Z fotela Łukasza Maciejewskiego: GDY SIĘ MIAŁO SZCZĘŚCIE

O spektaklu „LILKA, CUD MIŁOŚCI” w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza:

Trzy kasety magnetofonowe, rejestracja koncertu Ewy Demarczyk w Teatrze Żydowskim. W moich licealnych czasach nie było jeszcze compact-disców czy „You Tube’a”, bo w ogóle nie było internetu. Słuchanie piosenek z płyt czy z kaset miało trochę inny, podejrzewam, że głębszy wymiar, podobnie jak adoracja audycji muzycznych Tomasza Beksińskiego, Piotra Kaczkowskiego czy „Pod dachami Paryża” Barbary Podmiotko. Na kilka lat przed pierwszym i jak się miało okazać również ostatnim koncertem Ewy Demarczyk w którym uczestniczyłem (bo artystka za moment zamilkła), znałem repertuar pieśniarki prawie na pamięć. Tych trzech kaset w radiomagnetofonie „Grunding” słuchałem na okrągło, aż do starcia kaset na wióry. „Pocałunki” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej z muzyką Zygmunta Koniecznego były zaś perłą w poetyckiej koronie. Arcydziełem nadwrażliwości.

 

„Gdy się miało szczęście, które się nie trafia: /Czyjeś ciało i ziemię całą – / A zostanie tylko, tylko fotografia, / To – to jest bardzo mało…”. Przypomniałem sobie o tamtym młodzieńczym afekcie słuchając „Pocałunków” w interpretacji Krystyny Tkacz w spektaklu „Lilka, cud miłości” w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza. Inna muzyka, wykonanie, podobne wzruszenie.

To wzruszenie wracało zresztą często podczas teatralnego wieczoru. Pawlikowska-Jasnorzewska jako liryk przerastała epokę, była współczesna, drapieżno-egzaltowana, a jej orężem było bezlitosne poczucie humoru. Żyła na przecięciu dwóch epok. Sielankowe dzieciństwo wnuczki Juliusza i córki Wojciecha Kossaka – wcześnie odkryty talent do komponowania słów jak obrazów. To były lata szczęścia. Potem już gorzej: nieudane mariaże, depresja, kłopoty ze zdrowiem. W końcu wojna, która zabrała poetce niemal wszystko, stała się katastrofą, trzęsieniem ziemi, karą za niepopełnione winy. Pawlikowska na emigracji w Anglii pisała: „Domu, domu wracaj, bo tak żyć nie sposób”.

Wybitna artystka, tragiczno-euforyczny życiorys, kurz zapomnienia. Faktem jest, że poza „Pocałunkami” oraz kilkoma innymi wierszami przerobionymi na piosenki, rzadko się dzisiaj wspomina Pawlikowską-Jasnorzewską, jeżeli już to w kontekście zdecydowanie popularniejszej siostry autorki „Baby dziwo” – Magdaleny Samozwaniec. Skromny spektakl Śmigasiewicza stara się przywrócić tę postać, pokazać siłę jej poezji. Głównym sukcesem reżysera jest przede wszystkim to, że nie przeszkadza aktorkom, a Marie są w przedstawieniu cztery. Magdalena Zawadzka gra Lilkę na emigracji, ciężko chorą, sceptyczną, pozbawioną złudzeń. Joanna Żółkowska to Pawlikowska-Jasnorzewska kokieteryjna, ironiczna i złośliwa. Afrodyta Weselak kreuje rozbudzoną intelektualnie pensjonarkę rojącą własne, dziewczyńskie jeszcze sny o potędze. Ukryta w ich cieniu Krystyna Tkacz to z kolei Jasnorzewska opowiadająca o życiu poezją. Tkacz interpretuje wiersze Pawlikowskiej w sposób przejmujący. Wspaniały, matowy głos aktorki wydobywa się jak gdyby z czeluści rozpaczy, pamiętającej jednak o antycypującej to uczucie bezpretensjonalnej radości. „Lilka, cud miłości” jest teatrem właściwie do słuchania. Zamiast reżyserskich fajerwerków aktorskie skupienie i słowo. Ma moc.

 

Łukasz Maciejewski

Leave a Reply