CZTERY FESTIWALE: Winy Jędrusik Kaliny

Wieczorową porą w październiku roku milenijnego 1966 do Piwnicy Świdnickiej pod wrocławskim Ratuszem zwabiła mnie aktorka. Aktorka absolutnie wyjątkowa, Kalina Jędrusik, którą wcześniej oglądałem tylko w telewizji i w kinie. Głównie w Kabarecie Starszych Panów… W podziemiach najcenniejszej budowli stolicy Dolnego Śląska przerobionych na młodzieżowy klub obejrzałem Ją w jednoosobowej sztuce wykrojonej z powieści Jacka Bocheńskiego Tabu.

Dopiero po spektaklu dowiedziałem się, że trafiłem na… Przegląd Teatrów Jednego Aktora. Teraz wiem, że pierwszy taki przegląd na świecie. Dodać muszę, że jak wessała mnie ta teatralna nisza, to już z determinacją tkwiłem w niej i tkwię równo pięćdziesiąt lat! Nie uważam, żebym jakoś specjalnie odbiegał psychicznie od normy. Jednak tamto jesienne zdarzenie wypaliło piętno w mojej duszy. Pozornie skromny w środkach teatr trzyma mnie na krótkiej smyczy, a amplituda towarzysząca „przywiązaniu”, fascynacji oraz emocjom cały czas utrzymuje się w górnych stanach, bo też ciągle mnie czymś zaskakuje. Tymi zaskoczeniami spróbuję się podzielić otwierając różne szuflady w pamięci.

Pierwszym szokiem, była forma… lalkowego monodramu Andrzeja Dziedziula. Jego Wielki Książę (1967) wg Hamleta Szekspira zburzył we mnie obraz lalkowego teatru wyniesiony z dzieciństwa, pokazał, że by ożywić nieistniejące lalki, wystarczy jego i nasza (widzów) wyobraźnia. Aby do słów dodać obraz walki, pojedynek z Leartesem pokazał nam przy pomocy jednej ręki i szpady, raz kierując ją w swoją stronę, a raz w stronę przeciwnika, emocjonalne relacje z Horacym zobrazował tylko dwoma dłońmi i dotykami, w rozmowie z Ofelią, jej głowę zastąpił gryfem gitary. Co ciekawe, bardzo podobnie buduje swoje lalkowe monodramy Agata Kucińska, czego mistrzowskim dowodem były Żywoty świętych osiedlowych (2010). Jej lalki i używane do narracji rekwizyty, podobnie jak u Dziedziula, uciekają od wszelkich klasycznych schematów. Nie mniejszą inwencją w animacji swojej lalki wykazała się Anna Skubik w monodramie Złamane paznokcie. Rzecz o Marlenie Dietrich (2008), wkraczając też z nim do kolejnego jakby nurtu spektakli opartych na biografiach, który historycznie otworzyła Lidia Zamkow monodramem Urodziła się jak wróbel (1970), posiłkując się pamiętnikami Edith Piaf, i taką drogą poszła Ewa Kurek opowiadając historię ekscytującej tancerki Isadory Duncan Moje życie (1971), czy też Henryk Boukołowski, który przypomniał bohaterską i tragiczną postać prezydenta stolicy w Obronie Warszawy. Słowie o Stefanie Szarzyńskim (1980). Artystycznie przebiła te propozycje Diva w ascetycznej i przez to wstrząsającej interpretacji Wiolety Komar monodramu o fikcyjnej żydowskiej primadonnie Norze Sedler.

Od tej biograficznej szufladki już krok do publicystycznej, gdzie w scenariusze zamieniały się felietony, czy reportaże drukowane w prasie. Z tego tłoku wybrałem dwa absolutnie do przypomnienia: zagrany przez Ryszarda Filipskiego reportaż Jacka Stwory Co jest za tym murem i frontalny atak na medialne brukowce pisarza Heinricha Bölla w brawurowej interpretacji Doroty Stalińskiej – Utracona cześć Katarzyny Blum (1979).

Trochę mniej trafiało się nam artystycznie wartościowych spektakli opartych na folklorze. Tu króluje niezmiennie Wojciech Siemion z Wieżą malowaną (1959), który w dużym stopniu utwierdził Wiesława Gerasa w potrzebie powołania do życia, jak się potem okazało, wielu festiwali tych najmniejszych teatrów. Po Siemionowej Wieży… bez wahania wymieniłbym oparte na wierszach Jerzego Harasimowicza i piękne w swojej skromności Pastorałki polskie Ireny Jun, czy poruszający monodram Krzysztofa Pietrykowskiego Ludzie wywodzący się z góralskich gawęd i wierszy.

Zawsze z wielkim zainteresowaniem czekałem na spektakle artystów, które słowo jako nośnik porozumienia z widzem odrzucili. Oto troje moich wybrańców chcących opowiedzieć tylko ruchem, tańcem i pantomimą: Ewa Wycichowska w choreodramie Cień (1986), Maciej Prusak w mimodramie Akt bez słów I wg Becketta oraz Janusz Stolarski w autorskim, bardzo osobistym Kodzie. Aktorowi największe sukcesy zapewniły jednak monodramy opierające się na literaturze czy filozofii jak choćby Ecce homo wg Nietzsche’go. W Kodzie inspiracją było spotkanie i praca z Ewą Wycichowską, ale pewnie także ważne role zagrane w II Studio Wrocławskim. Bezpośrednim impulsem była suita zatytułowana właśnie Kod.

Ściśle muzyczną podgrupę reprezentują u mnie: Iga Cembrzyńska w Dialogu z sumieniem (1973) z wierszami Cwietajewej w jazzowych aranżacjach, z kolei Joanny w wykonaniu Joanny Gonschorek były wokalnie podanymi własnymi przemyśleniami. Justyna Szafran w Rzecze Budda Chinaski (2009) wyśpiewała słowa Charlesa Bukowskiego, a Bartosz Porczyk w Smyczy (2008) posłużył się m.in. własnym tekstem, który muzycznie oprawił Łukasz Damrych.

Poetycki trend to przynajmniej jedna dziesiąta monodramów. W mojej pamięci najwyższe miejsca zajmują: Bogusław Kierc i jego skonstruowany niezwykle przewrotnie z utworów Adama Mickiewicza Mój trup (2010), Wiesław Komasa w napisanym dla niego przez Mariannę Bocian Odejściu Kaina (1973) oraz wisząca, trzymająca się cały spektakl liny, Elżbieta Fediuk w Mięsie modlitwy (1972) złożonym ze słów Rafała Wojaczka.

Penetrowanie tego zjawiska, jakim był jednoosobowy teatr w całej swojej różnorodności wygenerowało w mojej głowie dość rygorystyczne kryteria, ale ciągle daję się uwieść monodramom, które tych kryteriów nie spełniają. To wszystko przez jedną kobietę – Kalinę!

Sierpień 2016

Krzysztof Kucharski

Leave a Reply