DYPLOM IDEALNY

PRZYBYSZ”, reż. Wojciech Kościelniak, AT WARSZAWA

11 maja o godz. 19.30 Teatr Collegium Nobilium udostępni rejestrację spektaklu dyplomowego „Przybysz” w reż. Wojciecha Kościelniaka.

Nagranie będzie dostępne na Facebooku oraz na kanale YouTube teatru do 23.59.

Spektakle dyplomowe mają własną, niepodrabialną energię. Lubię je oglądać. Są zapowiedzią przyszłych talentów aktorskich, coraz częściej też – to właśnie przypadek „Przybysza” w Akademii Teatralnej – udają się o wiele bardziej od regularnych przedstawień w renomowanych teatrach. „To w tym momencie najlepsza premiera w Warszawie” – usłyszałem od siedzącej obok mnie teatromanki. Coś jest na rzeczy.

Wojciech Kościelniak, reżyser „Przybysza”, stał się nieomal monopolistą w reżyserowaniu spektakli muzycznych w Polsce. Niektórych to drażni, ale jeżeli efekty są tak dobre jak w „Przybyszu”, trudno narzekać. Kościelniak ma wyrazisty styl, można go także od biedy nazwać mniej elegancko: manierą. W skrócie i zdecydowanie upraszczając wygląda to tak: piosenka, dialog, piosenka. Rytm, detal, rytm. Poważnie, śmiesznie, śmiesznie. Kto widział wcześniej chociaż jeden spektakl w reżyserii Wojciecha Kościelniaka, domyśla się co go czeka. Żadnej niespodzianki tym razem nie będzie.

Znamienne, że aż tak znakomite rezultaty reżyser osiąga pracując ze studentami. Kilka lat temu zachwycił mnie „Niech no tylko zakwitną jabłonie” Osieckiej, śpiewogrze wyreżyserowanej w szkole teatralnej w Krakowie, tym razem – pracując ze studentami roku dyplomowego o specjalności aktorstwo i wokalistyka – sięgnął po mało znaną powieść graficzną „Przybysz” autorstwa Shauna Tana, australijskiego rysownika i pisarza, ale i filmowca: laureata Oscara za przepiękny film krótkometrażowy „Zagubiona rzecz”.

Wątła fabułka jest pretekstem. Tytułowy przybysz wyrusza ze swojego świata – do Nowego Świata, z Europy do Ameryki. Początek XX wieku, ale problemy znajome. Nieprzystosowanie, kłopoty z aklimatyzacją, status kogoś w rodzaju uchodźcy. Bardzo ciekawa jest jednak stylistyka tej opowieści. Zamiast realizmu – fantasmagoria, zamiast interwencji – śmieszna i smutna ballada. Świetnie sprawdzili się też najbliżsi współpracownicy reżysera. Muzyka Mariusza Obijalskiego, również dzięki dyspozycji grających na żywi Jacka Kity, Andrzej Zielaka, Macieja Wojcieszuk i Kacpra Majewskiego, stowarzyszona z choreografią Eweliny Adamskiej-Porczyk i sepiowymi kostiumami Bożeny Ślagi, pozwalają wybrzmieć talentom siedmiorga studentów. A niczym w dyplomie idealnym, każdy dostał swoją szansę – i z niej skorzystał. W atrakcyjnej, słodko-gorzkiej tonacji przedstawienia, udało się Wojciechowi Kościelniakowi pokazać najważniejsze być może osobowościowe i aktorskie cechy swoich wykonawców. Patrycja Grzywińska – mnóstwo wdzięku, ciekawa uroda, i – oby – kariera w filmie; Natalia Kujawa – głos jak dzwon, osobowość, temperament; Małgorzata Majerska – już ze sporym doświadczeniem telewizyjnym i filmowym; Dominik Bobryk – wyglądający poważnie, ciekawy, świetny wokalnie; Filip Karaś – bardzo potrzebne (i deficytowe) warunki w kinie i w teatrze, sympatia od pierwszego spojrzenia; Michał Juraszek – tytułowy „Przybysz”, lider nienachalny, ale godny zapamiętania; wreszcie Jakub Szyperski – uroda, wdzięk, młodość, błysk w oku.

Śpiewają o tęsknocie, marzeniach, o nowym świecie, który musi okazać się lepszy. Nowy Świat będzie jednak dla bohaterów trudniejszy, bardziej skomplikowany, konkurencyjny. Studenci jeżeli nawet jeszcze o tym nie wiedzą, już podejrzewają. Śpiewają w końcu również o sobie. Za chwilę oni także wyfruną ze szkoły poszukać kolejnego adresu. A potem jeszcze następnego i następnego. I tak mija życie…

Łukasz Maciejewski

[Recenzja ukazała się w tygodniku „Wprost”]

Leave a Reply