DEBIUTY: Za każdą trumną idzie Zofia

O krótkiej pamięci widzów, zaufaniu do młodych twórców, życiu Zofii i pytaniu: czy to życie zmarnowane, czy przeżyte z sensem, tuż po spektaklu z MAŁGORZATĄ PIEŃKOWSKĄ rozmawia debiutująca w „Yoricku” KLAUDIA PEPLIŃSKA.

Klaudia Peplińska: Po dwudziestu ośmiu latach pracy w teatrze zdecydowała się Pani na monodram. Nigdy wcześniej nie pojawiła się taka myśl?

Małgorzata Pieńkowska: Nie, nigdy o tym nie myślałam. W tym zawodzie jest jednak tak, że aktora odbiera się przez pryzmat tego, co aktualnie robi. Ja zaczęłam grać w serialu i teraz mało kto pamięta moje role w teatrze telewizji, a było ich naprawdę sporo. To często były główne role, grane w towarzystwie najlepszych aktorów. Przez to, że oglądalność serialu jest tak duża, przyćmił on wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Bo gdy widownię w teatrze może wypełnić dwustu widzów, odcinek serialu ogląda sześciomilionowa publiczność. I nie zmieniłoby się to nawet wtedy, gdybym grała trzy spektakle dziennie. To jest właśnie przewaga telewizji. I poniekąd z tego powodu zdecydowałam się rozpocząć pracę nad Zofią – aby zrobić coś innego, uciec z szufladek, w których publiczność tak chętnie mnie zamyka.

K.P.: Oddała się Pani w ręce bardzo młodego reżysera. Zaufała Pani młodości?

M.P.: Beniamin Bukowski to rzeczywiście młody, bardzo mądry człowiek. Zresztą prawie cały zespół taki jest, autorka sztuki Anna Wakulik ma przecież 28 lat. Kiedy dyrektor Narodowego Centrum Kultury zaproponował mi stworzenie monodramu, rozpoczęłam poszukiwania zespołu. Od początku wiedziałam, że przy pracy nad tekstem Zofii – tekstem trudnym, mądrym, delikatnym, wymagającym wiele nie tylko od aktora, ale również reżysera, będę potrzebować kogoś, kto pochyli się nad moją rolą, polubi współpracę ze mną. I taki właśnie okazał się Beniamin Bukowski.

K.P.: To reżyser, który daje aktorowi dużo wolności?

M.P.: Oczywiście. Dla mnie wolność w konstruowaniu postaci jest niezwykle ważna. Zresztą, wszyscy reżyserzy, z którymi miałam okazję pracować m.in. Tomasz Zygadło, Kazimierz Dejmek, szli za swoimi aktorami. Mnie bardzo peszy postawa tresury, nie lubię tak współpracować. Bo czy coś takiego można w ogóle nazwać współpracą? Chyba nie.

K.P.: W piątek zagrała Pani w Nysie, dziś już w Toruniu. Lubi Pani grać tak często, dzień po dniu, kilka razy dziennie – jak w maratonie?

M.P.: Granie przedstawienia po przedstawieniu sprawia, że za każdym razem zaczynam to robić trochę inaczej. Towarzyszy mi wtedy taka wewnętrzna chęć zmian. To dlatego nigdy nie ma dwóch takich samych spektakli. Bardzo to lubię.

K.P.: O czym według Pani jest Zofia?

M.P.: To uniwersalna opowieść, nie tylko o matce porucznika Jana Rodowicza, ale rodzinach wszystkich bohaterów, którzy zostawiają matki, żony, siostry, kochanki, przyjaciółki, a one po ich śmierci nie rozpoczynają już nowego życia. Za bohaterem idzie trumna, smutek, a za nimi idzie matka.

K.P.: O bohaterze mówi się wiele, uczucia matki można zlekceważyć – tak jak robi to konferansjer podczas konferencji w Sztokholmie: kieruje do niej ciąg chłodno wypowiadanych pytań, aby na koniec zaprosić wszystkich na poczęstunek.

M.P.: Zofia jest na swój sposób stracona. Piękne jest to jej pojednanie z Bogiem, ale ona się poddaje. Tylko fizycznie chodzi po świecie. A czy to jest jeszcze życie, kiedy emocjonalnie jej nie ma? Myślę, że strata, która jest głównym tematem przedstawienia, a zatem tematem bardzo uniwersalnym, sprawia, że spektakl nigdy nie straci na swojej aktualności. Każdy przecież kogoś w życiu traci – tak jak dziecko, które traci swoją zabawkę, o ile tylko ją, bo już wtedy może stracić coś znacznie cenniejszego.

K.P.: Tekst sztuki ma swój rytm. W momentach, w których Zofia dowiaduje się o śmierci synów i męża, do widza trzykrotnie powraca ten sam refren: „Prawa noga, lewa noga, wyprostuj się…”. W spektaklu gra też muzyka Aleksandry Goetzen – pomaga Pani wejść w konkretne emocje?

M.P.: Myślę, że raczej odciąża widza. Dobrze pamiętam pierwsze próby, kiedy muzyka mnie jeszcze zwodziła, starałam się iść za nią i okazało się, że to nie do końca dobre rozwiązanie. Ja muszę iść swoim tempem, a muzyka własnym, nie mogę sobie pozwolić na to, aby się w nią wsłuchiwać. To raczej oddech dla widza, bo spektakl nie jest łatwy – jest trudny, emocjonalny. Muzyka daje widzowi przestrzeń, a Zofia pozostawia go z pytaniem: czy jej życie to życie zmarnowane, czy jednak przeżyte z sensem.

Rozmawiała: Klaudia Peplińska

[Tekst ukazał się po raz pierwszy w Informatorze festiwalu teatrów jednego aktora w Toruniu]

Leave a Reply