Pinkwart na czwartek: Niewątplywie

Jesteśmy mniejszością. Zwierzęta w świecie przyrody, ssaki w świecie zwierząt, chrześcijanie wśród wierzących, wierzący wśród stworzeń… To dlaczego jesteśmy tak nietolerancyjni dla mniejszości?

Jesteśmy niewierzący. Katolicy dla buddystów, buddyści dla muzułmanów, muzułmanie dla Irokezów, Irokezi dla protestantów, protestanci dla szintoistów, szintoiści dla ateistów, którzy wierzą tylko w brak wiary. Republikanie nie wierzą w demokratów, demokraci w ludowców, a ja w geniusz polityków. Szczególnie jednego.

Wątpię, więc myślę. Ta pierwsza część zasady kartezjańskiej jest niedozwolona w organizacjach autorytarnych. Każdym słowem ukochanego przywódcy trzeba się entuzjazmować, bo jest on wyjątkowym geniuszem polityki. Ludzie nie dlatego na jego partię głosują, że on ma rację – on ma rację dlatego, że na jego partię głosują. Wierzą w to bardziej niż w następstwo nocy i dnia, niż w słowa ksiąg objawionych, niż w pogróżki teściowej.

A ja niewierzący jestem. Poza tym myślę, więc wątpię.

Pierwsze rządy Jarosława Kaczyńskiego były jednym wielkim pasmem pomyłek, błędów i wypaczeń. Fatalne i co chwilę zmieniane decyzje kadrowe, nieuczciwe i oparte na nieufności koalicje, brak jakichkolwiek pozytywnych efektów społecznych i ekonomicznych. I klęska wyborcza, na własne życzenie. Po ośmiu latach ponowne objęcie władzy, na fali zadęcia posmoleńskiego, kiepskich socjotechnicznie rządów Platformy, odejścia Tuska z polityki krajowej, nieudolnych rządów jego następczyni, koszmarnie złej kampanii wyborczej najpierw prezydenta Komorowskiego, potem – całej formacji liberalnej i lewicowej. Z jednej strony amorficzne ciałka mało wyrazistych partyjek, skłóconych i wyrywających sobie coraz mniejszy kawałek tortu, z drugiej – skonsolidowana falanga pod silnym przywództwem, oferującym chleb i igrzyska, pod warunkiem zaakceptowania zasady jedna (dobra) partia – jeden (wierny) elektorat – jeden (prawy i sprawiedliwy) wódz.

W pierwszej kadencji nowych rządów PiS-owi wszystko wychodziło na plus: pięćset plus przykryło wszystkie minusy: mieszkania, inwestycje, reformy deformujące oświatę, sądownictwo, politykę zagraniczną, oślą ławkę w Unii Europejskiej – wymienianie tego wszystkiego wymagałoby napisania sporej książki. Wyglądało też na to, że Jarosław Kaczyński wyciągnął wnioski z poprzednich klęsk i przestał się rozmieniać na drobne, koncentrując się tylko na utrzymaniu władzy w jednym – swoim, naturalnie – ręku. Miał wystarczającą większość w parlamencie, miał w garści prezydenta, którego stworzył z niczego, miał całkowicie sterowalnych premierów, a ulicą i zagranicą się nie przejmował. Nie było nawet większych represji wobec przeciwników jego władzy, demonstrujących na ulicach, wypisujących sążniste i solidnie udokumentowane artykuły i książki, przedstawiające przekręty jego ludzi i jego samego. Demonstrować sobie mogli do upadłego, bo wódz doskonale wiedział, że naród demonstrantów nie poprze, bojąc się odebrania sypiącej się z nieba manny. Nieruchawość i ślimacze tempo działania unijnych instytucji gwarantowały Kaczyńskiemu to, że zanim Bruksela na temat metod postępowania sterowanej przezeń władzy bardziej stanowczo się wypowie – miną lata, a może i kadencje. Wroga mu prasa czy telewizja, o których mówiono że są w obcych: niemieckich czy żydowskich rękach – mogła pisać do upadłego o kamienicy Banasia, o kosztownych idiotyzmach komisji smoleńskiej, o Srebrnych Wieżach Kaczyńskiego, o maseczkach od sprzedawców oscypków i respiratorach od handlarzy bronią, o całowaniu w dziób wielkiego ptaka z Chin, który przywiózł nam parę ton szajsu i co? I nic. To nie Wyborcza i TVN decydowały, którą sprawą zajmie się wymiar sprawiedliwości, a którą nie, tylko Jarosław Kaczyński, bo to do niego prowadziły nitki z prokuratury, policji, służby bezpieczeństwa, CBA, wszystkich ministerstw i parafii. Większość z ujawnianych przez media afer wielokrotnie przekraczała wagę słynnego waszyngtońskiego Watergate. Inna rzecz, że gdyby afera Watergate wydarzyła się w Polsce za rządów PiS-u, nie zmieniłaby układu sił we władzach ani na jotę.

Wszystko to było może obrzydliwe, ale skuteczne: Kaczyński trwał przy władzy, kupiony lub przekonany elektorat w kwocie 30-40 procent nie cofał mu swego poparcia, a opozycja kopała się po kostkach, walcząc tylko o pokonanie progu wyborczego i zachowanie diet poselskich. Wódz PiS wmówił w większość Polaków to, że jest wszechpotężny i ma na sprawowanie władzy mandat ludzki i boski: ponieważ wygrywa w sondażach i w wyborach, to popiera go większość społeczeństwa, a przedstawiciele Kościoła Katolickiego albo nosili go na rękach, albo przynajmniej nie krytykowali – więc dla polskich katolików był niejako obdarzony episkopalnym namaszczeniem. No to popatrzmy na tę większość: w 2019 r. do wyborów uprawnionych było 30 253 556 osób. Na PiS głosowało 8 051 935 osób. Stanowi to 26,6 procent obywateli, dysponujących czynnym prawem wyborczym. Ale to jest nasz własny wybór: po pierwsze, do wyborów nie poszło 11 575 099 osób, pokazując, gdzie mają to, kto rządzi. Po drugie: opozycja zagwarantowała PiS-owi to zwycięstwo, nie umiejąc przed wyborami się zjednoczyć: na nie-PiS głosowało w sumie 10 626 522 osoby…

Na owym rozbiciu i podzieleniu Polaków jedzie coraz bardziej dychawiczna kobyłka prezesa PiS-u. A w drugiej kadencji geniuszu polskiego Talleyranda i Bismarcka w jednym widać jeszcze mniej: podobnie jak przed laty coraz bardziej uwierają go prawicowe przystawki, doklejone do większości sejmowej tak, że poczuły się – obie – języczkami u wagi. I coraz częściej ten języczek żoliborskiemu dyktatorkowi pokazują: Gowin nieco bardziej elegancko, Ziobro nieco bardziej bezwzględnie. To właśnie minister sprawiedliwości jest teraz w praktyce tym ogonem, który macha PiS-owskim psem. Nie umie, czy nie może zdyscyplinować go premier Morawiecki, który jest coraz mniej skuteczny. Nieskuteczność dotyczy także kwestii szczepień antykowidowych, choć niektórzy przypuszczają, że owe niezgulstwo jest elementem taktyki wielkiego mistrza – póki trwa pandemia, póty można społeczeństwo trzymać bezkarnie za m… aseczkę i narzucać mu pozakonstytucyjne ograniczenia. Bezprawnie, ale jak na razie skutecznie.

Sfery nowogrodzkie sugerują, że premierem może teraz zostać wójt Orlenu, Daniel Obajtek. Byłoby to już nie żałosne, ale po prostu śmieszne: Kaczyński, który „dał się uprosić” i został wicepremierem od bezpieczeństwa kraju, miałby teraz być klawiszem u knajackiego Człowieka Wolności, a raczej – Człowieka Bezkarności. Ale wątpię, czy ów Mister Pisowskiej Polski pozwoli Jarosławowi Kaczyńskiemu przetrwać w roli wodza dłużej, niż do wiosny. Choć Daniel Obajtek ma dla szefa PiS-u niewątpliwe zalety: jako prezes Orlenu jest niewątpliwie dysponentem największych państwowych pieniędzy pozabudżetowych, jest niewątpliwie skuteczny i jest niewątpliwie bardziej chamski niż klienci restauracji „Sowa i Przyjaciele”, w tym premier Mateusz Morawiecki. Zbigniew Ziobro niewątpliwie odkurzył już jego teczkę personalną i postawił w tajnej szafie tuż obok teczki prezesa Kaczyńskiego. W obu teczkach niewątpliwie są materiały do kolejnych nagród Człowieka Roku. Niewątplywie.

Maciej Pinkwart, 4 marca 2021

Leave a Reply