Bo ja na aktorkę za normalna jeeeessssssstttteeeeemmmmmmm………..

XXI lubelskie Konfrontacje Teatralne, 11 października 2016 – dzień siódmy (teatralny) relacjonuje Anna Rzepa-Wertmann

Hasła – klucze: Wnętrze, Siła, Wyobraźnia, Osobowość. Receptura hitu teatralnego: weź pustą scenę, czwórkę aktorów, świetny tekst, zamieszaj chemią i widzami, i śmiej się do rozpuku!

Cały zamysł tego spektaklu jest tak banalny, że aż piękny w swej prostocie. Scena potraktowana jako sala prób; ascetycznie pusta, z powietrzem nasyconym energią i inwencją. Czwórka ludzi siedząca na podłodze; cisi, hermetyczni, skupieni. Za chwilę zaczną pracę z ciałem i motoryką, potem przyjdzie kolej na etiudy, zwyczajowe aktorskie ćwiczenie wyobraźni. Tyle że ludzie w sali prób nie są aktorami. Oni ich tylko zastępują, biorąc udział w (jednym z modnych obecnie) eksperymentalnym programie teatralnym, mającym pomóc im pracować z ciałem i emocjami, wydobyć ich „wewnętrzne Ja”.

Kasia, lat 21, przyjechała z Legnicy i zastępuje pana Adama Woronicza; no bo on bierze udział w bardzo ważnym projekcie teatralnym, jest taki skromny. Ona widziała „Popiełuszkę. Wolność jest w nas” trzy razy i pan Adam to on jest taki WOW…! (cokolwiek by to miało znaczyć?!)

Łodzianka Monika ma lat 24, pełna tupetu i dynamizmu, no tylko „trochę nie halo” się czuje. Przydzielono jej do „przećwiczenia” postać Rafała Maćkowiaka, tyle, że on ma z gościem problem. Wygooglała go, ale zupełnie go nie kojarzy, widział go ktoś w czymś? Bo jak dla niej to jakiś takiś za przylizany, zbyt metroseksualny, zupełnie nie łapie z nim więzi – no a więź w aktorstwie to podstawa!

Janek, lat chyba 19, dostał postać Marii Maj. Jak on ją „wylukał na necie” to wie, która to jest. Jak nie patrzy na zdjęcie w Google Grafika – an be, ani me… Czy ona ma kotka, czy jest fajna? Chyba gra matki i takie tam wieśniaczki.

No i jest jeszcze Ewelina: szczupły, gibki, piękny tycjanowski rudzielec lat 24. Ona jedyna z całej czwórki ma ściśle sklarowane poglądy na życie, profesję i przyszłość. Chce być aktorką, koniecznie tak doskonałą i perfekcyjną jak Magdalena Cielecka. No i kocha dzieci, chce mieć dużą gromadkę – tylko na razie nie ma jak i czasu brak, bowiem tak ją to aktorstwo wkręca…!

No i to by był w telegraficznym skrócie script projektu zwanego „Ewelina płacze”. Tekstu napisanego przez dokumentalistkę, scenarzystkę i reżyserkę Annę Karasińską; choć nie ona jedna jest matką tego sukcesu scenicznego. Na równi z jej pomysłem ważne były improwizacje aktorek i pedagogów teatru związanych ze Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej – Bogny Gronieckiej, Moniki Kłobukowskiej, Katarzyny Obidzińskiej, Karoliny Płanik, Beaty Terech – oraz rozmowy i wywiady z członkami grupy HURRAGRAM i młodzieżą z grup teatralnych działających w SCEK.* Nie bez znaczenia było także to, że za realizację (celowo nie używam terminu reżyserię, nie jest bowiem adekwatny) całego projektu wzięła się Reżyserka, która na szczęście widza i aktora jest także (może przede wszystkim?!) Dokumentalistką. Tekst nasycił się szczerością, uważnością, dbałością o szczegóły, nadaniem znaczenia drobnym gestom i minom. Na równi z doskonałą dykcją i czytelnością; Gosh, jak mnie to cieszy w tym spektaklu, jak ja za tym tęsknię, jakże mi tego brak!). Niesamowitą wprost gibkością i plastyką – wszyscy czworo cudownie traktują swoje ciała i twarze jak instrumenty, słowa ról jak partytury. Ról? Bardziej odpowiednie byłoby chyba określenie impro-tekstów. Anna Karasińska, konstruując „Ewelinę…”, stworzyła teatralną hybrydę: świeżą, odżywczą, zabawną, przy tym mocno ironiczną, dającą do myślenia, czasem prowokującą do dyskusji. Tak jest z tym spektaklem, iż tutaj najważniejsze wnioski i spostrzeżenia padają mimochodem, ot tak, gdzieś na marginesie… Zasię cała czwórka protagonistów – Adam Woronowicz, Rafał Maćkowiak, Maria Maj i rewelacyjna debiutantka Ewelina Pankowska – debatują o nader delikatnej materii. Byciu aktorem i pozostaniu przy tym Człowiekiem. Stawaniu się inną osobą, wchodzeniu w obcą skórę, kreowaniu siebie: wadach, zaletach, kosztach i skutkach tego procesu. „Zdejmowaniu kostiumu” i rozdzielności Sceny od Życia. Granicy, do której można bezpiecznie „wniknąć w kostium” bohatera scenicznego. Oraz o tej, której nikt, tym bardziej fanom i papparazzi nie wolno przekraczać!

Wielki Satchmo zwykł był mawiać:

Porządna improwizacja jazzowa ma być lekka, unosić i uskrzydlać. Najpierw jednak musi być okupiona potem, łzami i krwią, podprawiona solidnie porządnym warsztatem jak gumbo czerwonym winem w ulubionej knajpce w Baton Rouge…”

W wypadku „Ewelina płacze” Anny Karasińskiej jest wszystko, co trzeba, w dodatku w idealnych proporcjach – i o to chodzi! Zaś co do wina – cały ten spektakl jest jak lampka ulubionego Rojo do szklanki gorącego parującego goździkiem i imbirem chemexu spod dłoni przyjaciela – baristy, oczywiście w ukochanej kawiarni….!

Karasińska, współpraca dramaturgiczna Magdalena a,

AUTONOMIA-INSTYTUCJA-DEMOKRACJA, prezentacja 11 października 2016.

Przy pisaniu tekstu wykorzystane zostały improwizacje: Bogny Gronieckiej, Moniki Kłobukowskiej, Katarzyny Obidzińskiej, Karoliny Płanik, Beaty Terech.
Autorka projektu przeprowadziła również wywiady z członkami grupy HURRAGRAM i młodzieżą z grupy teatralnej w SCEK-u.

*http://www.scek.pl/dla-mlodziezy/warsztaty-teatralne, http://www.scek.pl/projekty/scena-mlodych, http://nok.nowydwormaz.pl/z13,hurragram-realizuj-marzenia-o-aktorstwie.html

Leave a Reply