Kapsułki pamięci Krzysztofa Lubczyńskiego (5)

Tym razem red. Lubczyński o spotkaniach z Marianem Cebulskim, Sławomirem Mrożkiem, Grzegorzem Leopoldem Seidlerem i Janem Chylińskim

Marian Cebulski
Marian, który dość niedawno zmarł przeżywszy przeszło dziewięćdziesiąt lat był jako wieloletni aktor Teatru imienia Juliusza Słowackiego w Krakowie żywą częścią artystycznej legendy miasta pod Wawelem. Spotkaliśmy się jesiennym wieczorem w jednej z kawiarni położonych na obrzeżach Rynku Głównego. Od razu skrócił dystans „na ty”, mimo ogromnej dzielącej nas różnicy wieku. No i bardzo dowcipny. Od razu postawił mi, do filiżanki kawy, kieliszek wódki, a kiedy po skonsumowaniu trunku zaproponowałem mu rewanż w postaci drugiego kieliszka zapytał: „Ty chyba jakimś alkoholikiem jesteś?”. Po tym wieczorze popadliśmy w miłą zażyłość i kilka razy spotykaliśmy się, gdy zaglądałem do Krakowa. Marian był istną kopalnią krakowskich anegdot i opowieści. Wspominał, jak znalazł się na krótko w charakterze więźnia w obozie niemieckim w Płaszowie i nie tylko naocznie widział, ale też musiał wysłuchać okrutnej mowy komendanta, „demonicznego” esesmana Amona Goetha. Dość zabawna była anegdota związana z postacią jego kolegi z powojennego, krakowskiego Studia Iwo Galla, kształcącego aktorów – Tadeusza Łomnickiego. Otóż w 1990 roku, po latach niewidzenia się, mieli się spotkać na planie realizacji przedstawienia Teatru Telewizji, „Szalbierza” György Spiro, widowisku o Wojciechu Bogusławskim, w którym Łomnicki grał wielkiego twórcę polskiej sceny, a Marian rosyjskiego cenzora. Młody reżyser Tomasz Wiszniewski był bardzo stremowany faktem pracy z wielkim „Łomem”. Marian stawił się na plan odpowiednio wcześnie, ale okazało się że Łomnicki miał się sporo spóźnić. Gdy Wiszniewski poinformował o tym Mariana, ten udając oburzenie i złość powiedział, że w takim razie on nie będzie czekał na pojawienie się partnera. Gdy Wiszniewski, prawie płacząc, prosił go, żeby został, żeby był wyrozumiały bo tu przecież z wielkim Łomnickim sprawa, Marian jeszcze „podkręcił” swoje oburzenie i irytację wołając: „A co mnie obchodzi jakiś pan Łomnicki, ja tu jestem pan Cebulski i życzę sobie, żeby się pan Łomnicki pojawił o czasie, bo inaczej sobie pójdę”. Zdruzgotany i roztrzęsiony Wiszniewski zadzwonił do „Łoma” i przekazał mu słowa Cebulskiego. Łomnicki niebawem się pojawił. „Wyściskaliśmy się jako starzy kumple i wyśmialiśmy z tego teatrum jakie odwaliłem” – spuentował opowieść Marian. Jednak najbardziej podobała mi się inna jego anegdota, istny materiał na komedię okupacyjną. Był rok 1944 i działał Krakowski Teatr Podziemny, w którym jednym z kolegów Mariana był Adam Mularczyk, aktor o komiczno-demonicznej powierzchowności, przez masowa widownię najbardziej zapamiętany w roli taksówkarza w komedii „Nie lubię poniedziałku”, który z gumą w dłoni ściga Bączka z Mielęcina, tego od „Kurka wodna”. Mularczyk, poza teatrem, zajmował się w czasie okupacji handlem, także z Niemcami. Jako człowiek pełen dezynwoltury i beztroski, któregoś dnia umówił się z pewnym niemieckim mundurowym na zawarcie interesu akurat w magazynie, w którym konspiracyjny teatr wystawiał przedstawienie i to o godzinie, w której spektakl się rozpoczynał. Publiczność się zebrała, a wśród niej usiadł niemiecki mundurowy. I na widowni i na scenie zapanowała atmosfera grozy i konsternacji, ale nikt nie wykonywał żadnych ruchów uważając że i tak wszystko stracone – byli przekonani, że Niemcy zdekonspirowali teatr. „Kiedy wyszedłem na scenę i zobaczyłem na widowni Niemca w mundurze Wehrmachtu, zmartwiałem ze zgrozy – opowiadał Marian – W wyobraźni widziałem już, jak za chwilę pojawi się tu więcej Niemców, gestapo i wszystkich nas wyaresztują, a potem rozstrzelają albo wywiozą do Oświęcimia. Dograliśmy do końca i nagle widzimy, jak do Niemca schodzi ze sceny Adam, wita się z nim, rozmawiają swobodnie, śmieją się, wypijają po kielichu bimbru, po czym Niemiec żegna się i wychodzi. Rzuciłem się do Adama, prawie chciałem go pobić, ale on mnie uspokoił, że nic nie będzie, że robi z tym Niemiachem interesy od dawna. I rzeczywiście nic się nie stało. Wprawdzie od następnego razu nie graliśmy już w tym miejscu, ale przecież gdyby Niemiec doniósł na gestapo, to by nas wyłapali, a do końca okupacji nic się nie stało. Może nie zorientował się, w czym uczestniczy, a może nie był krwiożerczy, chciał spokojnie żyć, nie zamierzał robić afery i miał w dupie polski konspiracyjny teatr.
Sławomir Mrożek
Po tym jak niedawno ukazały się wspomnienia wdowy po Sławomirze Mrożku, przypomniałem sobie „zetknięcie” z nim, bo tak to tylko można nazwać, podczas pewnego spotkania z jego udziałem w warszawskim Teatrze Współczesnym przy Mokotowskiej. Spotkanie, co najmniej dekadę temu, otwarte dla publiczności, związane było z promocją, o ile dobrze pamiętam, pierwszego tomu jego „Dzienników” i uczestniczył w nim także m.in. dyrektor teatru, Maciej Englert. Po spotkaniu podszedłem do Mrożka z egzemplarzem „Tanga” i poprosiłem go o imienną dedykację. W całkowitym milczeniu dramaturg wpisał mi, drobnym pismem, tylko swoje imię i nazwisko, po czym spojrzawszy mi w oczy i nie wypowiadając ani słowa, oddał mi egzemplarz. Niby nie było nic szczególnego w tym epizodzie, ale przecież dane mi było osobiście doświadczyć jego legendarnej „milczkowatości”, o której tyle razy czytałem w książkach i artykułach o twórcy „Tanga”
Grzegorz Leopold Seidler
Profesor Seidler był jedną z najbardziej znanych postaci mojej lubelskiej, studenckiej młodości, choć akurat prawa nie studiowałem. Były rektor Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej wykładał historię doktryn politycznych i prawnych. Nazywano go „anglofilem”, z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że specjalizował się w prawie angielskim (przed wojną studiował m.in. w Oxfordzie). Po drugie, nosił się jak angielski dżentelmen: stosowany kapelusz typu „Eden”, szyty na miarę elegancki garnitur z doskonałego materiału i nieodłączny parasol. Był z tego powodu osobliwością na tle nieco siermiężnego, lubelskiego otoczenia. Nawiasem mówiąc, rywalizował na wydziale prawa z profesorem Henrykiem Groszykiem, którego nazywano „frankofilem”, bo zajmował się prawem francuskim i nosił się z kolei z francuska: do eleganckiego garnituru w prążki – i laska. Ten „teatr” uprawiany przez obu panów był źródłem uciechy zarówno koleżeństwa naukowego, jak i studentów. Obaj uczeni posługiwali się oczywiście doskonałą angielszczyzną (Seidler) i francusczyzną (Groszyk). Od czasu do czasu można było natknąć się na któregoś z nich, kroczących godnie przez plac Litewski, przy którym mieścił się gmach Wydziału Prawa, pałac Radziwiłłów, w 1918 roku siedziba lubelskiego Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej z Ignacym Daszyńskim na czele. Bywałem tam często, bo prawo studiowali moja dziewczyna i mój bliski kolega. Wiele lat później natrafiłem w pewnej książce na fotografię, która przyciągnęło moja uwagę. Przedstawiało ono salę Senatu RP w 1938 roku. Fotel marszałka zajmował Bogusław Miedziński, prominentny piłsudczyk, jeden z twórców przedwojennego II Oddziału, czyli kontrwywiadowczej „Dwójki”, o którym mawiano, że jest „demoniczny”. Poniżej, w ławach sekretarzy zasiadało kilku młodych mężczyzn. Jednym z nich był 25-letni wtedy Grzegorz Leopold Seidler. Tak oto poprzez postać profesora Seidlera, dotknąłem przedwojennej historii Polski.
Jan Chyliński
Szereg lat później, także w Lublinie, w zimowy, śnieżny wieczór wybrałem się na promocję wspomnień Jana Chylińskiego, syna Bolesława Bieruta, poświęconych jego ojcu. Spotkanie odbyło się przy ulicy Sierocej, w niewielkim domku, w którym w czasach II RP mieszkał młody Bierut, jeszcze jako działacz spółdzielczy, urodzony zresztą w Lublinie, w dzielnicy Rury Jezuickie. Mieszkałem przy tej ulicy 17 lat (1963-1980) i chodziłem do położonej przy niej Szkoły Podstawowej nr 25 im. Władysław Broniewskiego. Do początku lat dziewięćdziesiątych mieściło się tam muzeum Bieruta, jako oddział Muzeum Ruchu Robotniczego, otworzone w 1972 roku przez samego Edwarda Gierka. Oczywiście wtedy byłem za młody aby się tym obiektem zainteresować i przyszło to dopiero wraz z upływem lat. Pan Chyliński, miły starszy pan wpisał mi ciepłą dedykację i wtedy też poczułem dotknięcie historii, i tej polskiej, i tej mojej osobistej, osobliwym trafem w jakimś sensie połączonych w jedną kapsułkę pamięci i wyobraźni.

Leave a Reply