Brecht w zamrażarce

60. rocznica śmierci Bertolta Brechta, która minęła w sierpniu, przeszła bez mała niezauważalnie.

Gdyby nie premiera „Songu o BrechcieDuśki Markowskiej-Resich, przygotowanego staraniem Fundacji na Rzecz Rozwoju Inicjatyw Społecznych Perspektywy, w zasadzie panowałoby milczenie. Za ich sprawą powstał bardzo solidny spektakl, oparty na biografii artysty, oprawiony songami w wykonaniu Katarzyny Zawiślak-Dolny. Ciężar spektaklu niósł jednak Mirosław Zbrojewicz i wywiązał się z podjętego zadania znakomicie.

A jednak premierę przyjęto dość chłodno. Publiczność zgromadzona w Teatrze Kamienica nie bardzo wiedziała, jak się zachować. W końcu sztuka biograficzna o komuniście, który nie został potępiony, budzi obawy. Wszędzie wokół żołnierze wyklęci, domagający się zadośćuczynienia, hasła wykrzykiwane w stronę morderców i fałszerzy historii, a tu najspokojniej w świecie snuje się opowieści o człowieku, który cudem wywinął się spod opieki senatora Josepha McCarthy’ego i jego przesławnej Komisji do spraw Działalności Antyamerykańskiej. Czasy są takie, że maluśko, a McCarthy’emu ktoś w Warszawie wystawi pomnik w podzięce za polityczną przenikliwość w walce z komuną, a George Clooney, reżyser filmu „Good Night and Good Luck” krytykującego działania senatora, okrzyknięty zostanie pożytecznym idiotą.

Tak czy owak, pewne skrępowanie, które widać było w zachowaniu części publiczności, przypominało mi pewną premierę sprzed lat, tuż po zmianie warty ustrojowej, kiedy to w Teatrze Polskim w Warszawie Kazimierz Dejmek wystawił „Ubu Królem” (1991). Groteska Alfreda Jarry’ego, jak wiadomo, niewiele ma wspólnego z polskimi realiami, choć toczy się „w Polsce, czyli nigdzie”, ale dość było tych wątłych fundamentów, aby aluzyjnie rozpoznać w chłopku-roztropku, władcy niezbyt rozgarniętym a nieszczególnie pojętnym, czyli niejakim Ubu portret wprawdzie krzywy, ale jednak dziwnie przypominający pewnego faceta, który przeskoczył przez płot i usadowił się na najważniejszym stolcu w państwie polskim. Publiczność siedziała zahipnotyzowana, jak dziś pamiętam, wbita w fotel, na wdechu, a była to elita ówczesnej nowej zmiany parlamentarnej, która niosła kaganiec kapitalistycznej wolności, i nie wiedziała, jak się zachować. Czy wypada się śmiać, czy nie wypada? Czy trzeba wyjść z przedstawienia, czy lepiej zostać, żeby nie wyjść na buraka… Pilnie to obserwował z loży Szyfmana sam Kazimierz Dejmek i chyba miał niezłe używanie.

Podobne pełne lęku wejrzenia można było dostrzec pod koniec premiery „Songu o Brechcie”, bo nie było wiadomo, czy może się to podobać, czy nie. I co mianowicie z tego wyniknie, jakie konsekwencje? Tak więc, jak widać niedobra to pogoda, aby Brechta stawiać na cokoły i podążać jego śladami, skoro pora na raczej na odwet. Jak pisał dobry batiuszka Stalin, walka klasowa zaostrza się wraz z postępami budownictwa socjalistycznego. Zmieniając nieco wektory wartości, można rzec, że walka o rząd dusz zaostrza się wraz z postępami budownictwa kapitalistycznego…

Ale żarty na bok. Bo trochę sobie pofolgowałem. Bertolt Brecht jak świat długi i szeroki pozostaje jednym z filarów teatralnego myślenia. Najlepszy dowód, że Eric Bentley, nestor anglosaskiej krytyki (dochodzi właśnie setnego roku życia) swoją sławę i autorytet ufundował na Brechcie. Bentley, człowiek obdarzony wieloma talentami, nie tylko krytyk, ale również tłumacz, eseista, aktor i pieśniarz przełożył wiele dziel Brechta, wystawiał na scenie jego songi i sam je wykonywał, osiągając nie lada mistrzostwo. Warto dodać, że otrzymywał za ten swój imponujący (nie tylko Brechtowski) dorobek najbardziej prestiżowe nagrody, m.in. Thalia Prize (2006). Słowem, to od Brechta prowadzi jedna z dróg ku nowoczesnemu aktorstwu, ku awangardowemu teatrowi politycznemu, ku teatrowi, który wcale nie chce udawać, że nie jest teatrem, przeciwnie, demonstruje swoją teatralność, aby razem z widownią stawiać pytania i dociekać prawdy. Brecht wciąż kieruje nas w centrum dyskusji o kształcie współczesnego teatru. I nawet jeśli czasem kogoś irytuje albo zniechęca uproszczeniami, pomijać go nie sposób. Dobrze to wie polski teatr, w którym co najmniej kilka fundamentalnych dzieł niemieckiego dramaturga zagnieździło się na dobre, by tylko wspomnieć o „Karierze Artura Ui”, „Matce Courage” i nieśmiertelnej „Operze za trzy grosze”.

Ale i sam Brecht fascynuje, jego skomplikowany życiorys, pełen dramatycznych zwrotów i nieoczekiwanych wyborów życiowych. Największą bodaj sławę zyskał portret artysty w dramacie Christophera Hampotona „Opowieści Hollywoodu”, w którym w postać sławnego pisarza wcielał się Henryk Bista. Odmalowany tam został jako złośliwiec, człowiek wiecznie niezadowolony i niecierpliwy. Nie miał jednak w Ameryce specjalnych powodów do zadowolenia, Zmuszony do emigracji po dojściu Hitlera do władzy, daremnie poszukiwał w Ameryce szansy uprawiania zawodu i rozwijania talentu. Nikt go tam wtedy ani po wojnie nie potrzebował. Zresztą to było charakterystyczne: Brecht wciąż nie pasował. Nawet ojcu, który prosił go, aby nie kalał nazwiska jakimiś literackim produkcjami o podejrzanej wartości.

Te właśnie momenty życiorysu Bertolta Brechta wydobyła scenarzystka, nie pomijając także jedynego okresu zawodowego i finansowego triumfu, który zaznał dramaturg po sukcesie „Opery za trzy grosze”, która obiegła nie tylko sceny niemieckie czy europejskie. Zbrojewicz ukazuje wówczas twarz Brechta, który syci się zwycięstwem, pewnego siebie, ale i pełnego uroku. W niczym nie przypomina nerwusa w wykonaniu Bisty. Opanowany, wie, czego chce, idzie swoją drogą.

Spektakl został zbudowany jak klasyczny monodram. Oto Brecht u kresu swoich dni, nim odejdzie na zawsze, przypomina sobie epizody ze swego życia, opowiadane bez udziwnień, czyli po kolei, chronologicznie. Zaczyna się więc od okresu samych niepowodzeń, kiedy pisarz nie dojada, głoduje, mieszka kątem. Przypominają się karty z powieści Hamsuna „Głód”. Potem przychodzi czas sukcesu. Widać, że jest za słodko, bo już narasta brunatne niebezpieczeństwo. Brecht musi uciekać. Tuła się po przyjaciołach, w końcu trafia do Związku Radzieckiego, ale i tak nie odnajduje tam raju, zresztą wojna go dogania, ucieka więc z żoną za Ocean. Kiedy po jej zakończeniu okazuje się, że nic nie zapowiada zmiany sytuacji, a nawet jest gorzej, bo staje jako podejrzany przed wspomniana Komisją McCarthy’ego, przyjmuje zaproszenie ze Wschodnich Niemiec i tam zakłada swój własny teatr Berliner Ensemble.

Życie pełne goryczy, ze świadomością, że buntownicze plany i nadzieje obróciły się wniwecz. Ale choć życie może mu się wydawać przegrane, to przecież pozostały dzieła. I te właśnie dzieła przypominają songi, oryginalnie w tym spektaklu wyśpiewane, jak zawsze poruszające. Przy czym pomysł ich wprowadzenia do monodramu był świetny, nawet za cenę przełamania „czystości” gatunku. Oto aktorka zmaga się z songiem Brechta na umieszczonym z prawej strony sceny podeście w towarzystwie akompaniatora. Nie idzie to najlepiej i publiczność, która przecież dobrze zna songi Brechta, to wyczuwa. Wtedy interweniuje Brecht jako reżyser, poprawia, daje wskazówki i… okazuje się, że aktorka śpiewa lepiej, coraz lepiej, świetnie, choć inaczej od swych wielkich poprzedniczek. Ten rodzaj prezentacji bardzo podnosi temperaturę spektaklu, zwraca uwagę na osobowość pieśniarki.

Mocnym akcentem spektaklu stał się także cytat z przemówienia Hitlera (z oryginalnego nagrania) skonfrontowany następnie z monologiem Artura Ui w wykonaniu Emiliana Kamińskiego (z offu). W ten sposób do przedstawienia wdarł się powiew autentycznej grozy.

Zbrojewicz nie tyle gra Brechta, ile go reprezentuje. Zewnętrznie nie przypomina wyglądu pisarza, znanego z licznych fotografii. Ale nie o takie podobieństwo tu chodziło. Udało mu się ukazać pasjonata, który z upływem lat utrudzony i zawiedziony, ciągle pozostaje wierny swojej pisarskiej misji i pasji. „Jestem pisarzem!”, woła przed przesłuchującymi go przedstawicielami amerykańskich władz, którzy dociekają, czy jest komunistą. Przede wszystkim czuje się pisarzem. Prawda tej opowieści o pisarzu w trybach historii sprawia, że postać znana z podręczników ożywa, a sprawy, o które walczył, nabierają życia. Tylko czy ktoś będzie chciał to w Polsce pokazywać?

Tomasz Miłkowski

Tekst opublikowany w „Dzienniku Trybuna”

Leave a Reply