Plus minus średnio?

Koniec i początek roku – tradycyjny czas podsumowań i podejmowanych zobowiązań. Niewiele są warte, ale milo pomyśleć, że może coś dałoby się zrobić lepiej – pisze Tomasz Miłkowski w Trybunie.

Wyznam ze skruchą, że nigdy nie ulegałem podobnym złudzeniom, choć zdarzało mi się, zwłaszcza za młodu, podsumowywać miniony rok, bilansować z zawziętością godną lepszej sprawy. Jako początkujący dziennikarz byłem skłonny liczyć, ile to tekstów udało mi się opublikować w upływającym właśnie roku. I kto wie, jak by się to skończyło, czy nie zacząłbym liczyć liter, które w ciągu dwunastu miesięcy postawiłem, ale rychło zarzuciłem ten ryzykowny proceder. Zorientowałem się, że w ten sposób mógłbym odkryć swoje grafomańskie skłonności. Zawsze pisałem za dużo.

Z wiekiem jednak upodobanie do sumowania jęło się nasilać. Człowiek zawsze szuka jakiegoś racjonalnego jądra w chaotycznym świecie, chociaż biologia robi swoje i wcale nie pyta o zgodę. Pisał Tadeusz Żeleński-Boy w swoich nieśmiertelnych „Słówkach”: „Gdy się człowiek robi starszy, Wszystko w nim po trochu parszywieje; Ceni sobie spokój mity I czeka, aż całkiem wyłysieje.”

No, dobrze, nie czekajmy i spróbujmy wyciągnąć jakąś średnią w czasach, kiedy wszystko zaczęło się mieszać. Bo kabaret staje się polityką, a polityka kabaretem. Sejmowy protest obstrukcyjny coraz bardziej przypomina zły skecz, a przedstawienia teatralne coraz częściej zamieniają się na trybuny polityczne. Czasem dosłownie jak choćby w szekspirowskiej „Miarce za miarkę” w warszawskim Teatrze Dramatycznym, gdzie na scenie wystawiono salę sejmową. A jednak, gdzie by się nie rozejrzeć, to przecież nietrudno dostrzec strony dobre i złe, nie wszystko się sypie, a porządnie zorganizowane instytucje potrafią niejedno przetrwać.

Weźmy taki Wrocław, jedno’ z najgorętszych miast polskich, a to za sprawą kilku co najmniej powodów. To właśnie tutaj rozegrał się przesławny konkurs-nie-konkurs na nowego dyrektora Teatru Polskiego, w którym komisja złożona głównie z przedstawicieli urzędników uznała za zwycięzcę Cezarego Morawskiego. Rozpętało się istne pandemonium. Pomysł bowiem takiego obsadzenia jednego z czołowych teatrów polskich musiał wywołać osłupienie obserwatorów – są przecież granice śmieszności. Z drugiej wszak strony z góry było wiadomo, że protest aktorów skazany jest na niepowodzenie.

Nigdzie bowiem, jak Europa długa i szeroka, nie udało się aktorom podważyć decyzji właścicieli.

Kiedy Komisja dokonywała swego nader wątpliwego wyboru, byłem akurat we Wrocławiu, gdzie odbywało się Europejskie Forum ZASP. Pisałem wtedy w „Trybunie”: „Wszędzie o nominacjach na stanowiska kierownicze decydują albo właściciele, albo politycy, nawet, jeśli czasami zręcznie się to maskuje. Podczas Europejskiego Forum ZASP Olgierd Łukaszewicz zadał pytanie przedstawicielom organizacji związkowych artystów z Austrii, Czech, Niemiec, Szwecji i Węgier o metody wyłaniania dyrektorów teatrów obowiązujące w ich krajach. Okazało się, że wszędzie jest podobnie. To znaczy różnie. Jak w Polsce. Raz tak, raz siak, ale zawsze racja polityków jest na wierzchu. Nadzieja, że uda się odkryć jakiś demokratyczny raj, gdzie władza i artyści potrafią w niemal miłosnej harmonii dochodzić do porozumienia okazała się więc płonna. Zresztą teatr jest tylko do pewnego stopnia instytucją demokratyczną, jako forum myśli, debaty, ekspresji postaw demokracji sprzyja i wspiera ją, ale sam jako instytucja jest organizmem hierarchicznie skonstruowanym. Prawdziwa kwadratura koła.

Tak czy owak, atmosfera sporu, wiece, demonstracje, przemarsz pod Urząd Marszałkowski także z hasłem, wiszącym przez trzy lata na fasadzie warszawskiej siedziby ZASP-u: „Potrzebujemy nowego porozumienia społecznego na rzecz teatrów, oper i filharmonii” podniosły temperaturę obrad w dawnym barze Barbara przy ulicy Świdnickiej, gdzie debatowano nad sposobami ustanowienia skutecznego dialogu społecznego artystów scenicznych i ich pracodawców. Nikt nie miał wątpliwości, że taki dialog jest niezbędny. Dowody „maszerowały za oknem”.

Jak do tej pory z tego dialogu wyszły nici (przynajmniej we Wrocławiu), czyli dziad swoje, baba swoje, ale dla równowagi, żeby było co najmniej średnio, Wrocław stał się miejscem nie tylko największego skandalu personalnego w polskim teatrze, ale i miejscem najbardziej spektakularnego sukcesu polskiej kultury (i teatru). To przecież tutaj biło serce kulturalnej Europy, a Wrocław jako europejska stolica kultury dał świadectwo wielkich umiejętności jako organizator dziesiątków wysokiej klasy zdarzeń, w tym zachwycającej Olimpiady Teatralnej z udziałem najznamienitszych artystów europejskich i polskich [na zdj.: scena z „Maskarady W. Fokina]. Nigdy dość słów, aby nachwalić błyskotliwych twórców programów i równie wydolnych organizatorów tych wspaniałych kulturalnych świąt.

Tak więc, co, średnio? Co najmniej!

I tak ze wszystkim. Weźmy taki film na przykład. W ubiegłym roku polska kinematografia wprowadziła na rynek dwa głośne filmy o ładunku polityczno-historycznym, „Smoleńsk” Antoniego Krauzego i „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego. Ten drugi obraz, myślowo spójny, artystycznie wysokiej klasy, mądry i politycznie wyważony wywołał panikę jurorów gdyńskiego festiwalu filmowego i w rezultacie zginął w odmętach werdyktu końcowego, zaledwie zauważony.

„Smoleńsk” jurorów nie mógł wystraszyć, bo nie był nawet do konkursu dopuszczony. Publiczność jednak nieomylnie na film Smarzowskiego chodziła, dając świadectwo, co wybiera, a lansowany „Smoleńsk”, film pod każdym względem niewydarzony, omijała szerokim łukiem. Gwoli prawdzie trzeba dodać, że „Wołyń” nagrodził, nie bacząc na rozmaite pomruki niezadowolenia, prezes Jacek Kurski. A więc, jak? Średnio.

Albo muzealnictwo. Jak zwykle wielkie dotacje poszły na Muzeum Opatrzności, niepokoiły też zapowiedzi strumienia środków na żołnierzy wyklętych i inne martyrologiczne pamiątki. Ale z drugiej strony nie zabrakło 100 milionów euro na zbiory Czartoryskich. Wprawdzie znaleźli się krytycy, którzy uznali ten wydatek nie tylko za zbędny, ale i świadectwo lizusostwa wobec wyleniałych arystokratów, nie bacząc, że dzięki staraniom ministerstwa jedna z ważniejszych kolekcji sztuki w Polsce przeszła trwale w posiadanie skarbu państwa jako dobro narodowe. Czy się to komuś podoba, czy nie, fakt tego bezprecedensowego kontraktu budzi szacunek. A więc znowu… średnio.

Albo teatr telewizji. Festiwal Dwa Teatry w Sopocie najwyraźniej w ostatnich latach okulał wobec wątłej produkcji nowych spektakli telewizyjnych. I już, już zapowiadało się na cichy pogrzeb, gdy tymczasem w poniedziałkowe dni triumfalnie wrócił do telewizyjnej Jedynki Szekspir we wzorcowych produkcjach BBC (z zachwycającym „Hamletem” na czele), na antenie zaczęły się pokazywać produkcje „Teatroteki”, wspaniałego projektu produkcji teatralnych realizowanych w warszawskiej wytwórni filmowej przy wsparciu ministerstwa kultury, a w ostatnich dniach – uwaga, uwaga! – na Woronicza powołano na nowo redakcję Teatru Telewizji. Na razie to tylko dwie osoby, ale najważniejsze, że redakcja ożyła, dając świadectwo, że idea telewizyjnego teatru ma szanse przyoblekać się w ciało.

Czyli jest średnio? Jak zwykle? A może to tylko złudzenia, przekora albo sposób na przetrwanie, do jakiego przywykliśmy od lat. Człowiek jest dziecięciem swoich czasów, a ja od chłopięctwa byłem przyzwyczajony, że jest jednak średnio. Za moich młodych lat, kiedy drożała szynka, dla równowagi spadała cena lokomotyw. A więc było średnio…

„Plus minus średnio?”
Tomasz Miłkowski
Dziennik Trybuna nr 3/5
04-01-2017

Leave a Reply