Z fotela Łukasza Maciejewskiego: DYPLOM IDEALNY

PRZYBYSZ” w reż. Wojciecha Kościelniaka, AT WARSZAWA

Spektakle dyplomowe mają własną, niepodrabialną energię. Lubię je oglądać. Są zapowiedzią przyszłych talentów aktorskich, coraz częściej też – to właśnie przypadek „Przybysza” w Akademii Teatralnej – udają się o wiele bardziej od regularnych przedstawień w renomowanych teatrach. „To w tym momencie najlepsza premiera w Warszawie” – usłyszałem od siedzącej obok mnie teatromanki. Coś jest na rzeczy.

Wojciech Kościelniak, reżyser „Przybysza”, stał się nieomal monopolistą w reżyserowaniu spektakli muzycznych w Polsce. Niektórych to drażni, ale jeżeli efekty są tak dobre, jak w „Przybyszu”, trudno narzekać. Kościelniak ma wyrazisty styl, można go także od biedy nazwać mniej elegancko: manierą. W skrócie i zdecydowanie upraszczając wygląda to tak: piosenka, dialog, piosenka. Rytm, detal, rytm. Poważnie, śmiesznie, śmiesznie. Kto widział wcześniej chociaż jeden spektakl w reżyserii Wojciecha Kościelniaka, domyśla się, co go czeka. Żadnej niespodzianki tym razem nie będzie.

Znamienne, że aż tak znakomite rezultaty reżyser osiąga pracując ze studentami. Kilka lat temu zachwycił mnie w „Niech no tylko zakwitną jabłonie” Osieckiej, śpiewogrze wyreżyserowanej w szkole teatralnej w Krakowie, tym razem – pracując ze studentami roku dyplomowego o specjalności aktorstwo i wokalistyka – sięgnął po mało znaną powieść graficzną „Przybysz” autorstwa Shauna Tana, australijskiego rysownika i pisarza, ale i filmowca: laureata Oscara za przepiękny film krótkometrażowy „Zagubiona rzecz”.

Wątła fabułka jest pretekstem. Tytułowy przybysz wyrusza ze swojego świata – do Nowego Świata, z Europy do Ameryki. Początek XX wieku, ale problemy znajome. Nieprzystosowanie, kłopoty z aklimatyzacją, status kogoś w rodzaju uchodźcy. Bardzo ciekawa jest jednak stylistyka tej opowieści. Zamiast realizmu – fantasmagoria, zamiast interwencji – śmieszna i smutna ballada. Świetnie sprawdzili się też najbliżsi współpracownicy reżysera. Muzyka Mariusza Obijalskiego, również dzięki dyspozycji grających na żywo Jacka Kity, Andrzej Zielaka, Macieja Wojcieszuka i Kacpra Majewskiego, stowarzyszona z choreografią Eweliny Adamskiej-Porczyk i sepiowymi kostiumami Bożeny Ślagi, pozwalają wybrzmieć talentom siedmiorga studentów. A niczym w dyplomie idealnym, każdy dostał swoją szansę – i z niej skorzystał. W atrakcyjnej, słodko-gorzkiej tonacji przedstawienia, udało się Wojciechowi Kościelniakowi pokazać najważniejsze być może osobowościowe i aktorskie cechy swoich wykonawców. Patrycja Grzywińska – mnóstwo wdzięku, ciekawa uroda, i – oby – kariera w filmie; Natalia Kujawa – głos jak dzwon, osobowość, temperament; Małgorzata Majerska – już ze sporym doświadczeniem telewizyjnym i filmowym; Dominik Bobryk – wyglądający poważnie, ciekawy, świetny wokalnie; Filip Karaś – bardzo potrzebne (i deficytowe) warunki w kinie i w teatrze, sympatia od pierwszego spojrzenia; Michał Juraszek – tytułowy „Przybysz”, lider nienachalny, ale godny zapamiętania; wreszcie Jakub Szyperski – uroda, wdzięk, młodość, błysk w oku.

Śpiewają o tęsknocie, marzeniach, o nowym świecie, który musi okazać się lepszy. Nowy Świat będzie jednak dla bohaterów trudniejszy, bardziej skomplikowany, konkurencyjny. Studenci, jeżeli nawet jeszcze o tym nie wiedzą, już podejrzewają. Śpiewają w końcu również o sobie. Za chwilę oni także wyfruną ze szkoły poszukać kolejnego adresu. A potem jeszcze następnego i następnego. I tak mija życie…

Łukasz Maciejewski

[Tekst publikowany w tygodniku „Wprost”]

{fot. Andrzej Wencel/AT}

Leave a Reply