Stąpając po linie

„Niska zazdrość ogarnia mnie niezmiennie, kiedy na gazetowych szpaltach czytam u moich kolegów po piórze, lub popremierową bankietową nocą słyszę od artystów dramatycznych – co i jak jest, jak powinienem to rozumieć, jaki ma być teatr, dla kogo, po co i jak go robić” – tymi słowami zaczyna swoją książkę Andrzej Żurowski. To wprowadzenie stanowi punkt wyjścia dla wszystkich rozważań w „Zza kulis. Szeptem”.

Na wolumin składa się zbiór kilkunastu tekstów słynnego krytyka. Wydany w 1982 roku tomik stanowi zbiór obserwacji dotyczących ówczesnego życia teatralnego, pisanych z perspektywy człowieka znającego sztukę sceniczną od kilku stron. Wszak Żurowski już w 1963 pracował jako kierownik literacki w gdańskim Studiu Rapsodycznym. Później doszły do tego doświadczenia w telewizji i samodzielnej reżyserii, pisanie artykułów, pierwsze spotkania z Szekspirem i poświęcone mu monografie… Żurowski nie uległ jednak pokusie obserwowania teatru wyłącznie ze szczytu Parnasu. „Zza kulis…” jest ciekawym świadectwem umiejącego zdobyć się na dystans badacza. Wszystko w myśl żelaznej reguły: nawet jeśli dla kogoś teatr jest kościołem, on sam i tak musi pozostać artystycznym agnostykiem.

Poszczególne teksty zawarte w tomie mają objętość sporego felietonu, choć pisane są z eseistycznym zacięciem. W każdym z nich Żurowski dotyka innego tematu związanego z teatrem. Z jednej strony zajmuje się krytyką teatralną, nazywając ją „sztuką konkretyzacji” (s. 6). Wyraźnie rozróżnia role, jakie pełnią recenzent, krytyk i teatrolog (s. 138). Zastrzega, żeby w swoich sądach unikać kategorycznych rozróżnień na „zły” czy „dobry”, kierując się raczej w stronę stawiania diagnoz i terapii. Bo czy krytyk to nie „lekarz od teatru” (s. 139)? Pisane w 1982 roku słowa wyraźnie idealizują rolę piszącego o teatrze. Tym bardziej że współczesna teatrologia ucieka często od scenicznej praktyki, nad miarę rozbudowując teoretyczne podejście (ale to już temat na inny tekst).

Żurowski w ogóle przykłada wielką uwagę do subtelności. Z jednej strony dostrzega skłonność części artystów do popadania w manierę i samozachwyt, z drugiej rozumie, jak ich zawód wymaga wielkiego trudu przełamania osobistego wstydu i strachu (s. 73). Nie optuje za „koturnowym” teatrem, bezwzględną wiernością literze tekstu – dla niego najważniejsze jest zachowanie ducha autora. Dostrzega jednak pewne pułapki, w końcu „aktualność niewiele ma wspólnego z aktualizacją” (s. 58). Wie, że na kilkaset przedstawień zdarza się niewiele arcydzieł, w polskim teatrze króluje raczej przeciętność. Ale jaką mamy stosować inną miarę, by wynaleźć te najlepsze spektakle?

Co ważne, słowa „prowincja” nie traktuje z dezaprobatą. Jak sam pisze, w Warszawie są takie sceny, gdzie „po szyję można ugrzęznąć” w chałupniczości, gdy placówki spoza stolicy mają nieporównanie wyższy poziom (s. 127). Wskazuje, jak ważna jest działalność teatrów w mniejszych ośrodkach, zobowiązanych do kreowania repertuaru dla całej społeczności. I jak istotną rolę one pełnią, nawet jeśli ich przedstawienia nie zdobywają poklasku ogólnopolskiej krytyki. „Zwłaszcza na prowincji – zaznacza autor – zwłaszcza tam, gdzie jest tylko jeden teatr (…) wszędzie tam każda scena jest sceną narodową” (s. 130). Brak u autora lekceważącego podejścia do takich gatunków jak opera czy cyrk. Konwencja (rozumiana jako zbiór scenicznych reguł) nie jest przez niego postrzegana jako ograniczenie. Do dzisiaj to pojęcie kojarzy się pejoratywnie, chociaż na dobrą sprawę każdy rodzaj sztuki powstaje w określonej konwencji, wpadając we wszystkie jej potencjalne pułapki. Dla Żurowskiego jest ona przede wszystkim rodzajem kulturowych znaków czytelnym dla konkretnego odbiorcy.

Autor poświęca uwagę takim osobom jak dyrektor czy kierownik literacki, odniesienia do nich szukając w żyjących osobach. Pisząc o ideale człowieka teatru nie porusza się w próżni. Wyłuszcza konkretne cechy, którymi się on charakteryzuje. Dotyka tematów obecności awangardy w teatrze, kondycji swojego pokolenia… Właściwie każdy artykuł jest osobną całością, która wedle uznania czytelnika zasługuje na uwagę lub polemikę. Nie jest to książka do „łyknięcia” na raz, poszczególnym rozdziałom warto poświęcić chwilę namysłu.

Krytyk pisze to wszystko z lekkością. Pokazuje swoją erudycję tylko wtedy, gdy wymaga tego kontekst. Wtrąca zarówno autoironiczne, jak i kąśliwe bon-moty. Poszczególne części kończą się chwytliwymi sentencjami (wśród nich tymi o intymności (s. 48) czy krytyce (s. 139)). Mnie ten styl pisania przypomina nieco gawędę. Anegdota łączona jest z faktami i reportażową dokładnością. Czasem zdarza się autorowi – moim zdaniem – nieco niepotrzebnie popaść w literacką górnolotność. Żurowski przypomina ekwilibrystę ostrożnie stąpającego po rozciągniętej nad przepaścią linie, po której obu stronach znajdują się artyści oraz widownia. Wnika w intencje zarówno jednych, jak i drugich. Odwołuje się do historii teatru, by po chwili zasiąść w fotelu koło teatralnej publiczności.

Zza kulis? Widać. Szeptem? O pewnych sprawach trzeba jednak mówić głośno.

Szymon Spichalski

Andrzej Żurowski, „Zza kulis. Szeptem”, Gdańsk 1982

Leave a Reply