Pinkwart na czwartek

Wbrew twierdzeniom Unii Europejskiej i polskiej opozycji, PiS wcale nie ma problemu z trójpodziałem władzy, który zresztą jest już przestarzały i niefunkcjonalny, więc podlega dobrej zmianie. Wskutek dotychczasowych działań reformatorskich rzecz ta ukształtowała się klarownie i precyzyjnie. Co do władzy pierwszej – nikt nie ma żadnej wątpliwości: jest nią Jarosław Kaczyński. Władza druga to rząd, prezydent, sejm i Michał Dworczyk, czyli w skrócie – Jarosław Kaczyński. Władza trzecia, sądownicza, to prokuratura naczelna i krajowa, Krajowa Rada Sądownictwa, Sąd Najwyższy i Trybunał Konstytucyjny, a więc dr praw Jarosław Kaczyński. Poza trójpodziałem jest władza czwarta – czyli prasa. To w pierwszym rzędzie media tzw. narodowe, Jacek Kurski, Daniel Obajtek, doktor Tadeusz Rydzyk, bracia Karnowscy, Joanna Lichocka, czyli – per saldo – Jarosław Kaczyński. Ale w tym systemie istnieje pewna luka, bo na razie jest jeszcze parę wolnych mediów, Internet i telewizja satelitarna. Sporo pracy więc ma przed sobą Jarosław Kaczyński.

Od pewnego czasu władze PiS rządzą nami przy pomocy konferencji prasowych. I to w sposób pluralistyczny. Tak liberalne nie są władze żadnego kraju Unii Europejskiej, północnej ani południowej Afryki, nawet Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza ostatnio. Może podobnie jest w Kolumbii czy Urugwaju, no i z pewnością w Rosji, której prezydent rozmawia z dziennikarzami, a nawet ze społeczeństwem nie tylko przy pomocy policji i OMON-u, ale także poprzez Internet. Może zbliżony system utrwalił się w kraju afrykańskim, który kiedyś nazywał się Górna Wolta, a potem zmieniono mu nazwę na Burkina Faso, co w języku Mossi oznacza „kraj uczciwych ludzi”. Nazwy są ważne, bo zaklinają rzeczywistość, a ich długotrwałe używanie utrwala związki frazeologiczne i nikt już nie zastanawia się, co naprawdę kryje się pod nazwą „Kraj uczciwych ludzi”, „media narodowe” czy „Prawo i Sprawiedliwość”. Pluralistyczność konferencji prasowych polega na tym, że władze występują grupowo, przy czym to co mówi premier nie musi się zgadzać z tym co mówi minister, a to co mówi minister – z tym co dorzuca doradca rządu. Pytań ze strony dziennikarzy albo się w ogóle nie przewiduje, albo redakcje zgłaszają je wcześniej na piśmie, do uzgodnienia. Członkowie rządu i ważni posłowie urządzają dziennie po kilka konferencji w różnych miejscach, a na każdej mówią co innego w tej samej sprawie. Albo – różni ministrowie z różnych resortów mówią to samo: poza swoją kompetencją, ale zgodnie z otrzymanym SMS-em przekazem dnia. SMS-y wysyła Jarosław Kaczyński.

Czwarta władza w krajach demokratycznych patrzy pozostałym władzom na ręce i nie bacząc na konsekwencje ujawnia zarówno mądrość i rzetelność, jak również niegodziwość postępowania obserwowanych osób, co doprowadzało już nierzadko do zmian kadrowych i w efekcie do zmian w polityce. Inna rzecz, że na ogół na krótko. W naszym Burkina Faso takie postępowanie mediów skutkuje na ogół zmianami w ustawodawstwie, prowadzącymi przynajmniej do zamknięcia dostępu do informacji, a w dalszej perspektywie do zamknięcia dziennikarzy. Pozory wszakże są zachowane. Minister Michał Dworczyk rano udziela wywiadu w RMF, potem biegnie do Radia Zet zawadzając o Polskie Radio, po drodze odpowiada na pytania „Faktu”, w południe ma konferencję prasową z ministrem zdrowia, po południu nagrywa wypowiedź dla TVP i odwiedza zdalnie Polsat, wieczorem jest w TVN – w programie „Tak jest”, w „Faktach”, potem w „Faktach po Faktach”, albo w „Kropce nad I”, w „Szkle Kontaktowym” cytują go ze trzy razy, w wolnych chwilach udziela się w katolickim głosie w każdym polskim domu, a jak złapie kilka minut, to negocjuje z Pfizerem dostawy szczepionek i odmawia przyjęcia zastępczo viagry zamiast antycovidu, na koniec wpada na Stadion Narodowy i pokazuje puste łóżka w Szpitalu Narodowym, żeby udowodnić, jak skuteczna jest polityka narodowej partii wobec narodowej służby zdrowia.

Inni politycy – nieważne: zjednoczonej prawicy, podzielonej lewicy, obojnaczego centrum, bezruchu „Wspólna Polska” Rafała Trzaskowskiego czy biegunkowego ruchu Polska 2050 Szymona Hołowni – także pojawiają się na ekranach wszystkich telewizji i przed mikrofonami wszystkich radiostacji. Przy czym, jak wiadomo, jeden obrazek jest wart tysiąca słów, więc politycy nawet w stacjach radiowych występują przed kamerami po to, by ich radiowy występ mógł być pokazany w różnych telewizjach. Ważność polityka w strukturach parlamentarnych, rządowych czy antyrządowych mierzy się tym, czy występuje sam, czy dla pluralistycznej przeciwwagi – razem z przeciwnikiem politycznym. Budka sam, Kosiniak sam, Hołownia sam, Trzaskowski sam – ale Lubnauer, Kamiński, Jackowski czy Szefernaker już w dysharmonijnym duecie czy tercecie mniej czy bardziej egzotycznym. Jeśli polityk jest na tyle ważny, że nie toleruje obok siebie przeciwnika, żeby go sobą nie dowartościowywać – to jego przeciwnikiem staje się dziennikarz prowadzący rozmowę, a dokładniej – kłótnię. Ta zasada nie obowiązuje w mediach partyjno-narodowo-katolickich. Tam osoby grające rolę dziennikarzy tworzą harmonijny akompaniament dla sfer rządzących i pełnią funkcję prokuratorów lub przynajmniej oskarżycieli posiłkowych wobec przedstawicieli opozycji.

Ideałem współczesnego dziennikarstwa byłyby drużynowe mistrzostwa polityków w boksie lub wrestlingu, w których dziennikarz pełniłby rolę aktywnego sędziego, to znaczy dokładałby temu, kto aktualnie wydaje się mieć przewagę. Najlepszą pod względem oglądalności audycją byłaby taka, w trakcie której na wizji interweniowałaby policja albo przynajmniej grupa ratowników medycznych.

Jak widać, w sferze czwartej władzy panuje bałagan i moda na rzucanie kłód pod nogi lub nawet wtykanie tych kłód w szprychy, nie mówiąc już o puszczaniu wody na młyn niemieckich odwetowców. Ale możemy być spokojni, koła toczą się w ustalonym wcześniej kierunku, a młyny, choć powoli, mielą starannie. Przejęcie handlowe jednych tytułów i zablokowanie prawne innych już się zaczęło. Zastąpienie wszystkich szczebli wymiaru sprawiedliwości przez duet Zbigniew Ziobro – Julia Przyłębska czeka za rogiem. Ale jednego możemy być pewni: demokracja na tym nie ucierpi, bo opozycja w najgorszych czasach będzie miała zagwarantowane miejsce w parlamencie ze stosowną dietą i miejsca w studiach telewizyjnych. Bowiem partia rządząca w nikim nie ma tak dobrego sojusznika jak w ugrupowaniach opozycyjnych. Społeczeństwo czekające na kolejną dobrą zmianę jednak nie powinno tracić nadziei – rządzący z całą pewnością potkną się o własne rozwiązane sznurowadła, a wtedy rzucą się im do gardeł ich przyjaciele z partii sojuszniczych.

Maciej Pinkwart,

28 stycznia 2021

Leave a Reply