OKRUSZKI Wojsława Brydaka

”Yorick” poleca uwadze niepublikowaną jeszcze książkę Wojsława Brydaka „Wątek”. Udostępniamy z niej fragmenty pod wspólnym tytułem OKRUSZKI, nie wyjaśniając, jakiego są rodzaju. Posmakujcie Państwo sami.

Prozę Wojsława Brydaka ilustruje grafika Franciszka Bunscha „Wyciszenie” – tytuł w sam raz na wzburzone nerwy. Dobrej lektury:

Wczesne przechadzki

Miałem pięć lat. Mama zabrała mnie na spacer po śląskiej namiastce wolnej przestrzeni. Ścieżka biegła wykopem obok rzadko używanego przemysłowego torowiska. Zza zakrętu wypadł mężczyzna. Głośno dyszał. biegł z pistoletem w uniesionej ręce prosto na nas. Myślałem, że mierzy we mnie. Biegł wzdłuż toru, pod ogrodzeniem, za którym dymiła huta Baildon. Potknął się, kopnął w bok kamień. Uciekał, chyba gotów torować sobie drogę wystrzałem. Mama przewróciła mnie i nakryła sobą. Czułem jej ciężar, miękkość, przyśpieszony świszczący oddech. Bałem się tym bardziej im mniej widziałem. Kroki biegnącego ucichły, chrapliwe dyszenie też, lecz mama nie ruszała się, bo mogli nadbiec ścigający.

Nie nadbiegli. W końcu wstaliśmy z trawy. Może zgubili trop.

W 1947 roku ów uciekinier mógł być każdym: szabrownikiem ściganym przez konkurencję, niedobitkiem „leśnych”, który szuka schronienia w mieście, a depczą mu po piętach zuchy z Urzędu Bezpieczeństwa. Lub – odwrotnie – mógł sam być ubekiem, który wniknął w spiskującą komórkę, a z myśliwego zamienił się w zwierzynę po jakiejś wpadce. Mógł to być Niemiec ze ściganego bezwzględnie Freikorps Gross-Mossdorf, albo, kto wie, Ukrainiec z jakiegoś kurenia, którego resztki zbłądziły na Śląsk…

Nieważne.

W takim spotkaniu w dwa lata po wojnie nie było nic nadzwyczajnego. To się zdarzało. Mnie po raz drugi.. Tuż przed końcem wojny ojciec zabrał mnie – może lekkomyślnie – na wiejskie wesele. Chałupa weselna, jak pamiętam, stała na wzgórzu nad Łososiną. Po drodze rozległy się strzały, diabli wiedzą skąd. Ojciec przewrócił mnie, wepchnął w zagłębienie przy miedzy, nakrył sobą i przeczekał. Potem ostrożnie przekradliśmy się do tej chałupy, w której nikł się niczym nie przejmował, było ciepło, parująco, tanecznie, ojciec ulokował mnie na stercie kożuchów i płaszczy, gdzie wkrótce wybudziła mnie wrzawa, zjawili się „nasi z lasu” (tak się wtedy mówiło) i to chyba im zawdzięczaliśmy pukaninę koło ozimin. Po powrocie do domu była awantura, kiedy mama rozgryzła co się stało.

Dociekanie kto mógł być kim przyszło później. Natomiast poczułem od razu, że to nakrycie sobą to treść, a reszta – przypisy.

American dream

Po roku 1956 zachwyciłem się teatrem. Śmierć komiwojażera w rzeszowskim teatrze imienia Siemaszkowej obejrzałem z tuzin razy. Obsadę pamiętam do dzisiaj: Winter, Erwan, Fryźlewicz, Gorczyńska, Apa – do dzisiaj mam wrażenie, że dali czadu.

Głowami scenicznych postaci zawładnął amerykański mit, powodzenie na wyciągnięcie ręki, tylko sięgnąć. Dla bohaterów to jednak za wysoko. Są najzwyklejsi, a przez to niedosięganie czują się napiętnowani.

Kiedy starzejący się, nieugięty marzyciel Willy traci siły i pracę, wbija samochód w coś solidnego, by zapewnić żonie pośmiertne odszkodowanie. Może amerykańskie PZU nie zwietrzy samobójstwa…

Postaci na scenie cierpiały, aż się serce ściskało. Mało tego, cierpiały na tle niedostatków swojej zbiorowości, jakoby niedoścignionej. Ich bólu nie mogły załagodzić coca-cola, studebaker, ani odśpiewanie Gwiaździstego sztandaru. Nie szkodzi. Mnie pociągały nawet ich klęski. Dochodziło do nich w społeczności suwerennie zmierzającej w przyszłość, w nieznane, w nie wiadomo co.

Po naszej stronie żelaznej kurtyny klęski były inne, często przejmujące, też ściskające serce, a jakże. Ale gdyby tę żelazna kurtynę podnieść, to by przepadły i ustąpiły miejsca tamtym, z szerszego świata.

Przypominało to dojmujące pragnienie dziecka, by nieszczęścia dziecięce zamienić wreszcie na dorosłe. Może okażą się jeszcze gorsze, ale już nie będą nieszczęściami z drugiej ligi.

Wyzbyć się życia z powodu drugoligowego nieszczęścia? No wstyd.

Przekraczanie granic

W połowie lat sześćdziesiątych zeszłego wieku pewien utalentowany pianista wygrał konkurs, wraz z nim roczne stypendium na Zachodzie. Zajęcia w sławnej klasie wirtuozów wymagały czasu i skupienia, podobnie szlifowanie francuskiego, ale co Paryż to Paryż. Zwłaszcza w czasach młodego Delona.

Po powrocie wirtuoz miał o czym opowiadać. Na przykład o kawiarni emigrantów.

– Widać po nich klasę – ocenił – owszem. Tylko, że przy tym swoim stoliku wciąż wygrywają od nowa kampanię wrześniową.

*

W parę lat później zapoznawałem się z Londynem: kurs języka, w wolnych chwilach legendarne BBC Proms, łazęga bądź leniwe dociekanie od jakich to sióstr wzięła nazwę Seven Sisters Road.

Zgłębiałem też „Times’a”, gazetę bezkarnie wydawaną w Wielkiej Brytanii, bez uzgodnień z działaczami warszawskiego Biura Prasy KC PZPR.

Pewnego razu trafiła się taka notka. Reporter zawiadamiał, że polski rząd w Londynie właśnie zmienia premiera. Wiadomostkę – niewiele większą od etykiety zapałczanej – redakcja ozdobiła tytułem Pole-ticians. Tytuł był drwiną.

Latem 1972 roku tylko w Watykanie uznawano jeszcze rząd londyński. Co wkrótce też ustało.

Czołgista kontrreformacji

Swego czasu ksiądz prałat Jankowski skierował uwagę prześwietnej publiki na honorowych obywateli Gdańska. Na czarnej liście prałata znaleźli się Adolf Hitler, Albert Förster, Bolesław Bierut i Paweł Batow.

Rzeczywiście, z tym honorowym obywatelstwem bywało nie za bardzo.

Förstera skazano w Gdańsku na śmierć. Z kolei Hitler skończył samobójstwem, a jego mocno niekom­pletne i nadpalone szczątki rzekomo spoczywają w kartonowym pudełku po butach na archiwalnej półce w Moskwie. Miasto spoczynku pośrednio wiąże Hitlera z innym gdańskim obywatelem honorowym. W tejże Moskwie przeziębił się na śmierć Bolesław Bierut, po wysłuchaniu znanego referatu Chruszczowa o stalinowskich zbrodniach.

Widać tu jak na dłoni, że honorowe obywatelstwo Gdańska to nie pocałunek wieszczki. W każdym razie nie zawsze.

Wróćmy do księdza prałata. Zażądał odebrania honorowej godności wyliczonym tu postaciom. Zdaniem pasterza nie zasługiwały na zaszczytny tytuł. Ale biegli juryści przypomnieli, że tuż po wojnie, a później z początkiem lat dziewięćdzie­siątych – wpierw państwo, a potem radni gdańscy – przyjęli uchwały, które skreślają część przeszłości, w tym owe tytuły honorowe, żeby pewne wątki historii pisać od nowa

Ciekawa koncepcja, mimo że fakty to fakty. Co było to było, wbrew szczerej chęci urzędników i radnych. A Hitler ani Förster nie zmartwychwstaną, żeby teraz pojeździć po Gdańsku tramwajem za darmo, w myśl przywileju honorowych obywateli. Podobnie Bierut. Zmarli nie narobią poruty.

Natomiast w wykazie księdza prałata o wiele ciekawsza wydaje się czwarta postać, Paweł Batow.

To nie było jego jedyne nazwisko. Dowódca sił pancernych Armii Czerwo­nej, dał się poznać w 1936 roku podczas hiszpańskiej wojny domowej jako Pablo Fritz, compañero Ruso, formalnie w roli doradcy, faktycznie jako autor planów bojowych, a po latach książki na ten temat. Wymieniany jako mistrz podstępu na polu walki, pod koniec drugiej wojny światowej dowodził 7 Armią Zmechanizowaną, której oddziały zdobyły Gdańsk, przekazując go Polsce po strawieniu miasta przez pożar. W maju 1945 roku Batow wyzwalał amerykański lotniczy stalag koło Stralsundu. A w 1956 roku – podczas Chruszczowowskiej „odwilży” – czołgi pod dowództwem Batowa rozjechały Budapeszt.

Na ślad, który pozostawił Batow Rosjanie patrzą inaczej, Niemcy ina­czej, Hiszpanie inaczej, Amerykanie inaczej, wreszcie inaczej Polacy, a jeszcze inaczej Węgrzy.

Jest jednak pewien wątek pomorskiej kampanii Batowa skrupulatnie pomijany. Otóż w 1945 roku oddziały Armii Czerwonej – złożone głównie z bezbożników, prawosławnych, muzuł­manów, i licznych zapewne animistów, poza tym notorycz­nych gwałcicieli – ponownie osadziły katolicyzm w mieście od czterech wieków głównie protestanckim. Czołgi generała Batowa przetarły drogę do protestanckiego Gdańska katolickim chorągwiom i monstrancjom, pieśniom i hierarchom, feretronom i procesjom. Tak się złożyło.

Może beneficjenci – z księdzem Jankowskim włącznie – powinni się odwdzięczyć? Co roku odprawić mszę uroczystą? Nawet szarpnąć się na jakiś alegoryczny pamiątkowy obraz w kościelnej nawie? Coś w duchu manierysty Izaaka van den Blocke: po lewej zielone mundury Armii Czerwonej, po prawej purpury i fiolety duchownych, pośrodku miniatura płonącego miasta, przekazywana z ręki do ręki jak tort? Nieszczęśnicy, którzy rzucali się do despe­rackich sztur­mów za rodinu i za Stalina, tutaj bili się też – mimochodem – o święty kościół katolicki. Który w ten sposób zawdzięcza coś nie coś Batowowi.

Figiel historii? Nie przesadzajmy. Retuszowanie dziejów to nie żadna powinność narodowa, tylko wstręt do dźwigania ich ciężaru. A także pró­ba ucieczki w zdziecinnienie. Historia nie jest czytanką dla klas młodszych. Dotychczas tylko dziatwa żyła w świecie bajek z krzepiącym morałem. Teraz o ten przywilej ubiegają się dorośli.

A nasz ksiądz prałat? Jemu także zabrano gdańskie obywatelstwo honorowe. W parę lat po śmierci prałata ogłoszono, że deprawator młodzieży i zwyrodnialec, ba, podobno też gwałciciel, jak tamci Ruscy. W razie zmartwychwstania nie przejadą się gdańskim tramwajem za friko. Ani on, ani Batow.

Jak pech to pech

Do raju

Utopia – rzekomo tylko projekt.

Jeżeli się ją skleci, już nie będzie Utopią lecz bytem, raczej kulawym, a przy okazji mrowie ludzi może przypłacić życiem cudze ambicje zbawienia świata.

Z drugiej strony, bez takiego projektu trudno żyć. On się wykluje tak czy owak, nie tu, to tam. Każdy chce istnieć w jakimś ładzie, zgodnie ze swym wyobrażeniem dobra i zła. Rwą się do tego miliardy niepowtarzalnych istnień.

Świat nie co dzień dygoce od tej sprzeczności, nie zawsze kipi jak garnek wrzątku, bo sprzeczność można ominąć prostym mykiem. Kraina ładu, dana każdemu bez wyjątku, według jego potrzeb, jest dostępna. Wystarczy umrzeć.

Większość religii to sublimat pragnienia ładu, zaznawania krainy dobra, z której wygnano zło. Skoro o taką harmonię trudno za życia, wystarczy przyjąć, że jego koniec jest w istocie początkiem, że upragniony ład tylko czeka na nieboszczyka i tak dalej. O szczegółach niewiele wiadomo, lecz po co pytać, będzie co będzie, a będzie super; starczy uwierzyć i spokój.

Cała operacja przypomina grę w remika.

Nie dopina się sekwens? Nie szkodzi. W talii jest dżoker. W dziurę wstawi się – jak plombę – dżokera i sekwens już się liczy.

Utopia sprawia kłopot? Który wciąż wraca? No to odłóżmy sprawę na potem, na życie po życiu. Zamiast Utopii niech będzie Raj.

Prastary myk może rozbawić. Może wkurzyć. Jest jednak popularny, co trudno powiedzieć o utopiach.

Patriotyzm

Niedawno – w XXI wieku – przed recitalem chopinowskim pewien znawca muzyki przybliżał publice to i owo z życia kompozytora oraz jego korespondencji. Wypadło ciekawie.

Jeszcze ciekawiej zrobiło się po recitalu, w garderobie.

Zadbana starsza pani – na głowie trwała, pasemka fioletu na szlachetnej siwiźnie, okulary na srebrnym łańcuszku, włoska torebka, szpilki – wpierw pogratulowała soliście polonezów, mazurków i sonaty. Potem dobrała się do prelegenta.

– Proszę pana – zaczęła i już było widać, że pierze poleci. – Jeżeli nawet przyjmiemy, że ojciec Chopina był Francuzem, jeżeli to w ogóle prawda, to panu nie wolno rozwodzić się nad tym publicznie. Tego od nas, Polaków, wymaga patriotyzm

Kynologia praktyczna

Duży pies bywa stateczny. Widać kim jest. Nikogo nie musi przekonywać. Wcielony spokój – mokry nos, wywieszony jęzor i rozważny ogon – nie szczeka po próżnicy. Jeżeli jednak duży pies warknie, lepiej wziąć to pod uwagę. Co do reszty – sam miód.

Mały pies – a psy potrafią się różnić; czasem nawet tuzin małych nie równoważy dużego – co chwilę coś musi udowodnić: że jest naprawdę psem, jak bernardyn czy wilczur; że trzeba się go strzec, bo umie ugryźć, i w ogóle się nie boi; że lepiej węszy od takiego doga, który, cymbał jeden, nochalem wodzi metr nad ziemią. Mały pies musi wreszcie wykazać, że nie jest głupi, chociaż pani wystrzygła go na idiotę. Dlatego jamniki i pinczery szczekają jak najęte. Ich jazgot – niekiedy zasadny – może rozjuszyć świętego.

W najgorszej sytuacji jest jednak pies średni. Ten wciąż musi decydować: w czyje iść ślady? Średni pies może naśladować dużego, ale jak to odbierze otoczenie? W wypadku średniego psa powściągliwość może zostać poczytana za bojaźń i brak charakteru. W wypadku średniego psa spokój i godność mogą się wydać pretensjonalne. Lecz jeśli średni pies zacznie się raz po raz wydzierać jak szurnięty szkocki terier, średniemu psu grozi śmieszność. Usłyszy o sobie, że histeryk, że wstyd, nie po to go przyjęto do rodziny; to już lepiej trzymać kocura jak sąsiad zza płotu. Średni pies co chwilę musi wybierać między niedocenieniem a śmiesznością. Średniemu psu lepiej nie zazdrościć.

Oczywiście, nie każdemu.

Przecież trafiają się średnie psy, które nie przejmują się własną maścią, sierścią, rodowodem czy to wielopokoleniowym, czy rozpaczliwie krótkim. Robią swoje: ostrzegą przed obcym, wytropia zgubioną rękawiczkę, wyciągną dziecko z pożaru; jeżeli ludzie są smutni obliżą po twarzy. Poza tym pójdą na spacer, na frisbee, coś zjedzą, a potem chętnie się wyśpią. I tyle.

Nikogo nie naśladują. Są sobą.

Średnie psy, byle z charakterem, też bywają szczęśliwe.

Leave a Reply