Jasnoksiężnik

Geras. Jest coś tajemniczego i fascynującego w tym słowie. Nie mówię jeszcze – w tym nazwisku, bo mam na myśli to czarodziejstwo brzmienia, a jeszcze nie to, co może kojarzyć się ze znaczeniem słowa litewskiego. Zestawione z imieniem tego bożego szaleńca, czy wcielonego wiatru natchnień, wydaje się od razu jakimś zaklęciem. I tak je odbierają życzliwi wybrańcy, zwłaszcza ci, którzy znają język polski z miłego, przyjaznego słyszenia. Ale nie tylko oni, bo wystarczy się przyjrzeć wyliczeniu tych wszystkich tutaj, w kraju, którzy ulegli namowom, albo duchowej nawałnicy tego szarlatana miłości do teatru, to znaczy do ludzi, przez których istota teatru się objawia, a okaże się, że ten jasnoksiężnik (bo trudno mówić o czarnoksiężniku) włada niezwykłą siłą, subtelnego przecież oddziaływania, zjednującą mu przychylność i – co tu dużo gadać – miłość tylu wyznawców wiary w bezpośrednio odczuwalny sens istoty teatru.

Ten wariat, który powinien być już dawno izolowany ze względu na dobro swojego własnego zdrowia, z niezwykłą pokorą znosi upokorzenia, których nie szczędzą mu ci właśnie, którzy powinni go wspierać i otaczać czułą troską, żeby idiocie się nie odechciało.

Wystarczy spojrzeć na słowa, które tak, jak owe czarodziejskie Wiesław Geras, przedstawiają nie tylko wielkie indywidualności teatralne, ale właściwie etapy historii teatru, jego przemian, jego ważności i godności, które – dzięki uporowi i pokorze Wiesława – się dokonały, mówię o słowach oznaczających imiona i nazwiska wielkich (nie przez pychę) aktorów polskich i tych spoza granic, którzy wspólnie z tym natchnionym postrzeleńcem, nieliczącym się z własną biologią i ostracyzmem człowiecząt, wspólnie wspinali się na tę przedziwną Górę Błogosławieństw, która tak nazwana, wydaje się nadmiarem ludzkich wyobrażeń, a przecież istnieje równie konkretnie, jak Ararat, pod którym dzieło Wiesława też okazywało swoją skuteczność.

Ja sam wiele Mu zawdzięczam. On zapewne o tym nie wie, bo jest człowiekiem – jak z Ośmiu Błogosławieństw – cichym i pokornego serca. Choć wielu mogłoby temu zaprzeczyć, bo znają Wiesia wściekłego i zapalczywego, kiedy sprawy nie szły zgodnie z jego pojęciem przyzwoitości i szacunku dla ludzi. Cierpiał za tę niezgodę i pewnie tych cierpień mu nie ubywa.

Gdyby mnie nie wprawiał (bo „namawiał” nie jest właściwym słowem) w sens kontynuacji tego, co ja sam niechętnie nazywałem teatrem jednego aktora, przekonany, że nie ma różnych teatrów, że teatr jest jeden; gdyby sam nie okazał, że właśnie w tej idei teatru jednego aktora pulsuje pierwiastek wszelkiej teatralności i że w tym, co robię, jako pojedynczy aktor, jest właśnie to całe nasze bycie razem na planecie, po to, żebyśmy się stawali ludźmi bliżej siebie w tym, co w nas jedyne, gdyby w tej sferze nie spotkały się nasze wspólne myśli i tęsknoty, nie wiem, czy dalej grałbym w teatrze jednego aktora. I czy grałbym z taką radością i z pewnością, że znam człowieka, dla którego to, co robię na scenie, jest tak bezwzględnie ważne.

Bogusław Kierc

Leave a Reply