Pinkwart na czwartek: Gra pozorów

Wiosna udaje, że już przyszła. Zima – że jeszcze nie odeszła. A my udajemy, że nas cieszy zbliżanie się lata, bo może dostaniemy paszport szczepieniowy i będziemy mogli pojechać do Szczyrbskiego Jeziora. Jak na razie, władze innych krajów – podobnie jak nasze – mają w nosie fakt, żeśmy się zaszczepili i mamy furę przeciwciał: przecież za kołnierzem możemy przywieźć kilo wirusów, które nie mogąc się wgryźć w nasze zaszczepione płuca, z tym większą werwą rzucą się na Słowaków, Włochów czy udających Greków mieszkańców Murzasichla. Minister zdrowia sprawia wrażenie, że właśnie wszedł w posiadanie wiedzy o w miarę prawdziwej, a w każdym razie prawdopodobnej liczbie chorych na kowid i nawet nie próbuje udawać, że wie, ile osób zmarło na zawał i na raka. Udaje też, zdaje się, że szukanie haków na byłego posła Zjednoczonej Prawicy Wojciecha Maksymowicza nie ma związku z jego krytyką pana ministra i ogólnie rządu, tylko z kwestiami moralnymi. Moralność profesora Maksymowicza wisiała panu ministrowi zwiędłym kalafiorem, póki nie zaczął się on wypowiadać krytycznie o rządzie, który współtworzy jego partia – Porozumienie Jarosława Gowina, bo profesor stał się niemoralny z momentem, kiedy otworzył buzię w sposób krytyczny. W sumie racja, bo jeśli się nie kracze jak wrony, między które się weszło, to nie jest się wroną, ani tym bardziej kurą czy nie daj Boże kaczką, tylko ni psem, ni wydrą, ale hydrą, której trzeba urwać łeb – niestety urywający są dość leciwi i mało silni, bo ich siła siedzi zamknięta w gabinecie na Nowogrodzkiej, który w coraz większym stopniu staje się gabinetem jednego cienia. A może nawet cieniasa.

Rząd udaje, że jego rozporządzenia w sprawie noszenia maseczek są zgodne z konstytucją i obowiązują jako prawo, obywatele udają, że ich to nie dotyczy, albo, że noszą maseczki – pod nosem, jakby chusteczek higienicznych w sklepach zabrakło, na brodzie, jak nieboszczycy z opadającą dolną szczęką, czy na przegubie, żeby założyć, jak będzie nadlatywał wirus czy policjant. Policja udaje, że egzekwuje te przepisy, wypisując kilka mandatów dla uczestników kilkusetosobowego zgromadzenia kibiców i kilkaset mandatów dla uczestników kilkudziesięcioosobowej demonstracji opozycyjnej.

Polska opozycja udaje, że wierzy w szczerość propaństwowych intencji Jarosława Gowina, a on udaje, że jest gotowy podjąć z nią dialog, udając przy okazji, iż wierzy w to, że ludzie zarusieńko zapomną u czyjego boku wicepremier stał przez ostatnie sześć lat, a będą pamiętać to, że przedtem stał u czyjego innego boku. A jeśli Gowin pomoże nam podziękować Kaczyńskiemu i odprowadzić go do drzwi, to może zapozorujemy to, że to nie my mówiliśmy o nim, jako o osobie siedzącej okrakiem na barykadzie zbudowanej z żyletek, co musi fatalnie się odbijać na podejmowaniu męskich decyzji. To jest ta sama technika polityczna, w myśl której wicepremier za demolowaniem Sądu Najwyższego głosował tak jak mu kazał Kaczyński – ale się z tego nie cieszył. Teraz niezwykle elegancko w swoim programie politycznym mówi o przyjaznym rozdziale Kościoła od Państwa – a raczej Państwa od Kościoła – twierdząc, że gdy Państwo wchodzi w sprawy Kościoła, to Kościołowi nie służy. Odwrotnie rzecz jasna też, dopowiedział po krótkiej przerwie. Można to podziwiać: c’est le ton, que fait la chanson, jak mówili dobrze wykształceni przedstawiciele tzw. salonu.

Kościół – ma się rozumieć: katolicki, inne są jedynie elementem folkloru – poprzez oświadczenie blisko 100-osobowej Konferencji Episkopatu poinformował nas kompetentnie, że dwie szczepionki antykowidowe są robione z wyskrobanych płodów, więc katolicy nie powinni tym się szczepić, chyba że nie mogą czym innym. Abstrahuję, przepraszam za wyrażenie, od medycznych kompetencji Episkopatu Polski, zresztą jest on zapewne przekonany, że wypowiada się w kwestiach moralnych. Przyjmijmy na chwilę roboczo, że to prawda i przeanalizujmy to stanowisko. Otóż jeśli zaszczepimy się Astrą czy Johnsonem, tudzież Zeneką i drugim Johnsonem, bo rząd nie pozostawił nam wyboru – to jest ok. Jeśli mamy wybór, to zakłujmy się Pfizerem czy Moderną. Inaczej mówiąc: nie popełnia grzechu ten, kto nie ma wyboru i musi popełnić. Kradnę, ale nie miałem wyboru – bo byłem bez grosza. Zabiłem, ale nie dało się inaczej załatwić sprawy. Pożądałem żony bliźniego swego, ale co miałem zrobić, jak taka ładna była… Abdykacja moralności w polskich władzach kościelnych nikogo w zasadzie nie powinna dziwić, ale że starsi panowie w genderowych sukienkach i myckach ogłaszają to tak otwartym tekstem, podczas gdy w kwestiach molestacji seksualnych i pedofilii milczą, albo udając zatroskanie składają obłudne, ezopowe czy wręcz kłamliwe deklaracje – może trochę zaskakiwać. A przy okazji – w szczepionkach nie ma ani jednej komórki ludzkiej. O kwestiach nieludzkich rzecz jasna episkopat wie więcej niż o ludzkich, ale po co opowiada takie androny z dziedziny medycyny? Nie dość mu dysput na temat tego, ilu diabłów mieści się w jednym plemniku?

„Solidarna Polska” Zbigniewa Ziobry udaje, że zależy jej na niezależności Polski od Unii Europejskiej, a tak naprawdę chodzi jej o to, by nikt nie przyglądał się demontażowi polskiego systemu prawnego. „Porozumienie” Jarosława Gowina udaje, że jest partią niezależną i spolegliwą, a gdy wypinają się na nią należący do niej wiceministrowie – żąda od premiera ich odwołania. Premier udaje, że ogłuchł i oślepł, więc para idzie w gwizdek. A Gowinowcy udają, że to nieprawda, że im napluto w twarz: przecież meteorolodzy zapowiadali, że deszcz będzie padał. Prezes PiS-u udaje, że jest dla obu swoich przystawek dobrotliwym ojcem chrzestnym i leje pasem w oba pośladki: nie odwołuje dysydentów, którzy przeszli od Gowina do Bielana, ale odwołuje Janusza Kowalskiego ze stanowiska Ziobrystowskiego wiceministra, a Ziobro wraz z Kowalskim udają, że takie złamanie umowy koalicyjnej jest drobiazgiem, bo „Solidarna Polska” z Kaczyńskim się solidaryzuje, tylko nie lubi premiera.

Gra pozorów hula też w środowisku opozycyjnym. Borys Budka udaje, że powołanie ruchu Rafała Trzaskowskiego było tylko takim niepotrzebnym chlapnięciem ozorem, a Rafał Trzaskowski udaje, że kocha Budkę miłością wielką, jako jeden z nielicznych zresztą. Szymon Hołownia udaje, że siada do stołu z Platformą i PSL-em, ale pod stołem aż furczy od kopiących się po kostkach nóg. Władysław Kosiniak-Kamysz udaje, że może stworzyć coś wspólnie z Gowinem i Kukizem, ale chyba udaje też, że wierzy w to, iż jego partia w ogóle wejdzie do Sejmu w przyszłych wyborach. Nowa Lewica pod przewodem nie koniecznie nowego, ale zabawnego Włodzimierza Czarzastego udaje, że jest jeszcze jakąś siłą polityczną w kraju, który udaje, że już wyszedł ze średniowiecza. Dawniej lewicowa, ale zawsze przesympatyczna Barbara Nowacka nie przytula się ani do Budki, ani do Trzaskowskiego i udaje że jest ładną twarzą czegoś, co udaje, że istnieje: Koalicji Obywatelskiej, walczącej z milicją obywatelską przy pomocy obsikiwanej gazem legitymacji poselskiej. A zapytywani przez ankieterów kandydaci na wyborców udają, że rozważają, czy głosować na PiS, czy na Platformę, czy na Ruch Hołowni. Pozory jednak wskazują, że zagłosują na PiS, jako partię wiarygodną i sypiącą wśród swoich prezentami, no i wciąż skonsolidowaną w myśl zasady: jedna partia, jeden naród, jeden wódz, a reszta won, na śmietnik historii.

Na szczęście, wiemy też dobrze o tym, że pozory mylą.

Maciej Pinkwart

22 kwietnia 2021

Leave a Reply