Życie uchodzi jak bąk

Tomasz Milkowski poleca Ceremonie zimowe Hanocha Levina w reżyserii Adama Sajnuka w Teatrze WarSawy:

Hanoch Levin kochał paradoksy, mieszaninę wzniosłości i trywialności, która pozwalała wydobyć niezbyt krzepiącą prawdę, że człowiek to marność nad marnościami. Zagłuszał tę pesymistyczną diagnozę wybuchami sprzecznych uczuć, czarnego humoru, logiki podszytej absurdem. Tak też jest i w tej burlesce. Rodzinę sposobiącą się do ślubu córki zaskakuje nagła śmierć bliskiej krewnej. Aby wesele się odbyło w zaplanowanym terminie, nie mogą przyjąć tego zgonu do wiadomości. Unikają kontaktu z siostrzeńcem, który w środku nocy łomoce do drzwi. Dzień ślubu ma być zwieńczeniem całego życia rodziców i teściowej, nie mówiąc o szczęściu młodych. Szukają więc sposobu uniknięcia pogrzebu. A przy okazji demaskują się, odsłaniają wewnętrzną pustkę i pospolitość dążeń. Pisarz nie bawi się w subtelności, aby ukazać świat strasznych drobnomieszczan, a mimo to tli się na dnie tej opowieści jakieś ciepłe współczucie dla przegranych.

Na tych cienkich nitkach Adam Sajnuk rozpiął swoją adaptację burleski Levina. Pewne akcenty wyostrzył, nadając teściowej (świetna rola Anny Moskal) rysy damy z magla miotającej na prawo i lewo wyzwiskami, pewne wątki usunął, rezygnując z pobocznych postaci, a jeszcze inne połączył – z wielu epizodycznych postaci drugiego planu, którego zakłócają rytm opowieści, złożył jednego wielopostaciowego Anioła Śmierci. W tej roli błyszczy Rafał Rutkowski, zbierający za swoje monologi brawa przy otwartej kurtynie. Niczego zresztą nie brakuje pozostałym wykonawcom – Sajnuk doskonale nakręcił ten mechanizm, w którym absurd, urojenie, zderzają się z przyziemnością. Świetnie służą spektaklowi rytmy narzucone muzyką Michała Lamży, inspirowaną motywami klezmerskimi – opowieść staje się zawadiacka, grupa przyszłych weselników zachowuje się niczym ludzka kupa (jak u Gombrowicza), jedno zbiorowe ciało owładnięte wspólnym celem. Wiadomo, trzeba uciec przed nieszczęsnym, upartym siostrzeńcem (Adam Krawczuk) i zakończyć ucieczkę weselem, a nie pogrzebem.

Nie brakuje w utworze Levina grubych konceptów – od Anioła Śmierci dowiadujemy się, że dusza uchodzi z człowieka wraz z bąkami i dość je powypuszczać, aby mieć ten świat z głowy. Zapanować nad tym żywiołem wcale nie tak łatwo, ale z udziałem zaprawionych w bojach komediantów w Montowni, których wspierała jak zawsze pełna energii Iza Dąbrowska (ciocia Szracja) u boku safandułowatego męża (Maciej Wierzbicki) i utalentowana aktorska młodzież (Justyna Kowalska i Henryk Simon), udało się to w pełni. Idealnie przylegała do opowieści scenografia, zwłaszcza ścianka wspinaczkowa, na której rozmieszczono nieco domowych stołeczków i okien, ułatwiających bohaterom podróż do… Tybetu albo, jak chce reżyser, w Himalaje głupoty.

Powstało przedstawienia nieodparcie zabawne, choć tak naprawdę bolesne w diagnozie. Połączenie karnawału z postem, ślubu z pogrzebem okazało się dobrze dobranym kluczem do dramatu Levina.

Tomasz Miłkowski

CEREMONIE ZIMOWE Hanocha Levina, tłum. Agnieszka Olek, reż. Adam Sajnuk, scenografia Katarzyna Adamczyk, muz. Michał Lamża, koprodukcja Teatru Montownia i Teatr WarSawy, premiera 3 września

Rozszerzona wersja recenzji zamieszczonej w „Przeglądzie” 2016 nr 38

[fot. Kasia Chmura/ Teatr WarSawy]

Leave a Reply