WATOGODZINA

Wedle internetowej encyklopedii WIEM watogodzina, Wh, to „jednostka energii elektrycznej (pozaukładowa) stosowana w technice. Równoważna jest energii zużytej przez układ o mocy 1 wata działający nieprzerwanie w czasie 1 godz. 1Wh = 3600 J”. Tytuł spektaklu Piotra Lachmanna niewiele z tą definicją ma wspólnego.

Ta pełna bólu, pasji i gorączkowych obrazów „Watogodzina” trwa znacznie dłużej niż zegarowa godzina, ale nie chodzi tu o czas odmierzany zegarkiem, ale godzinę próby, czyli ten moment w życiu, kiedy waży się los, kiedy nastaje „godzina” w Mickiewiczowskim sensie (miłości, rozpaczy, przestrogi). Aleksander Wat u kresu życia (Stanisław Banasiuk) zmaga się z trawiącymi go bólami fantomowymi, wraca do lat swej burzliwej futurystycznej młodości (Mateusz Banasiuk jako młody Wat) i pełnego tajemnic wiersza „Ja z jednej i ja z drugiej strony mego mopsożelaznego piecyka”, konfrontuje ze wspomnieniami ukochanej żony Oli Watowej (Jolanta Lothe), publicystyką rozszyfrowującą satrapię Stalina (Jarosław Boberek) przy wtórze niepokojącej muzyki Daniela Pigońskiego, śpiewu Olgi Mysłowskiej i obrazów Piotra Lachmanna.

Zgodnie z poetyką Videoteatru Poza nie ma tu mowy o tradycyjnie rozumianej akcji, dramaturgicznym węźle i prostym wynikaniu przyczynowo-skutkowym. Jest raczej obrazów obcowanie, w których podwajany i rozdwajany obraz młodego Wata spotyka się z budowniczym grobu, obrazem polskiego cmentarza w Montmorency, rozdwaja w dziwnym dialogu między tym, co na ekranach, a tym, co na żywo, czasem nawet z przenikaniem się tych rzeczywistości, kiedy stary Wat przemawia jednocześnie z ekranu i prowadzi wywód przed nami.

Od samego początku – tuż po wstępie, jak w tradycyjnym teatru, kiedy aktor zapowiadacz uprzedza, co się zdarzy i przedstawia wykonawców, Stanisław Banasiuk leży na obrotowym stole niczym na katafalku i wiedzie nierówną walkę ze swoim cierpiącym ciałem. Walczy ze swoją skórą – kiedy akcentuje zmagania z bólem, zaśpiewem nawiązując do Beckettowskich zwierzeń Krappa („skóra” pobrzmiewa jak przesławna „szpuuula” Tadeusza Łomnickiego). Od początku zatem wiemy, że to godzina rozpaczy.

Wartym odnotowania zaskoczeniem jest zacytowany w spektaklu wiersz Gałczyńskiego napisany po śmierci Stalina. Wbrew oczywistemu oczekiwaniu, że będzie temu towarzyszył komentarz pełen potępienia, Wat podkreśla walory poetyckie tego podniosłego wiersza na śmierć wodza niczym tren na pożegnanie wielkiego króla. Boberek interpretuje wiersz bez prześmiewczych intencji, dzięki czemu uzmysławia jego kunsztowność i poetycką maestrię, niejako niezależne od adresata. To jeden z najbardziej poruszających momentów „Watogodziny”, gdzie przenikliwość eseisty i taksatora wartości poetyckiej wyprzedza temperament publicysty. To godzina przestrogi.

Pod koniec spektaklu wracają fantomy, na plan pierwszy wybija się znów ciało, jak w obrzędach dionizyjskich – w wierszu „Inwokacja” Stanisław Banasiuk prowadzi suchy lament nad bólem, który otępia, ale i daje nadzieję. W liście, który poeta pisze przed samobójczą śmiercią, cytowanym przez Olę Watową prosi, aby poniechać rozpaczy – śmierć jest dla niego bramą wolności. To godzina miłości.

Mocny, gęsty od emocji i konfesyjnego nastroju spektakl, tworzący aurę artysty i człowieka dziś zapoznanego, który swoje życie poświęcił zgłębieniu wiedzy o świecie, nękanym przez zbrodnie i trujące ideologie. Po filmie Roberta Glińskiego („Wszystko, co najważniejsze”, 1992) to drugi ważny zwrot w stronę tego doświadczanego przez ból artysty, kto wie, czy nie z bólu wywodzącego swe najczystsze myśli i niepokojące strofy.

Tomasz Miłkowski

WATOGODZINA na podstawie tekstów Aleksandra Wata i Oli Watowej, scenariusz, obrazy i reżyseria Piotr Lachmann, muzyka Daniel Pigoński, śpiew Olga Mysłowska, Lothe Lachmann Videoteatr Poza, 5 listopada 2016

Leave a Reply