ZAMIAST EPILOGU: Łomnicki w worku

Jako młody człowiek rozpoczynałem swoją przygodę z teatrem w Studenckim Teatrze Gliwice, teatrze, w którym odbyła się m.in. prapremiera Ślubu Gombrowicza w reżyserii Jerzego Jarockiego ze scenografią Krystyny Zachwatowicz, miejscu, w którym tworzyli również Kazio Wiśniak, Janek Biczycki, czy Ewa Lassek.

Na początku lat sześćdziesiątych dołączył do nich również Romek Nowotarski, malarz, absolwent ASP w Krakowie, który później został jej wieloletnim profesorem na wydziale malarstwa. I tenże Romek Nowotarski, oprócz znakomitych scenografii, znany był również z osobliwych spostrzeżeń, czy wyrafinowanych porównań, które przejmowaliśmy i następnie stawały się kodem porozumienia, szczególnie w zagadnieniach związanych ze sztuką.

W czasie jednego z niekończących się wtedy dyskursów prowadzonych między nami młodymi, wymyślającymi świat na nowo, zastanawialiśmy się: co to takiego osobowość, czy indywidualność? Padały różne mądre definicje, najczęściej wyczytane w książkach, czy zasłyszane w dyskusjach prowadzonych przez mędrców tamtego czasu.

Milczący dotychczas Romek, a widać było, że mu to wszystko za mądre, mówiąc krótko, mordowanie kotka przy pomocy młotka, przerwał nagle te nasze orędzia i oracje, wstał i jak zwykle swoim cudownym, miękkim, melodyjnym wschodnim akcentem wygłosił, a raczej zagrał – bo krzyczał, biegał, przystawał, ilustrował mówiony tekst gestami, swoją na ten temat teorię:

Ty weź, proszi ja cibji, Łomnickiego. Wsadź ty jegu du worka. Zawiąż. Rzuć jegu tak na scenę. Wygaś światło. I każ ty jemu grać teraz Hamleta. I on się, proszi ja cibji, PRZEBIJI!!

A teraz: weź ty całą resztę. Posadź ich wszystkich widzowi na nosi. Zapal im całe światła, proszę ja cibji, ŚWIATŁA.!!! I każ im grać tu samu. I oni się, proszi ja cibji, NIE PRZEBIJO!! Rozumisz, ty jeden z drugim?

Popatrzył na nas milczących, zafascynowanych tym monodramem, machnął ręką, wyczekał jeszcze chwilę – może, żebyśmy choć w cząstce pojęli, o co mu chodzi – i dokończył: I tak tegu ni zrozumisz. Powiedział to również o sobie.

I już zawsze, kiedy trzeba było krótko ustosunkować się do jakiegoś teatralnego spektaklu, przeczytanej książki, czy scharakteryzować kogoś, mówiliśmy zwyczajnie: Łomnicki w worku jako wyraz najwyższego podziwu albo: Cała reszta – no właśnie.

Po wielu latach pojechałem z moim Bablem na festiwal do Moskwy. Organizatorzy zaprosili nas uczestników na uroczyste przyjęcie otwierające imprezę. Siedzieliśmy przy stołach. „Artyści” naturalnie wyglądali prawie tak samo – koszula wyłożona na sprane dżinsy, włos w nieładzie, na nogach klapki albo tenisówki, czyli, jak to się mówi, pełna uniformizacja. Z tego grona „podobnych” wyróżniała się sylwetka mężczyzny: szczupły, średniego wzrostu, powiedzmy… po pięćdziesiątce. Siwe, krótko, dobrze ostrzyżone włosy, garnitur, wyprasowana koszula, stosowny krawat. Nienarzucająca się elegancja. Na stole, obok jego talerza, porządnie ułożone materiały dotyczące festiwalu, które my wszyscy zostawiliśmy oczywiście w hotelu. Widać było wyraźnie, że skupiał na sobie uwagę obecnych. Było w nim coś intrygującego. Jakby świadoma niezgoda na mody, czy „takąsamość”. A kiedy przedstawiliśmy się sobie i powiedział: nazywam się Wiesław Geras, to już podczas krótkiej z Nim rozmowy wiedziałem, że spotkałem człowieka niebanalnego.

Lata naszej znajomości, które przerodziły się w przyjaźń, potwierdziły i pogłębiły to moje pierwsze instynktowne wrażenie, jakie wywarła na mnie już wtedy Jego osobowość. Od tamtego pierwszego kontaktu wpisałem Go na moją prywatną listę „Łomnickich w worku”.

Naturalnie, że osób, o których się mówi, że są indywidualnościami, czy mają osobowość, jest wiele. Wiesław należy do tych niewielu spośród nich, którzy ustrzegli się narcyzmu. Tej współczesnej epidemii panującej szczególnie w środowisku ludzi związanych z kulturą. Tego ustawicznego wpatrywania się w swoje odbicie, samouwielbienia izolującego od tego, co na zewnątrz. Zamykania się w różnych mainstreamach – trucizny zabijającej kulturę. Diagnostycy współczesności, socjolodzy, psycholodzy mówią o Generacji „Ja”, Inflacji „Ja”, o tym, że rozprzestrzenianie się narcystycznych zaburzeń jest już prawie nie do opanowania podobnie, jak dżuma w Średniowieczu. Szwajcarski psychiatra Gerhard Demmann widzi w narcyzmie przewodnią neurozę współczesnego świata.

Christoph Lasch w swoim bestsellerze Culture of Narcissism pisze, że narcyzm jest wyrazem umierającej kultury. Jeśli twórcy odpowiedzialni za kulturę nie przestaną wreszcie wpatrywać się w lustro i podziwiać w nim swe oblicza, i nie rozejrzą się dookoła, doprowadzą do jej zagłady.

Wiesław przez to, że podczas swojej półwiecznej działalności rozglądał się po świecie, a nie wpatrywał, jak Narcyz, w swoje odbicie, uchronił cząstkę polskiej kultury od zagłady.

Są ludzie, którzy chcą działać i działają, chociaż wychodzi im to nie najlepiej. Są tacy, którzy działają i to jest, jak to się mówi, do zaakceptowania. Są tacy, których działalność jest dobra, bardzo dobra, czy są mistrzami w tym, co robią. Są wreszcie tacy, ale to już bardzo rzadkie, którzy działając, tworzą mit. To najwyższy stopień działalności. Do tych ludzi należy Wiesław. Mit, który stworzył Wiesław, odnosi się do zjawiska, jakim jest Teatr Jednego Aktora.

Czy ten mit poprowadzi to zjawisko ku przyszłości? Pytanie moim zdaniem zasadne, szczególnie dzisiaj, w czasie, który nieszczególnie sprzyja życiu duchowemu. Życzmy sobie wszyscy, aby odpowiedź na to pytanie była pozytywna. Czekamy na następnego „Łomnickiego w worku”, który wyłoni się z „Całej reszty”.

Herbert Kaluza

[Na zdj. po festiwalu Monobaltija w Kownie: Wiesław Geras, Herbert Kaluza, Krzysztof Kucharski, Katarzyna Geras, Tomasz Miłkowski i Remigiusz Lenczyk]

Leave a Reply