Z pamięci

Chwila jest wyjątkowa – Wiesław Geras świętuje 50-lecie życia teatralnego. Będą zasłużone wyrazy uznania, będą gratulacje i życzenia, będą dary. Chciałbym, aby wśród darów serdecznie przez Jubilata przyjętych, był mój skromny podarunek. Jubileusz skłania do spojrzenia w przeszłość, a to mi uzmysłowiło, że znamy się 45 lat i otworzyło przestrzeń wspomnień: o spotkaniach, wspólnych działaniach, rozmowach, planach, sukcesach, niepowodzeniach. Są wśród nich szczególnie wyraziste. Dwa wybieram i dedykuję Jubilatowi.

Listopad 1971 roku. Jestem po raz pierwszy na całym wrocławskim festiwalu teatrów jednego aktora. Festiwal dobry, ale nie porywający. Jedno przedstawienie wybitne – A jak królem, a jak katem będziesz Kazimierza Borowca; jeden frapujący osobnością debiutant – Wiesław Komasa; nabrzmiewająca w plotkach afera z werdyktem, zakończona zgłoszeniem votum separatum przez wszystkich w zasadzie jurorów. Dyskusje pospektaklowe, dużo zdarzeń towarzyszących. Nad tym wszystkim spokojna, ale wszechobejmująca piecza Wiesława Gerasa. To, że on ten festiwal wymyślił, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych – było powszechnie wiadome. Dla mnie najważniejszy był fakt w istocie uboczny: obecność piątki młodych ludzi, których Geras zaprosił z amatorskiego przeglądu teatrów jednoosobowych w Zgorzelcu. Odbył się ten przegląd rok wcześniej, jako lokalna impreza narodzona pod wpływem „Gerasowego” OFTJA. On tam, oczywiście, pojechał i ujęty prawdą i artystyczną jakością ochotniczych wypowiedzi – sprowadził laureatów do Wrocławia. To był mądry gest człowieka teatru. W Polskę poszła wieść o obecności amatorów na głośnym festiwalu, o ciepłym ich przyjęciu, o partnerskich kontaktach. Rodzący się nurt ochotniczego ruchu teatralnego zyskał dodatkowy napęd, który dał piękne rezultaty. Także dlatego, że odtąd obecność zgorzeleckich laureatów stała się trwałym obyczajem. Ku pożytkowi dla Zgorzelca, ale i Wrocławia – w słabnącym festiwalu profesjonalistów byli oni jasnym punktem, a niekiedy ostoją sztuki monodramu. Jak nazwać ten czyn Wiesława, bardzo nieczęsty w czasach kategorycznego dzielenia sztuki na profesjonalną i resztę? Odwagą? Wyobraźnią? Zapewne tak, ale chyba trafniej – wyciągnięciem ręki na powitanie, zaproszeniem młodych do teatralnego stołu.

Upływał czas. Wiesław oddał stery OFTJA w ręce młodszych, choć widać było, że emocjonalnie stale jest w środku jego spraw. Festiwal – jak cały ruch indywidualistów – począł tracić rozpęd, a niebawem w relacjach i rozmowach pojawiło się słowo „kryzys”. Rok 1975 był rokiem jubileuszowym. Świętowanie dziesiątej edycji było skromne, ściszone. W kontaktach z wrocławskimi działaczami kultury, dziennikarzami, teatromanami od początku i głęboko związanymi z imprezą, po raz pierwszy wyczuwało się dystans, odcień nieufności. Mówiono o intrygach i rozgrywkach, o zakulisowych decyzjach. Nieliczni wiedzieli więcej. To mianowicie, że młodzieżowa organizacja postanowiła przenieść festiwal z Wrocławia. Nigdy pożegnalny bankiet nie skończył się tak szybko. A za rok OFTJA był już w Toruniu. Nowi gospodarze bardzo chcieli dowieść, że cenią dorobek minionej dekady i tych, których praca na ten dorobek się złożyła. Do Wrocławia szły listy, zaproszenia… Odpowiedzią była cisza jakby zbiorowy bojkot. Z jednym wyjątkiem.

Minęło kolejnych 15 lat. Toruń świętował ćwierćwiecze festiwalu. Ukazała się skromna publikacja, napisałem do niej Tuzin jubileuszowych refleksji. Jedną z nich przepisuję dzisiaj dosłownie. GERAS. Wśród przyjaciół OFTJA jest człowiek wyjątkowy – Wiesław Geras. To on 25 lat temu wymyślił imprezę i troszczył się o nią przez pierwsze dziesięciolecie. Gdy Festiwal przeniesiono do Torunia, część wrocławian poczuła się urażona. Nie Geras, choć on właśnie miał prawo. Stawił się w Toruniu, by pomóc nowym gospodarzom. I tak jest do dzisiaj – gotów na każdą prośbę, każde wezwanie. Uzmysławia ważną prawdę, że dzieckiem trzeba opiekować się zawsze – nawet jeśli odejdzie z domu.

*

Ot, cały mój prezent na jubileusz Wiesława. Niebogaty, ze słów złożony. Tyle że te słowa wywołują coś, co zachowane w głębokiej pamięci.

Lech Śliwonik

Leave a Reply