Reżyser wyobraźni

Andrzej Wajda był nie tylko wybitnym reżyserem filmowym i teatralnym. W równej mierze był niezwykle wyczulonym na zapach czasu reżyserem zbiorowej wyobraźni.

Kiedy zmarł kilka dni temu, zewsząd, z kraju i z zagranicy posypały się kondolencje i wspomnienia, w których często można było spotkać takie słowa jak mistrz, geniusz, autor arcydzieł. O zmarłych tylko dobrze, ale tym razem ton tych wypowiedzi wydaje się czystszy niż zwykle. Nawet jego krytycy, polemiści, często polityczni przeciwnicy potrafią wznieść się ponad dawne urazy i piszą z uznaniem o jego dokonaniach. Jak nie w Polsce.

Nie zawsze tak było. Niekiedy jego filmy budziły gwałtowne polemiki jak po premierze „Lotnej” (1959), czasem restrykcje władz, szykany cenzury, choć zawsze znajdował się ktoś odpowiednio wysoko postawiony, kto zapalał zielone światło. Światli politycy zbyt cenili jego twórczość, aby niezadowolenie z wymowy jakiegoś filmu miało skazywać go na banicję. Niezadowolonych jednak zawsze było sporo, choćby za sprawą interpretacji nieodległej historii w „Człowieku z marmuru” (1976). Artysta spotykał się także z wyraźnymi oznakami niechęci środowisk prawicowych, posądzających go o nadmierną uległość czerwonym — tak było po „Popiele i diamencie” (1958) i odbijało się echem przez długie lata, albo zarzucających mu obcość wobec narodowych świętości, jak pisali po „Katyniu” (2007) pisali krewcy recenzenci spod znaków narodowych. Tak czy owak, Wajda nie należał do artystów „łatwych do przełknięcia”, sam nawet ulegał pokusie korekt cenzorskich we własnych filmach, o czym świadczy jego ingerencja we własne arcydzieło „Ziemię obiecaną” (1974) w wersji DVD, z której usunął najbardziej drastyczną scenę erotyczną między Lucy Zukerową (Kalina Jędrusik) i Karolem Borowieckim (Daniel Olbrychski).

Wajda był rzecz jasna reżyserem świetnym, obdarzonym wrażliwością malarza (dość przypomnieć „Brzezinę”, 1970, z charyzmatycznymi rolami Olgierda Lukaszewicza i Daniela Olbrychskiego na tle wysmakowanych pejzaży mazowieckich) i rzadką umiejętnością idealnego doboru obsady (co, jak twierdzą znawcy kinematografii stanowi o połowie sukcesu filmu). Te umiejętności owocowały dziełami, które tak chętnie oglądaliśmy, z którymi rosły kolejne pokolenia. Jakiż to szał wśród licealistów wzbudziły „Popioły” (1965), które tę polonistyczną piłę przemieniały w porywający obraz dorastania uczuciowego, obywatelskiego, moralnego, budząc zachwyt dla dzikiej natury (Tatry) i piękna prawdziwej przyjaźni. Miłośnicy tego filmu zapamiętywali kadr po kadrze, zatrzymywali w wyobraźni wspaniałe parady pędzących koni i tajemnicze rytuały masońskie. W Bogusławie Kiercu, ekranowym Krzysztofie Cedro, walczącym pod Saragossą, kochało się wówczas tysiące dziewczyn.

Podobnie znaczące sukcesy jak w kinie odnosił Wajda w teatrze. Dość wspomnieć o spektaklu „Sprawa Dantona” (1975) wedle Stanisławy Przybyszewskiej, którą z nerwem politycznym wystawił na otwarcie warszawskiego Teatru Powszechnego na zamówienie ówczesnego dyrektora Zygmunta Hübnera. „Sala teatru — pisał po premierze Michał Misiorny — widownia wraz ze sceną, zamienione zostały w miejsce akcji. Jest to konwent rewolucyjny, jest to sala posiedzeń trybunału, jest to także paryska ulica i wreszcie jest to pomieszczenie, gdzie obraduje rząd. Publiczność — to jakby deputowani, którym nie zapewniono zbyt dobrych, wysokich ław: wyciąga się głowy, by łowić strzępki historii. Kto je dostrzega, zastanawia się, czy Robespierre — będąc ideowcem, rozumiejącym prawa konieczności, był zarazem tak „technicznym” graczem, i czy Danton był w istocie tak jednoznacznie negatywnym typem”. Reżyser postawił pytanie trudne do rozstrzygnięcia: o granice oportunizmu i granice radykalizmu, było więc o czym myśleć.

Wajda potrafił bowiem nie tylko wspaniale malować, frapująco opowiadać historie, ale posiadał dar dla artysty najcenniejszy a rzadki – umiał wyczuwać nastrój chwili, miał odwagę stawiać pytania, których jeszcze nikt nie postawił, a nawet próbował odpowiadać na pytania, które miały zostać dopiero zadane w przyszłości. Ten związek wyczulenia na społeczne nastroje z pewną dozą profetyzmu dawało jego najważniejszym filmom i spektaklom wybuchową siłę, budziło niekłamaną ekscytację widzów. Ale i kłopoty z krytyką…

Zaczęły się w zasadzie od samego początku, od filmu „Kanał” (1957) wg scenariusza Jerzego Stefana Stawińskiego, film rozliczeniowy, ukazujący tragizm powstania warszawskiego i zagubienie jego psychicznie złamanych uczestników. Początkowo film, mimo że ukazywał powstańców rzadko goszczących na ekranie (a więc samo podjęcie tematu było już jakąś zasługą), przyjęto chłodno, z rozczarowaniem, że reżyser nie głosi chwały czynu powstańczego. Ton krytyki nieco osłabł po nagrodzie specjalnej na festiwalu w Cannes, ale – jak widać – „Kanał” nie pasował do odświętnej wizji historii, gloryfikującej przeszłość. Z tej perspektywy patrząc, film i jego twórcy okazali się mądrzejsi od polityków i usłużnych historyków, którzy do dziś nie potrafią stawić czoła rzeczywistej wersji powstania warszawskiego.

Jeszcze większe cięgi spotkały Wajdę (i Andrzejewskiego) za „Popiół i diament”, pierwsze arcydzieło reżysera, które do dzisiaj budzi żywe emocje. Wprawdzie oficjalne czynniki w latach 50. bardzo wspierały powieść Andrzejewskiego, a także, choć nieco mniej wyraźnie, film Wajdy, to tzw. drugi obieg traktował zarówno literacką podstawę, jak i film jako dzieła szkodliwe. Krytycy posuwali się nawet do stwierdzeń, że to film… zbyt dobry i dlatego tak niebezpieczny, bo, jak pisał Andrzej Werner „(dzięki kondensacji niezwykle ekspresywnej formy), dokonano zabiegu, który można by nazwać stworzeniem fałszywego klimatu tragicznego”. Nie udało się jednak nawet Herbertowi i Mrożkowi pospołu, unieważnić tego filmu i wielkiej kreacji Zbigniewa Cybulskiego, który dzięki temu obrazowi stał się bohaterem narodowym. Nawiasem mówiąc, to jeszcze jedna cecha ręki reżyserskiej Wajdy: odkrywanie wielkich talentów aktorów, którzy dzięki niemu uzyskiwali status niekwestionowanych gwiazd. Tak stało się po „Człowieku z marmuru”, po którym debiutująca w roli dziennikarki Krystyna Jandy stała się z dnia na dzień aktorką rozpoznawalną i poszukiwaną przez reżyserów.

„Człowiek z marmuru” (1976) to osobna historia zmagań Wajdy z krytyką, a także cenzurą i – tym razem – nieprzychylną częścią aparatu partyjnego. Co by nie powiedzieć, Wajda, jak zwykle przeczuł nadciągające zmiany polityczne, a rozliczenie z okresem stalinizmu i stachanowskiego współzawodnictwa pracy, było także jego osobistym rozliczeniem z rolą, jaką odgrywał za swych młodych lat.

Podobne opowieści można by snuć niemal o każdym obrazie Wajdy. Bo nawet wtedy, kiedy nie rodziły jakichś następstw politycznych czy wielkich sporów, to boleśnie dotykały sytuacji – tak było nieoczekiwanie w „Zemście” (2002) wedle Fredry, w której za sprawą wspaniałej kreacji Romana Polańskiego ekranowa wersja tej arcykomedii polskiej stawała się opowieścią o żałosnym losie polskiej inteligencji, Czytano to w kontekście zachodzących zmian w nowym szczęśliwym świecie po roku 1989.

W tym schyłkowym okresie twórczości wystawiał Wajda w Starym Teatrze „Makbeta” (2004). „Makbet” mógłby kończyć się krzepiącym zwycięstwem dobrego władcy, powrotem do upragnionej harmonii przy dźwiękach pieśni. Tak jednak się nie działo. U Wajdy Makbet mężnie stawiał czoła karze, wiedząc, że ramię sprawiedliwości nie jest takie sprawiedliwe i koło historii potoczy się dalej — stosy trupów walających się w foliowych workach po scenie i powrót do początku akcji w ostatnim obrazie spektaklu Wajdy potwierdzał tę diagnozę: nie będzie lepiej.

Bolesna to i przenikliwa przestroga starego mistrza – organizatora wyobraźni. „Artysta — pisał Norwid — jest organizatorem wyobraźni narodowej”. Ten właśnie ideał ucieleśniał Andrzej Wajda.

„Nie myślałem, że Jego odejście tak mną wstrząśnie… – napisał Janusz Kijowski. – Śmierć 90-letniego Artysty — wydawać by się mogło — dla nikogo nie powinna być zaskoczeniem. A jednak. Z Nim żyło się mądrzej i łatwiej, bo był punktem odniesienia na tej naszej pogniecionej mapie artystycznej. Był Mistrz, Przewodnik, Nauczyciel… To dzięki Niemu, mogłem kręcić swoje filmy. Po zatrzymaniu przez cenzurę mojego debiutu INDEKS, przyjechał do łódzkiej Filmówki i zażądał pokazu dyplomowego. Potem, nieproszony, wziął udział w obradach Rady Wydziału i powiedział, że jak nie postawią mi na dyplomie „piątki” – to będzie skandal. I zaprosił mnie, 28-letniego gnojka, do swojego Zespołu X. To było marzenie wszystkich filmowców… Żegnaj Mistrzu!”.

Tomasz Miłkowski

Szkic opublikowany w „Dzienniku Trybuna” 14 października 2016

Leave a Reply