Krytyk czasu przesilenia

Trudno, abym nie kochał teatru, skoro drepczę wokół niego przez całe życie…

Andrzej Żurowski

…Uprawiam zawód teatralnej pijawki. A wybrałem go między innymi dlatego, że głęboko wierzę w sens i wagę tego fantasmagorycznego fachu na scenie świata pozornych iluzji. Krytyk teatralny to właśnie przyssana do sceny pijawka. Tak ściśle jednak przyssana, że nie tylko pije ona teatralną krew, ale niepostrzeżenie staje się wręcz integralnym elementem teatralnego krwiobiegu. Sztuka sceniczna jest interpretacją świata; krytyka jest interpretacją obrazu świata migoczącego w scenicznym zwierciadle. Jest jakby – krokiem dalej…

Tak pisał Andrzej Żurowski o sobie w Rozmowach z Rafałem, ukochanym synem, w tekście opublikowanym w dwa lata przed śmiercią.

Zastanawiam się, kiedy poznałam Andrzeja Żurowskiego? Liczę precyzyjnie, żeby nie popełnić błędu nie tyle arytmetycznego, ile ludzkiego. Otóż był to rok 1964 – pierwszy rok moich studiów w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku, kierunek oczywiście filologia polska. Wymarzona? Wcale nie. Ale skoro miałam siostrę filologa – językoznawcę po Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, to postanowiłam się z nią pościgać. Ona z dobrej szkoły profesorów Klemensiewicza i Karasia, a ja marzyłam o literaturze, teatrze. Mój licealny polonista profesor Marian Waszkiewicz zaszczepił we mnie teatr. Był miłośnikiem opery i mnie urzekło jego zaczadzenie sztuką sceniczną. Prowadził nas do Teatru Wybrzeże, wtedy sceny Jerzego Golińskiego, i do Studia Rapsodycznego we Wrzeszczu, w którym notabene kierownikiem literackim był Andrzej Żurowski, o czym wówczas nie miałam pojęcia. I nasz polonista mówił po spektaklu o każdym przedstawieniu tak, jakby za chwilę miała znowu podnieść się kurtyna i rozpocząć się ponownie kolejne magiczne widowisko.

Poza tym trenował nas teatralnie: występowaliśmy w szkolnych spektaklach i działał kabaret Syfon, szkolne cudo, w którym m.in. grał Grzegorz Mrówczyński, ten sam reżyser, który bywa gościem „Yoricka” (jesteśmy oboje absolwentami IX LO w Gdańsku), a potem w tym kabarecie szalał Krzysztof Kolberger, którego wiódł ku teatrowi też mój polonista. Tak więc wybór WSP (a były wtedy egzaminy wstępne na uczelnie), był zwieńczeniem wcześniejszych zainteresowań, ale tak naprawdę marzyłam o medycynie. Niestety, mdlałam na widok krwi.

Na filologii polskiej bez mała od razu, chyba w połowie pierwszym roku, chciałam starszemu koledze Andrzejowi Żurowskiemu – szefowi koła polonistów – udowodnić, że nie jestem „przypadkiem”, a prawdziwą aktywną miłośniczką teatru i może już nawet trochę „znawczynią”.

Andrzej potraktował mnie pobłażliwie, choć z pewną uwagą. Był bratem łatą w sposobie bycia, żartował, trochę kpił i od razu zlecił mi coś tam do zrobienia. Nie pamiętam dokładnie szczegółów, ale wiem, że nie wywiązałam się odpowiednio i usłyszałam kilka uszczypliwych uwag. Obroniła mnie starsza koleżanka, dzisiaj profesor Ewa Nawrocka, także osoba ze wszech miar teatralna. Wtedy jej tata był aktorem Teatru Wybrzeże, a ona publikowała pierwsze recenzje.

Żur natomiast – bo tak o nim mówiliśmy – nie bardzo mnie ujął swoim zachowaniem, choć na pewno zaimponował wiedzą. Był oryginałem, z sygnetem rodowym (herbu Leliwa) na palcu, rozwianą czupryną kędzierzawych blond włosów zawsze miał rację i uważał się za najprzystojniejszego i nieomal najmądrzejszego wśród studentów- tak komentowałyśmy to z moją przyjaciółką Ireną.

Pierwszy referat Żura, oczywiście o Szekspirze, usłyszałam właśnie w kole polonistów. On już miał zajęcia i seminarium z profesor Marią Janion, a ja mogłam tylko marzyć o tym, by dostać się do tej „wtajemniczonej” grupy Mistrzyni. On już mówił językiem „hermeneutyki rozumiejącej”, a ja z uporem studiowałam słownik wyrazów obcych, by przyswoić mnogość terminów używanych przez doktorantów i studentów Profesor. Następne i kolejne spotkania z Andrzejem przebiegały bez wstrząsów. On zawsze gdzieś się wybierał otoczony wianuszkiem ładnych starszych i młodszych koleżanek, a ja przystosowywałam się do bycia studentką, więc po prostu czytałam w semestrze po kilkadziesiąt lektur obowiązkowych i wszelkich innych, zaliczałam kolejne przedmioty, by wreszcie dobrnąć do upragnionego seminarium u profesor Marii Janion. Tam już spotykałam Andrzeja regularnie, bo on pisał u pani profesor pracę magisterską, a potem doktorską. Obie oczywiście o Szekspirze. Maestra uczyła jak wyciągać szyję i wychylać głowę – pisał po latach. Żurowski nie należał do grona stałych admiratorów Mistrzyni, czyli tego „wianuszka”, który w przerwie w zajęciach, wędrował z panią Profesor do baru mlecznego na obiad. Te spacery z ulicy Sobieskiego we Wrzeszczu na ulicę Grunwaldzką były swoistym długim rytuałem. Odbywał się on co dwa tygodnie, bo z taką częstotliwością przyjeżdżała profesor Janion do Gdańska.

Na piątym roku Andrzej wraz z Joanną Konopacką, jego koleżanką z roku także zafascynowaną Szekspirem w tamtym czasie, zdobyli główne nagrody w konkursie ogłoszonym chyba przez British Council, albo jakiś college (tu moja pamięć jest zawodna) na esej o twórcy Hamleta, a ściślej chyba o recepcji jego utworów w Polsce. Pamiętam, że autentycznie zazdrościłam im nagrody – wyjazdu do Wielkiej Brytanii. To był rok chyba 1967. Po powrocie opowiadali w kole polonistów o pobycie, dzielili się wrażeniami. I było to magiczne spotkanie. Podziwiałam Joasię i Andrzeja. Joanna po latach została dyrektorem Wydawnictwa Morskiego w Gdańsku, a potem prowadziła z wielkim sukcesem oficynę Oskar i wydała całą serię książek Güntera Grassa w świetnym przekładzie Sławomira Błauta – wielkiego znawcy i miłośnika prozy Grassa. Żurowski czytał Grassa, bośmy i o tym też kiedyś rozmawiali. A poza tym Grass mieszkał w jego Wrzeszczu, miejscu szczególnym na ziemi, dzielnicy Gdańska, w której Andrzej z rodzicami pojawił się prosto z Drohobycza w 1945 roku. I targ, na który chodził jako chłopiec z babcią Wisią, mieścił się o dwie ulice od mieszkania Oskara, a także od domu, w którym spędził był dzieciństwo Oskarowy ojciec – Günter Grass. To też jest temat intymny mojego dzieciństwa.… – pisał w Rozmowach z Rafałem. Po latach nawet napisał do Grassa list, który zaczynał słowami „Drogi Sąsiedzie!”.

Zaraz po studiach Andrzej Żurowski trafił do pracy w telewizji gdańskiej, w której utkwił na 34 lata. Dzisiaj zastanawiam się, jak on tam wytrzymał, ale wtedy wiem na pewno, że był przejęty, zafascynowany i dumny, bo to było najważniejsze, młode i modne medium, często dyktujące rytm pracy różnych dyrektorów i urzędników, którzy z pewnym nawet lękiem powtarzali: telewizja będzie za chwilę, albo telewizja się spóźni – musimy poczekać!

Andrzej przeszedł w telewizji wszystkie szczeble wtajemniczenia: od „prostego” redaktora do publicysty, był kierownikiem Redakcji Teatru, kierownikiem Redakcji Artystycznej, zastępcę redaktora naczelnego ds. artystycznych. W tym czasie ja pracowałam w Rozgłośni Regionalnej Polskiego Radia w Gdańsku w redakcji literackiej. Trafiłam do radia w roku 1969. Nasze drogi: Andrzeja i moje często przecinały się zawodowo. Pisałam recenzje teatralne, kiedy pozwoliła mi na to pani Malwina Szczepkowska – zastępczyni redaktora naczelnego w radiu gdańskim, wielka recenzentka na Wybrzeżu i znawczyni teatru, przedwojenna literatka, autorka kryminałów i powojennej monografii Teatru Wybrzeże, a także osoba, która wylansowała na ogólnopolskiej antenie radiowej Henryka Bistę. Henryk czytał w odcinkach jej kryminał zatytułowany Ręka. Długo czytał i to było prawdziwe odkrycie głosu Bisty. Praca Bisty w radiu tak jak wielu gwiazd Teatru Wybrzeże, m.in. Tadeusza Gwiazdowskiego, Lecha Grzmocińskiego, Krystyny Łubieńskiej, Haliny Słojewskiej, Haliny Winiarskiej, Anny Chodakowskiej, Andrzeja Szalawskiego, Stanisława Igara, Jerzego Kiszkisa, Jerzego Łapińskiego, Staszka Michalskiego, Joanny Bogackiej, Krzysztofa Gordona, Andrzeja Piszczatowskiego… mogłabym wymieniać i wymieniać… a więc praca w radiu tych artystów pozwoliła mi lepiej poznać (i zrozumieć!) środowisko teatralne: aktorów, reżyserów, scenografów. To właśnie im: Jerzemu Golińskiemu, Zygmuntowi Hübnerowi, Markowi Okopińskiemu, Stulowi Hebanowskiemu, Ryszardowi Majorowi, Marcelowi Kochańczykowi, Krzysztofowi Babickiemu, Krzysztofowi Nazarowi, a także Alemu Bunschowi, Jadwidze Pożakowskiej, Marianowi Kołodziejowi zawdzięczam lepsze i mądrzejsze rozumienie teatru, w którym również utwierdzał mnie i wspierał Andrzej Żurowski. Był on już wtedy znanym krytykiem teatralnym w Polsce, należał do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, działał w klubie krytyki teatralnej, a ja dopiero wstępowałam do SDP w roku 1971.

W Gdańsku pod okiem mojej znakomitej szefowej radiowej w redakcji literackiej Reginy Witkowskiej, znawczyni literatury i miłośniczki teatru szlifowałam warsztat recenzenta. Czasami zapraszano mnie i Andrzeja do programu jako „dwugłos recenzencki”. Bywało, że różniliśmy się pięknie w ocenach spektakli, szczególnie Teatru Muzycznego Danuty Baduszkowej i potrafiliśmy dyskutować zajadle, ale też często mieliśmy podobne teatralne gusta i przedstawialiśmy zbieżne myślenie o teatrze, szczególnie gdy analizowaliśmy spektakle Teatru Wybrzeże, czy Teatru Ziemi Gdańskiej prowadzonego na początku lat 70. przez Waleriana Lachnitta (dzisiaj to Teatr Miejski w Gdyni).

Pamiętam szczególnie nasze dyskusje po dwóch głośnych spektaklach Teatru Wybrzeże: prapremierze Termopil polskich Tadeusza Micińskiego w reżyserii Marka Okopińskiego i również po prapremierze Ulissesa James’a Joyce’a w reżyserii Zygmunta Hübnera. To było w Rozgłośni Polskiego Radia w Gdańsku.

Potem, w drugiej połowie lat 70. był czas przerwy w naszych kontaktach zawodowo-teatralnych. Andrzejowi urodziły się dwie córki: Ania i Alicja, ale tempa życiowego i zawodowego nie zwalniał. Jeździł na festiwale, oglądał setki spektakli, jurorował w konkursach. Był obecny w wielu miejscach, co na pewno nie przysparzało mu przyjaciół, tym bardziej że był spoza Warszawy i Krakowa, a w tamtych latach to były bardzo ważne, opiniotwórcze ośrodki. Rozważał po latach z dystansem problemy prowincjonalizmu i prowincjonalności. Uważał, że prowincjonalizm to stan ducha, a nie obrzeża umysłu. Wiedział jednak w połowie lat 70., że najważniejsi historycy teatru i krytycy teatralni byli rodem z dwóch stolic: dawnej i aktualnej.

Andrzej bywał nadmiernie jowialny, ale i kordialny w sposobie bycia. Lubił towarzyskie spotkania ostro zakrapiane i długie nocne Polaków rozmowy. Nigdy tego nie ukrywał. Jego stan w takich sytuacjach budził różne komentarze, szczególnie osób postronnych.

Legendarne były opowieści o jego lęku przed lataniem, który musiał tonizować czymś mocniejszym. Nie znoszę podróży – mówił wiele razy. Pisał: w podróży nie znoszę samotności i tego analizowania siebie niczym osobliwego motyla na szpilce. A nosiło go po świecie i po kontynentach. Upijał się w samolocie, jakby w tym upatrywał ucieczkę od niezbyt życzliwego świata i… od siebie.

A w latach 80., kiedy zachwiała się kolejny raz polska historia i przerwany został dramatycznie „karnawał Solidarności”, opowiedział się – tak twierdzili niektórzy koledzy po fachu – po niewłaściwej stronie. Został w telewizji, zapisał się do nowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich RP, które powołano po restrykcjach wobec wcześniejszego SDP i po weryfikacji wielu dziennikarzy w różnych redakcjach. To był paskudnie trudny czas. Wtedy pracowaliśmy razem i pamiętam te długie rozmowy, o tym, co zrobić, jak się zachować, z czego korzystać, a co odrzucić. Andrzej, zdeklarowany ateista (Jestem zabity ateista; ateista po brzegi wypełniony – niespełnioną dla mnie tęsknotą za wiarą – pisał i dodawał: Ateizm (…) z całą pewnością to nie jest postawa lekka, łatwa i przyjemna), nie wyobrażał sobie korzystania ze wsparcie sfer kościelnych, a miał na utrzymaniu rodzinę i musiał pracować. Wtedy różni oceniający nie bardzo to rozumieli. A on uważał się za „zakutego legalistę rodem z tamtych czasów”, które go odpychały i pociągały zarazem, i na pewno kształtowały. Tak często mówił o PRL-u. Nie należał do partii, nie był wtajemniczony w strategiczne sprawy wagi państwowej, ale ocierał się o mechanizmy władzy i przyjaźnił się (autentycznie!) z niektórymi ludźmi władzy. Jeden z największych jego przyjaciół „od teatru i wódeczki” był nawet ministrem. To mu nie tworzyło dobrej aury w różnych opiniach powielanych w środowisku. Żądano wyjaśnień, a on przewrotnie milczał albo z uśmiechem opowiadał cokolwiek. Nie tłumaczył też, dlaczego w stanie wojennym przestał być funkcyjnym w telewizji. Na trzeźwo mówił, że jest pragmatyczny. Po pijaku – uciekał w stany nirwany.

Pamiętam naszą wizytę u profesora Konrada Górskiego w Toruniu w roku chyba 1982 lub 1983 i to zdanie wiekowego już wówczas humanisty: „polityka jest to sztuka uzyskiwania rzeczy możliwych”. Po tej wizycie nie rozmawialiśmy jakiś czas.

Na początku lat 80. też „walczyliśmy” przy analizie przedstawień jako recenzenci nie tylko w telewizji gdańskiej. Andrzej był zastępcą redaktora naczelnego do spraw artystycznych w ośrodku gdańskim, a ja prowadziłam redakcję publicystyki kulturalnej. Notabene to Andrzej ściągnął mnie do telewizji i zaproponował prowadzenie redakcji. Naiwna byłam, bo nie wiedziałam, w jakie wpadam „gniazdo i w jakich czasach”.

Ale wtedy miałam okazję przyjrzeć się z bliska pracoholizmowi Żura, jego miłości do teatru i uporowi. Pisał o teatrze stale – jak w transie, kiedy goniły go terminy albo potrzeba wyrażenia opinii. To były tysiące artykułów publikowanych w różnych pismach: sprofilowanych teatralnych, ale też w prasie opiniotwórczej. Realizował programy telewizyjne, cykle które do dzisiaj nie mają dokumentacyjnie sobie równych: Zawsze teatr, Teatr polski. Wieczór w teatrze z Andrzejem Żurowskim, Teatr, czyli świat. Pisał scenariusze, tworzył monodramy, nadzorował widowiska baletowe i spektakle teatralne nagrywane w gdańskim ośrodku telewizji. Uwijał się jak w ukropie. Miałam wrażenie, że ciągle się śpieszy, jakby obawiał się, że czegoś nie zdąży zrobić. Równolegle pracował jako adiunkt na Uniwersytecie Gdańskim, na studiach dziennych i podyplomowych. Był selekcjonerem i doradcą artystycznym Międzynarodowego Festiwalu Szekspirowskiego w Gdańsku.

Odejście z telewizji (w 2001 roku) definitywnie zamienił na pracę naukową. Był dyrektorem Instytutu Polonistyki w Akademii Pomorskiej w Słupsku, prowadził Katedrę Historii Kultury Europejskiej w szkole wyższej w Gdyni, wykładał w Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku i cały czas pisał książki. Wydał ich 25, blisko połowa publikacji poświęcona została dramatom, realizacjom i recepcji Szekspira w Polsce, i na świecie. Kiedy uzyskał stopień profesora belwederskiego nie zwolnił, pracował nadal intensywnie. Bodaj najważniejsza jego książka MODrzeJewSKA, którą słusznie w ubiegłym roku profesor Józef Bachórz uznał za najbardziej ważkie i bardzo dobrze udokumentowane dzieło naukowe w karierze Andrzeja Żurowskiego, ukazała się w roku 2010.

To szaleństwo aktywności i pracy potrafił Żurowski przełamywać niespodziewaną… rodzinną podróżą z żoną Magdą i dziećmi: Kają i Rafałem.

Byłam z Krzysztofem Gordonem – aktorem Teatru Wybrzeże świadkiem na drugim ślubie Andrzeja: z Magdą Oller w sierpniu 1988 roku.

Magda przyjechała do Gdańska na praktykę z Krakowa z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Trafiła do mnie w telewizji na pierwsze spotkanie. To był rok 1984. Wiedziałam od razu, że jest pasjonatką teatru i że jej wiedza bardzo się przyda w redakcji. Umówiłam ją z Andrzejem na rozmowę. Potem Magda realizowała wiele samodzielnych ważnych programów teatralnych w telewizji już jako Magda Żurowska, szczególnie upodobała sobie Teatr Muzyczny w Gdyni: od Baduszkowej do Gruzy.

Napisałam ten tekst 5 stycznia 2018 roku, dokładnie w piątą rocznicę śmierci Andrzeja Żurowskiego. Przeczytałam na nowo kilkaset stron z jego książek. Niektóre odkrywałam na nowo. Inaczej.

Jedyne, co autentycznie interesuje człowieka – to drugi człowiek. Przeto i w teatrze zawsze – niezmiennie: pod makijażem, maską, pod konwencją – najważniejszy, jedynie ważny jest człowiek. Jego osobowość, jego myśli i namiętności. Aby je wyrazić, aby między sceną a widownią zawęziła się nić porozumienia – scena z widownią muszą się wprzódy „umówić”, przystać na konwencję, którą wyrażą świat. Figurę świata. Konwencję, która przestanie być tylko formą, czyli pustym obracaniem szkiełek w latarni czarnoksiężnika. Przestanie być zauważalna jako „konwencja”. A wówczas kultura opowie naturę.

Naturę rzeczy i ludzi. Bo przecież na dobrą sprawę tylko o to nam idzie, kiedy spotykamy się w teatrze twarzą w twarz.

I tak znowu stanęłam twarzą w twarz z krytykiem, którego wydawało mi się, że znam. Krytykiem w Czasie przesilenia.

Alina Kietrys

Andrzej Żurowski był krytykiem teatralnym o międzynarodowej sławie, znawcą Szekspira, inicjatorem Międzynarodowego Festiwalu Szekspirowskiego, był profesorem nie tylko UG, ale również pracował na innych uczelniach w Polsce i za granicą.

Był krytykiem nietuzinkowym. Juror i selekcjoner na trzynastu międzynarodowych festiwalach na całym świecie. Napisał 25 książek, zafascynowany przez całe życie teatrem. Cztery razy jako kierownik literacki w różnych teatrach był najbliżej sceny, raz zagrał w filmie, ale blisko dwa tysiące razy mówił o teatrze w telewizji i Polskim Radiu. Ufano jego gustowi i doceniano wiedzę.

Leave a Reply