Z FOTELA ŁUKASZA MACIEJEWSKIEGO: BŁĘKIT DAJE SZANSĘ

Umarła Wanda Warska.

Pamiętam jak dzisiaj. 2005 rok, prehistoria.

Rozmowa z Panią Warską. Nie wywiad, w żadnym razie. To była rozmowa. Tak meandryczna, głęboka i prywatna, że nigdy nie została opublikowana. Nie do druku, tak uznałem wtedy. Kwestia etyki.

Rynek Starego Miasta wynurzający się z mgły.

Pusto, wyludniona replika innych, ładniejszych staromiejskich rynków. Z Krakowa, Wrocławia, Gdańska.

Smutna syrenka zapomniała swojej pieśni. Zbałamuciła spleen.

Po stromych schodach do Piwnicy Kurylewiczów. Zapach eterycznych olejków i egzaltowanego poezjawienia.

I Wanda Warska – ulepiona z egzaltacji, wyrafinowania i poezji.

Kapelusz, pawie pióro, obrazy, autografy gości.

Jej opowieści o Peterze O’Toole, Cortazarze, o namiętnym fanie Warskiej – Cybulskim. Nazwiska. Takie nazwiska, ale takie. Kołakowski, Herbert, Niemen, Komeda, Demarczyk.

Zostali nie tylko na malowanych przez Wandę Warską plakatach, które mi wtedy pokazywała.

Byli wtedy z nią, ze mną, tam, wtedy. Genius loci.

Warska opowiadała mi: „To jest zapach Krakowa, który we mnie pozostał. Już na zawsze. W Warszawie jestem często zła i hipochondryczna, Piwnica jest przystanią w której czuję się dobrze i bezpiecznie. Piwnica to jest Kraków w Warszawie. Tamten Kraków”.

Rozmawialiśmy. To coś znaczy. Roz-mo-wa.

Wywiad zamienił się w dialog, w wymianę myśli nieinspirowaną dziennikarskim przygotowaniem, datami, faktami. Oczy w oczach, twarz w twarzy, tiulowa zasłona albo już pajęczyna. Pleśń czy pieśń, wszystko mi jedno.

I tak minęła godzina, druga, następne pół.

Tutaj gramy koncerty, o – a ten sprzęt dwadzieścia lat temu kupiłam od Czesia Niemena. Pomalowałam go niebieskim sprejem i Czesio się załamał, że nie wolno, nie ma zgody. A ja, że tak, że to tak trzeba. Błękit daje szansę. Rozumiesz to? To ty rozumiesz. BŁĘKIT DAJE SZANSĘ”.

„O, a ten abażur, widzi pan, ten abażur, obleczony jest w moją suknię ślubną. Nie żartuję. Te guziczki, bardzo ładne, prawda?

W dniu ślubu z Kurylewiczem, w Krakowie, usłyszałam, że guziczki przyniosą nam pecha. Nie przyniosły”.

Kapelusz, pawie pióro, list napisany przez Warską do Witkacego.

Piosenki Warskiej, podziwiane przeze mnie od lat, znalazły wówczas formę.

Wideoklip spotkania. Kapelusz, pióro, Warska, Piwnica. Warska. Warska. Warska. Ona.

Odwoziła mnie na dworzec. Denerwowałem się. Taka była nieskupiona, roztargniona, rozgadana. Pawie pióro, Witkacy, Wyspiański. A tu Warszawa, tutaj ruch, nieszczęście gotowe.

„Rozpoznaliśmy się, prawda” – usłyszałem na koniec. „Łukaszku, nie można tego zmarnować”.

Nie zadzwoniłem. A obiecałem. Nie odwiedziłem. A obiecałem. Nie napisałem nigdy już. A mówiłem, że tak.

Tak bardzo mi teraz wstyd.

Łukasz Maciejewski

Leave a Reply