szczegółowo, ciekawie, i nie na kolanach. Doskonały jest też rozdział o krupówkowym kiczu pamiątkarskim.

Słowem – interesująca literacka przełęcz między górami literatury, książka świetnie „się czytająca”, artystycznie, ale i zabawnie ilustrowana, która z pewnością doczeka się wielu wydań. Warto by więc poprawić w niej kilka błędów i nieścisłości, które co prawda nie zostaną zauważone przez 99 procent czytelników, ale też nie muszą w niej być. Zacznijmy od tego, że na zadniej stronie okładki wydawca reklamuje ją jako pierwszą książkę dla dzieci o Tatrach. Gdyby napisali: pierwszy przewodnik – może bym nie protestował. Ale książek dla dzieci o Tatrach było już przedtem mnóstwo, a niektóre zupełnie dobre, jak choćby Robinson tatrzański Stefana Gębarskiego (1896), Róża bez kolców Zofii Urbanowskiej (1903), Tajemnica Tatr Jadwigi Roguskiej-Cybulskiej (1934)… Ba, tatrzańskiej literaturze dla dzieci poświęcano też prace naukowe – np. prof. Poli Kuleczki Tatry w literaturze polskiej dla dzieci i młodzieży do roku 1939, czy tej samej autorki Skarbczyk tatrzański. Antologia poezji o Tatrach dla dzieci i młodzieży do 1939 roku. Po drugiej wojnie było ich też niemało, w tym – wydawane przez oficynę Tatrzańskiego Parku Narodowego…

Do treści mam zaledwie kilka uwag, ale niektóre błędy mnie zadziwiają, przez swoją – by tak rzec – banalność, zwłaszcza dla znawców Tatr. Zacznijmy od tego, że nazwa Doliny Kościeliskiej nie pochodzi od wsi Kościelisko (str. 21) – jest dokładnie odwrotnie. Najpierw w dolinie była niewielka osada górnicza, w niej mały kościółek, z czasem zniszczony i od tejże osady Stare Kościeliska poszła nazwa sąsiedniej wsi, która była początkowo rozproszona po poszczególnych polanach i dopiero w XIX wieku zyskała wspólną nazwę Kościelisko. Zbójnickie napady w Dolinie Kościeliskiej zdarzały się tylko na stronach Wikipedii, a zbójnickie nazwy w tej okolicy to czysta licentia poetica, taka sama jak nieodległe nazwy Saturn, Ratusz, czy Smocza Jama. Wzmianka o tym, że na Rysy trzeba się wspinać z pomocą łańcuchów (str. 24) jest zapewne tzw. skrótem myślowym, bo choć takie urządzenia rzeczywiście w trudnych miejscach pomagają, ale wspinamy się jednak po skałach przy pomocy własnych kończyn. Co do wspinania po skalnych ścianach, chyba nie dam się przekonać, iż wspinaczkę taką ułatwia taternikom czekan. Może zimą w jakiś sposób można go użyć, nawet w ścianie, ale ponieważ uwaga taka znalazła się przy opisie jak najbardziej letniej wspinaczki ptaka pomurnika, który zamiast czekana używa skrzydeł i podpiera się nimi w ścianie (str. 46) – traktuję to jako swoistą metaforę.

Ze smutkiem przeczytałem natomiast uwagę, skierowaną do młodych narciarzy, których autorzy przestrzegają, że przed rozpoczęciem skiturowej przygody w zimowych Tatrach, muszą je dobrze poznać latem, ale zwracając się do nich piszą, że z zakopiańskiej Gubałówki możecie zjechać już teraz. Jeśli to nie jest złośliwość skierowana pod adresem poprzedniego przed Pawłem Skawińskim dyrektora TPN, którego rodzina posiadająca w tamtym terenie swoje grunty, w praktyce uniemożliwiła zjeżdżanie na nartach z Gubałówki – to można tam, oczywiście, zjeżdżać, ale tylko kolejką linowo-terenową… Chyba jednak jest to po prostu anachronizm, jako że rozdział ten kończy się apostrofą wesołego białego szaleństwa! (str. 65). Na dawnych trasach narciarskich Gubałówki zrobiło się śmiesznie, ale czy wesoło?

W końcowej części książki autorzy prowadzą nas przez trudny teren folkloru, a zwłaszcza gwary góralskiej. Zacząłbym od tego, że gęśle to nie jest dawna, prymitywna wersja skrzypiec, choć wielu ludzi tak uważa. Przed skrzypcami górale grali na drewnianych dłubankach, które do dziś w gwarze nazywają się złóbcokami, zaś gęśle to właśnie dawna nazwa skrzypiec. Cytowana (?) w tym rozdziale śpiewka góralska zapisana jest z koszmarnym błędem gwarowym: gdy sie w was zapatse… (str. 78). To jest właśnie ceperska wersja mazurzenia, używana przez osoby, które nie wiedzą, że „rz” w gwarze góralskiej nigdy się nie wymawia jak „z”, a tym bardziej jak „s”… Na ścianie jednego ze sklepów w Szaflarach była reklama zachęcająca do kupna piknych spsętów, brr… No i niedobrze mi już się robi od powtarzania, że pieniądze w gwarze góralskiej to nie dutki, tylko dudki. Na jeden pieniążek jak byście powiedzieli? Dutek? To, że błąd ten jest powszechny i spotyka się go w literaturze od XIX wieku nic nie znaczy. Jest błędem i już.

Na sąsiedniej stronie, przy opisie zakopiańskich atrakcji, nie mogę się zgodzić na to, że znana wszystkim skocznia nazywa się Wielka Krokiew. Jest to Wielka Skocznia na Krokwi. Piszę o tym dlatego, że kiedyś, co prawda dawno temu, udało mi się słyszeć sprawozdawcę sportowego, relacjonującego konkurs skoków na Wielkiej Krokwi w Innsbrucku. Krokiew to nie jest synonim słowa skocznia. Aha, i skocznia nie ma szczytu, więc nie bardzo zrozumiałe jest zdanie, że na szczyt Wielkiej Krokwi każdy może wjechać koleją linową… Na tej samej stronie (79) znalazł się drobny błąd informujący o tym, że po zbudowaniu skoczni w 1925 r. rekord, ustanowiony na niej przez Stanisława Gąsienicę Sieczkę wyniósł 38 metrów. Było to 36 metrów. Nie sądzę też, że rekomendacja zwiedzania Muzeum Tatrzańskiego dla młodzieży jest wystarczająca, jeśli wszystko, co o nim się pisze to to, że można tam oglądać między innymi kolekcję strojów podhalańskich, zbiór motyli i ważek, a także siedem tysięcy kości niedźwiedzia jaskiniowego (str. 80).

Czepiam się? No pewnie. Gdybym uważał autorów za osoby niekompetentne, a książkę za niewiele warte czytadełko, to bym się nie fatygował. Jasne, że jestem czepialskim dziadersem, ale wynika to z faktu, iż wiem ile ja sam błędów popełniłam w swoich książkach i z jakim trudem teraz próbuję je prostować. Przede wszystkim jednak uważam, że w Tatrach kilkoma kliknięciami można nieścisłości usunąć po to, by drugie, trzecie i setne wydania tej publikacji swoją zupełną doskonałością zachwycały kolejnych Czytelników, czego i autorom i wydawcy szczerze życzę.

Maciej Pinkwart

————————————–

B. Gawryluk, P. Skawiński, Tatry. Przewodnik dla dużych i małych. Ilustracje Adam Pękalski. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021, 88 stron dużego formatu.

Leave a Reply