Toruń z politykami na scenie

Tomasz Miłkowski pisze po 34. TSTJA w tygodniku „Przegląd”:

Tym razem Toruńskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora przebiegały w cieniu polityków. Dosłownie. I nie chodzi tutaj o przedstawicieli władz miejskich czy krajowych, ale o polityków, którzy wywierali niewyobrażalny wpływ na życie milionów ludzi. Takie nazwiska, niektóre brzmiące złowrogo, jak Hitler czy Stalin, albo budzące rozmaite odczucia jak Thatcher czy Golda Meir pojawiały się przywoływane na scenie przez mistrzów sceny jednoosobowej.

Stało się tak przede wszystkim za sprawą Pipa Uttona, brytyjskiego, jak go nazywają na Wyspach, „geniusza monodramu”, który specjalizuje się w scenicznych portretach powszechnie znanych postaci, od artystów poczynając (jak Szekspir, Chaplin czy Bacon), przez uczonych (Einstein), polityków (Churchill) po postaci fikcyjne znane z literatury. Utton w tej dziedzinie stał się prawdziwie niedościgłym artystą, który posiadł zdolność mimikry – przekonująco na oczach widzów przeistacza się w graną postać i równie przekonująco „wychodzi z roli”, aby stać się aktorem grającym rolę aktora, który gra kogoś z pierwszych stron kart historii. Tak było w Toruniu, gdzie zachwycił widzów dwoma spektaklami. W „Adolfie” wcielił się w Hitlera, przedstawiającego swój obłąkańczy nazistowski testament, w „Grając Maggie” ukazywał konferencję z Margaret Thatcher, podczas której metodą talk/talk odpowiadał na pytania słuchaczy-widzów idealnie przedzierzgnięty (mentalnie i fizycznie) w Żelazną Lady.

Monodramowi „Adolf” zawdzięcza Pip Utton swoją sławę. Zjechał z nim pół Europy i trochę świata, wszędzie wzbudzając wielkie zainteresowanie, a czasem gwałtowne protesty. Choć było wiadomo, że to kreacja, a w drugiej części spektaklu aktor odrywał wąsiki Hitlera i przybierał własną postać, zdarzały się niemal fizyczne ataki na Uttona jako głosiciela potwornych poglądów. Tymczasem to monodram terapeutyczny, który każe głęboko namyśleć się nad symptomami recydywy nazistowskich postulatów.

Ale nie tylko Utton dał w Toruniu pokazał, czym może być ujawnienie na scenie kuchni myślowej polityka. Podobnie postąpił Aleksandras Rubinovas z Litwy, goszczący w Toruniu nie po raz pierwszy, co więcej przed kilkoma latry nagradzany przez dziennikarzy za monodram „Koba”. To z kolei portret Stalina malowany oczami Fidżi, jednego z jego byłych gruzińskich przyjaciół, prześladowanego, ale cudem ocalałego, który pod koniec życia opowiada o swoich spotkaniach z tyranem. To było równie mocne przeżycie.

Od innej strony o polityce opowiadali polscy mistrzowie. Irena Jun w monodramie „Matka Makryna” wg Jacka Dehnela i Juliusza Słowackiego, portretującym Makrynę Mieczysławską, kobietę, która sama siebie wymyśliła jako ofiarę prześladowań religijnych i podporządkowała nie tylko naiwnych patriotów, ale wybitnych przedstawicieli polskiej emigracji, a nawet samego papieża. To wstrząsająca opowieść o cierpieniach i manipulacji, o przebiegłości i utracie własnej tożsamości. Irena Jun ukazuje proces rozpadu osobowości bohaterki, nie szczędząc jej krytyki.

O innego rodzaju manipulacji i skutkach sprawowania władzy intelektualnej traktuje monodram Wiesława Komasy „Jak się dziwnie wszystko plecie”, oparty na opowiadaniu Romana Brandstaettera „Ja jestem Żyd z Wesela”. Komasa ukazuje, w jaki sposób życie bohatera ulega rozpadowi pod wpływem literackiego wizerunku, jaki odmalował Stanisław Wyspiański, nieświadomie rujnujący świat karczmarza z Bronowic. Mistrzowsko zagrane przedstawienie.

O ofiarach polityki opowiadali też w swoich monodramach Krzysztof Gordon w „Fal/stafie” wedle Szekspira (scenariusz Andrzeja Żurowskiego) i Wojciech Kowalski w monodramie „Homosovieticus” wg humoresek Michała Zoszczenki, a stawała z politykami oko w oko stawała Ewa Błaszczyk jako Oriana Fallaci.

To był świetnie skomponowany festiwal – Wiesław Geras, fetowany z Toruniu z okazji swych 80. urodzin pokazał, jak silnie teatr jednego aktora związany jest z polityką, a co ważniejsze polityką się żywi, zaglądając za jej kulisy i badając ją od podszewki.

Festiwal nie ma charakteru konkursu, ale i tak są nagrody, które przyznają niezależne kapituły; aż dwie przypadły Irenie Jun: Nagroda Antoniego Słocińskiego, zapisana testamentem byłego dyrektora Baja Pomorskiego i współorganizatora festiwali toruńskich, „za wierność autorowi” i Nagroda ZASP-u. Dziennikarze przyznali swoją nagrodę Wiesławowi Komasie. A szczebel do kariery dostał młodziutki Bartosz Rułka, debiutujący na festiwalu energetycznym monodramem opartym na prozie Gombrowicza. A za rok kroi się jubileusz, czyli 35. festiwal w stulecie powrotu Torunia do macierzy.

Tomasz Miłkowski

[Na zdj: Pip Utton w monodramie „Adolf”/ materiały organizatora]

Leave a Reply