Z fotela Łukasza Maciejewskiego: NIECH PAN ŚPI SPOKOJNIE

MINETTI. PORTRET ARTYSTY Z CZASÓW STAROŚCI”, REŻ. ANDRZEJ DOMALIK

„Minetti. Portret artysty z czasów starości” w Teatrze Polonia w reżyserii Andrzeja Domalika, to na pewno inny Thomas Bernhard niż ten, znany z kanonicznych adaptacji Krystiana Lupy, czy wcześniej Erwina Axera. A siła bernhardowskich spektakli Lupy, również po latach, jest tak wielka, że idąc do teatru na Bernharda, podświadomie oczekujemy powtórki z jego teatru. To błąd. Teatr Thomasa Bernharda, jak każdego wybitnego autora, jest pojemny. I każdy artysta ma prawo odczytać go po swojemu. Dla Andrzeja Domalika „Minetti” nie jest sztuką obrazoburczą, nie załatwia żadnej konkretnej sprawy, staje się natomiast uniwersalną, szlachetną przypowieścią o losie artysty. Bernhard może by się na takie odczytanie wściekł, nigdy nie chciał być szlachetny, ale gdyby zobaczył Jana Peszka-Minettiego, zmieniłby zdanie. O takich kreacjach mówi się: tour de force. Tak, rola Peszka to wyczyn.

Spektakl Domalika warto obejrzeć co najmniej dwa razy. Za pierwszym, percepcyjnie obejmujemy całość – reżyserię, przejrzystą formę, światło, kostiumy, role aktorskie, ale i na przykład przeszkadzające mi toporne scenki choreograficzne z udziałem statystów w rolach gości hotelowych, czy burzącą rytm przedstawienia muzykę, nadmiar muzyki. Kolejne spotkanie pozwala w pełni docenić kreację Peszka, ruch sceniczny Minettiego, który jest giętkością z teatru Schaeffera zderzoną z garbem zgorzknienia bohatera. Wieczna ruchliwość Peszka zatrzymała się w Minettim. Aktor mówi, chociaż wolałby może tańczyć. Skarży się, chociaż wolałby się śmiać. Jest chodzącą wolnością, poddaną przymusowemu zniewoleniu.

Minetti ze sztuki Bernharda to stary aktor, niegodzący się ze statusem starego aktora. Wybierający raczej emigrację wewnętrzną, niż złamanie raz przyjętych reguł. Nigdy się nie przystosował, łamał zasady poprawności, nie szedł na łatwiznę, i nie przejmował się tym, że czy będzie akceptowany. Oto wierność sobie i złość na świat, na teatr, że nie potrafił tej wierności uhonorować. A teraz, w końcówce drogi, czekając beznadziejnie na spotkanie z dyrektorem teatru w Ostendzie, jest nie tyle buntownikiem bez powodu (swoje powody miał), co buntownikiem żarliwie broniącym prawa do buntu. Bernhard chwilami chciał swojego bohatera ośmieszyć, Peszek i Domalik nie pozwalają Minettiemu na żałosne tony, a widzom na litość. Minetti jest fizycznie słaby, ale duchowo silny. Bunt to prawo własnego głosu. Nawet jeżeli nikt nie miałby w końcu tego głosu usłyszeć. Wtedy mówi się do siebie.

Thomas Bernhard wielokrotnie krytykował teatr, a raczej styl, w jakim austriacki teatr traktował jego sztuki, niemniej wysoko cenił talent poszczególnych aktorów. „Minetti”, dramat opublikowany w 1976 roku, jest swoistym hołdem pisarza dla aktorów i aktorstwa. Bernhard Minetti był postacią autentyczną. Co więcej, zmarły w 1998 roku w wieku dziewięćdziesięciu trzech lat artysta, miał w Niemczech status podobny do na przykład Tadeusza Łomnickiego. „Ostatni gigant niemieckiego teatru” – tak w prasie niemieckojęzycznej żegnano Minettiego. „Był królem artystów teatru” – pisał wówczas Claus Peyman, ówczesny szef wiedeńskiego Burgtheater. To właśnie u Peymanna kilkakrotnie wcielił się w rolę Minettiego, bohatera sztuki Thomasa Bernharda. Do historii niemieckiego teatru przeszły jednak przede wszystkim jego kreacje w sztukach Szekspira i Schillera. Jeszcze na kilka miesięcy przed śmiercią, Bernhard Minetti stworzył wybitną rolę w „W locie nad oceanem” Roberta Wilsona, sztuce wystawionej w Berliner Ensamble.

Thomas Bernhard podziwiał Minettiego, chociaż przed napisaniem sztuki, prawie się nie znali. Podobno rozmawiali ze sobą raptem trzy godziny. Wystarczyło. Bernhard podkreślał zresztą, że Minetti był dla niego symbolem, punktem wyjścia do rozważań na temat aktorstwa i że nie warto, nie wolno wręcz, łączyć biografii aktora o tym samym nazwisku, z bohaterem przedstawienia. Sztuka nie jest zatem o Bernhardzie Minettim, można powiedzieć, że tytułowy bohater jest zaprzeczeniem statusu słynnego aktora, ale w jakimś stopniu stała się dla aktora epitafium, dała mu – tym razem międzynarodową – nieśmiertelność. Jest również jednym z najlepszych literacko znanych mi tekstów o aktorstwie i teatrze, a konkurencja pod tym względem jest przecież olbrzymia, dlatego można się dziwić, że to dopiero druga w Polsce realizacja dramatu, tym razem w nowym i świetnym tłumaczeniu Moniki Muskały. Przed laty, w 1999 roku, w spektaklu w reżyserii Gillesa Renarda w Teatrze Polskim w Warszawie, Minettiego zagrał Ignacy Gogolewski.

Jan Peszek, podobnie jak prawdziwy Bernhard Minetti, jest artystą spełnionym i spełniającym się, niemającym nic wspólnego z bezrobotnym bohaterem sztuki, niemniej łączy go z bohaterem zdecydowanie i stanowczość tonu w wyznawaniu określonych zasad, nieugiętość wobec artystycznych kompromisów, veto wobec środowiskowej hipokryzji. Minetti w sztuce Bernharda jest swawolny i bezkarny, Peszek bywa podobny, wiele razy wkładał środowiskowy kij w mrowisko. Myślę, że gdyby się spotkali, nawiązaliby nić porozumienia.

Minetti został zepchnięty na margines w dużym stopniu z własnej winy. Nieugiętość nie zawsze jest w teatrze cnotą. A potem, zwłaszcza po latach niegrania, pojawia się również strach. Nieugiętość bez treningu zawodowego, staje się w końcu ostatnią deską ratunku, obroną przed statusem niezrealizowanego życia. Dobrze to znamy, tyle razy słyszeliśmy, w rozmaitych kontekstach: „tak dobrze się zapowiadał, tyle się po nim spodziewaliśmy, a jednak nie wyszło”. Przewrotność Bernharda i clou kreacji Jana Peszka jest sprzeniewierzeniem się takim uproszeniom. Minetti przegrał, ale wygrał. Pamięć widza, fotosy, może czasami recenzje – to zostało, ale najważniejsza jest duchowa aura bohatera sztuki. Jego siła, jego upór, złośliwość i dekalog twórczy. Kategoryczne veto wobec pospolitości.

Jan Peszek w spektaklu Domalika jest Minettim, jest także Bernhardem, jego literaturą. Gra solówkę, chociaż na scenie jest wspomagany przez innych aktorów. W pamięci zostają zwłaszcza dwie role kobiece – dawno nieoglądana w teatrze Małgorzata Zajączkowska w arcyważnym monologu wstępnym i z nadzwyczajnym wyczuciem bernhardowskiej groteski oraz młodziutka Zofia Domalik, wschodząca gwiazda kina, oniryczna i na wpół realna, wyjęta żywcem z prac Renée Magritte’a, plastycznego, wizualnego patrona przedstawienia (scenografia i kostiumy Jagny Janickiej, światło Katarzyny Łuszczyk). Nikt nie ma jednak wątpliwości, że spektakl powstał dla Jana Peszka, a sukces skromnego przedstawienia jest przede wszystkim sukcesem aktora.

Zdania Peszka rwą się, powtarzają, nieustanne refreny wchodzą zaś w konflikt z obłościami tak zwanych prawidłowych dialogów. Ma się wrażenie, że słowo u Bernharda to walka. Walka o przetrwanie. I Peszek-Minetti wygrywają. Aktor musi grać, musi mówić, nawet aktor na zesłaniu, nawet aktor nienawidzący mieszczańskiej publiczności i mieszczańskiego repertuaru. Minetti nie znosi również klasyki. Tego, co się wyprawia z klasyką, i jak się ją gra. Z literaturą klasyczną zerwał dawno temu. Przez trzydzieści lat był na dobrowolnym zesłaniu, mieszkając kątem u rodziny, wzmacniał swój gniew, wyolbrzymiał dawne konflikty. W kufrze pełnym wycinków z gazet z lat triumfów, recenzji o których wszyscy zapomnieli i nikt nie chce ich czytać, wozi ze sobą również maskę „Król Leara” stworzoną przez samego Jamesa Ensora, bo Lear, jako jedyny, jest bohaterem klasycznym, do którego chciałby jeszcze wrócić, o którym wie wszystko. I teraz właśnie, w sylwestrową noc, melduje się w hotelu w Ostendzie, umówił się na spotkanie z dyrektorem teatru, ponieważ chce znowu zagrać Leara. Zagaduje to marzenie, zagaduje strach, tylko buntu nie potrafi zagadać.

Minetti znowu nie trafił w swój czas. W hotelu nie ma wciąż wyczekiwanego dyrektora, być może jest tylko chorobliwym fantomem w głowie artysty, pojawiają się za to sylwestrowe, alkoholowo podminowane hopperowskie motyle i ćmy. Minetti zachowuje się niestosownie, nagabuje obsługę, zagaduje gości, jest przykry i podniecony, ale to rzeczywistość, w której się znalazł jest niestosowna i przykra. Piękna dziewczyna (Domalik) czekająca na pięknego chłopca; piękna – chociaż pijana – Dama (Zajączkowska) w czerwonej sukni, czekająca na coś, na cokolwiek, od wielu dni, wielu tygodni, a może i lat; wreszcie hotelowa obsługa, nie czekająca na nic, ziewająca ukradkiem. To na pewno nie jest publiczność dla Minettiego. Zapomnianego geniusza z maską Ensora w wysłużonej walizce, ale to jedyna publiczność na którą może liczyć. Ostatnia publiczność ostatniego prawdziwego Leara.

Dama w czerwonej sukni wypiła kilka kieliszków za dużo, nogi trochę się plączą, szpilki przeszkadzają, cały wieczór słuchała Minettiego od niechcenia. Jeszcze jeden dziwak, tylu już ich było, będą następni. Teraz wstaje, rusza do windy, w pokoju hotelowym zdejmie własną maskę Ensora. Nie będzie Kordelią, Gonerylą, Reganą, będzie tylko sobą – samotną i pijaną kobietą, niegdyś damą. Ale przed włączeniem przycisku windy, przygląda się ostatni raz Minettiemu. Przygląda uważnie. Nie ma w niej cienia szyderstwa, nie ma już ironii. Dama nie ironizuje, dama dyga jak dziewczynka i mówi: „Dobranoc panu, niech pan śpi spokojnie”. Wszystkim się to przyda.

Łukasz Maciejewski

[Recenzja publikowana w miesięczniku „Teatr”]

Leave a Reply