Pinkwart na czwartek:

Małpy, być może, nie nasze

Niektórzy komentatorzy mieli za złe Andrzejowi Dudzie to, że zeszłotygodniowy atak elektoratu prezydenta Donalda Trumpa na waszyngtoński Kapitol skomentował oszczędnie, iż jest to wewnętrzna sprawa Stanów Zjednoczonych. Uważam, że pretensje są ze wszech miar niestosowne: w końcu, banda Hunów wtargnęła do wnętrza symbolu amerykańskiej demokracji, bo póki znajdowali się na zewnątrz, nikt się nimi specjalnie nie interesował. Demokracja międzynarodowa, podobnie jak międzynarodowa dyplomacja przede wszystkim polegają na przymykaniu oczu na to, co z naszego punktu widzenia jest nieodpowiednie i na głośnym chwaleniu tego, co nam pasuje. Pan prezydent Duda ma w tym względzie ogromne doświadczenie: nie wtrąca się w wewnętrzne sprawy obcych rządów, a nawet własnego rządu, wypowiada się oszczędnie i nieco mgliście, w przeciwieństwie do przywódców tak zwanego Zachodu (z punktu widzenia USA nasza strona Atlantyku jest wschodem), którzy w czambuł potępili atak na Kapitol. Prezydent Duda w swym oświadczeniu stanął u boku innego wiernego stróża demokracji i zwolennika nieinterwencji w wewnętrzne sprawy innych narodów – Władimira Putina, który też – kiedy już skończył klaskać na zakończenie kapitolińskiego spektaklu – uznał owe wydarzenia za wewnętrzną sprawę USA i prywatny kłopot jego byłego przyjaciela Trumpa. Przegrany przyjaciel przestaje być przyjacielem.

Znawcy dyplomacji, której pan Duda jest również mistrzem jako zwierzchnik polskiej polityki zagranicznej, zauważają w jego oświadczeniu jeszcze jedną chytrość: prezydent Trump, jako sojusznik Polski PiS, mógłby zażądać od swojego przyjaciela nad Wisłą zbrojnego wsparcia, albo choć użyczenia twitterowego konta, po zablokowaniu jego własnego pod zarzutem szerzenia nienawiści i dzielenia społeczeństwa. Ten zarzut w Polsce nie jest istotny, to raczej zaleta niż wada, ale pan Duda nie chciał się ze swoim Twitterem rozstać, bo ma tam na koncie kilka cennych kontaktów nader prywatnych, których jeszcze nie przeniósł do Tik-Toka.

Poza tym, prezydent Duda jest człowiekiem niezwykle dobre wychowanym i pomiata tylko tymi, którzy stoją od niego niżej w hierarchii i mają inne niż on poglądy – więc do Trumpa miał wielki szacunek, jako do człowieka prostego i w dodatku leciwego, a nade wszystko mającego śliczną i także małomówną żonę. Zatem nie mógł – zwłaszcza po fakcie – pouczać swojego przyjaciela o tym, jak przy pomocy osiemdziesięciu radiowozów można uchronić przed ewentualnym zakłócaniem spokoju jeden budynek, jednego człowieka i jednego kota, a co dopiero taki Kapitol. Aha, że prezydent Trump nie chciał chronić symbolu amerykańskiej demokracji, gdzie miała być zatwierdzana jego przegrana wyborcza tylko wręcz przeciwnie? Zapomniałem.

Z tą demokracją i jej obroną to też jest teoria względności. Do tej pory było wiadomo, że demokracja jest wtedy, kiedy my rządzimy. Teraz wygląda na to, że demokracja jest wtedy, kiedy rządzi Trump, a kiedy do władzy dochodzi demokrata – demokracja się kończy. To, że działacze PiS-u płaczą po Trumpie i w nieco tylko zawoalowany sposób wskazują miejsce, gdzie mają Bidena – dowodzi jasno nieprawdziwości tezy, że obecne narodowo-katolickie władze Polski są gotowe na krucjatę w obronie jedynie słusznej wiary, bowiem pseudokatolicy z PiS popierają baptystę i parokrotnego rozwodnika Trumpa i dość oszczędnie deklarują współpracę z katolikiem Bidenem.

Zastanawianie się nad dziwnymi meandrami polityki zagranicznej obecnych władz polskich jest dzieleniem liczby całkowitej przez zero. Może dlatego zajmuje się nią Zbigniew Ziobro. Natomiast owo zapatrzenie PiS-u nawet w upadłego Trumpa każe nam zastanowić się przez moment nad naszą przyszłością. Jeśli w obliczu ewidentnie przegranej Trump od kilku miesięcy bębni o fałszerstwie i ukradzeniu mu wyborów, a na koniec podburza swoich wyznawców, którzy atakują siedzibę władzy ustawodawczej i doprowadzają do śmierci pięciu osób – musimy się przygotować na to, że i u nas nawet dla demokratycznie wybranych władz o tendencjach autorytarnych demokratyczna utrata rządów może być nie do przyjęcia. Wiem, że przy obecnej beznabiałowej polskiej opozycji trudno to sobie wyobrazić, ale może nadejść taki moment, w którym polski Trampek, czy zgoła Liliputin upadnie: strzeli sobie wyżej niż w kolano, rozwiąże parlament, przegra wybory, co natychmiast powinno pociągnąć za sobą zmianę struktury władzy i możliwie szybkie zajęcie się dotychczasowymi prominentami przez niezależną prokuraturę, parlament, sądy i więziennictwo. Czy wtedy ktoś nie podsunie dawnemu suwerenowi pomysłu wtargnięcia na polski Kapitol? W Waszyngtonie wśród atakującego tłumu był też osiłek z polską flagą… Inna rzecz, że obok biegł jakiś chudziak z flagą kubańską… Czy jakieś gęsi kapitolińskie nas przed tym ostrzegą, czy może machniemy i na to ręką w myśl polskiej zasady „jakoś to będzie” i z tym zaczniemy się urządzać?

My, naród – we, the people – nie możemy biernie na to czekać. Bowiem obawiam się, że zasada, którą musieli się kierować rzymscy konsulowie, gdy powierzano im władzę dyktatorską:  caveant consules ne quid detrimenti res publica capiat, niech baczą konsulowie, żeby rzeczpospolita nie doznała jakiegoś uszczerbku – w Polsce jest już od dawna nieaktualna. Konsulowie codziennie pracują nad takimi uszczerbkami. I w tym sensie waszyngtońskie wydarzenia z 6 stycznia 2021 nie są jedynie wewnętrzną sprawą Stanów Zjednoczonych. Małpy, być może, nie są nasze, ale cyrk jest wspólny.

Maciej Pinkwart, 14 stycznia 2021

Leave a Reply