Teatr 2016

To już chyba jedno z ostatnich podsumowań ubiegłego roku. Tomasz Milkowski publikuje w tygodniku „Przegląd” swoje teatralne:

PLUSY I MINUSY

Jak co roku, pojawiają się jakieś sygnały, nowe mody, może trendy. Co przeminie, a co wzrośnie, czas pokaże. Tymczasem zebrałem po siedem plusów i minusów minionego teatralnego roku.

7 plusów

1. POCHÓD MICKIEWICZA

Trwał triumfalny pochód (powrót?) Mickiewicza, zapoczątkowany już w minionych sezonach m.in. imponującą rozmachem inscenizacją całych DZIADÓW w reżyserii Michała Zadary we wrocławskim Teatrze Polskim. W tym roku do pochodu dołączył Teatr Narodowy śmiałą, oryginalną inscenizacją wybitnego litewskiego reżysera Eimuntasa Nekrošiusa, wywiedzioną z ludowych korzeni z budzącą podziw kreacją Gustawa-Konrada. Przy czym cały spektakl rozgrywa się w cieniu wileńskiego (zniszczonego) pomnika Adama Mickiewicza dłuta Andrzeja Pronaszki.

Mieliśmy dzięki temu w tym samym czasie dwie konkurujące interpretacje naszego narodowego dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... i dwie porywające Wielkie Improwizacje Bartosza Porczyka (Teatr Polski we Wrocławiu) i Grzegorza Małeckiego (Narodowy). Teatr Narodowy postawił kropkę nad „i”, powołując do życia na scenie „Pana Tadeusza”, przygotowanego przez cały zespół pod batutą Piotra Cieplaka. Doprawdy trudno o wymowniejszy dowód związku współczesności i tradycji, a zarazem autentycznej siły polskiego teatru w jego jubileuszowym roku (250-lecie teatru publicznego).

2. OLIMPIADA TEATRALNA

Tak już tradycyjnie nazywa się wielkie teatralne święto organizowane w stolicach kulturalnych Europy. W tym roku tę zaszczytną funkcję pełniły Wrocław i San Sebastian. Wrocław jako gospodarz Olimpiady Teatralnej stał się miejscem najbardziej spektakularnego sukcesu polskiego i europejskiego teatru. To tutaj biło serce kulturalnej Europy, a Wrocław jako europejska stolica kultury dał świadectwo wielkich umiejętności, organizując dziesiątki wysokiej klasy zdarzeń, w tym zachwycającej Olimpiady Teatralnej z udziałem najznamienitszych artystów europejskich i polskich. Nigdy dość słów, aby pochwalić błyskotliwych twórców programów i równie wydolnych organizatorów tych wspaniałych kulturalnych świąt. Najwyższe słowa uznania należą się kuratorowi programu teatralnego ESK, dyrektorowi Instytutu Grotowskiego Jarosławowi Fretowi. Wykonał pracę godną najwyższego podziwu.

3. POWRÓT GLOBISZA

Wielki polski aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi..., Krzysztof Globisz po ciężkim udarze wraca na scenę. Ten powrót to część rehabilitacji, dzięki której pokonuje luki pamięci, walczy z afazją i niedowładami. Występuje w specjalnie dla niego napisanej sztuce „Wieloryb” Mateusza Pakuły w reżyserii Ewy Rysovej. Sztuka opowiada o tytułowym zwierzęciu (a gra go właśnie Globisz), wyrzuconym na brzeg i walczącym o powrót do normalnego życia. Spektakl jest przejmujący, a zarazem głęboki, a dzięki Globiszowi o silnym wydźwięku humanistycznym. Jego zredukowane aktorstwo w tym spektaklu objawia się z niebywałą siłą, budząc nadzieję na pełne życie. Wielki spektakl wielkiego aktora przygotowany staraniem Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie, inaugurujący tegoroczny festiwal „Boska Komedia”.

4. 50-LECIE WROSTJA

Nieczęsto to się zdarza, a może i pierwszy raz w Europie. Założony przez Wiesława Gerasa festiwal teatrów jednego aktora we wrocławskim Klubie Młodzieży Pracującej ZMS „Piwnica Świdnicka” (1966), znany dzisiaj pod nazwą WROSTJA – skrót od nazwy: Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora – przetrwał dziejowe zawieruchy, a nawet zmianę ustroju, i jest dzisiaj najstarszym festiwalem tego typu na świecie. Co więcej, szefem festiwalu, jego spiritus movens, a od lat dyrektorem artystycznym pozostaje Wiesław Geras. Taki podwójny jubileusz jest świadectwem rzadkiej wytrwałości i niezłomnego przekonania, że teatr jednoosobowy jest zjawiskiem wyjątkowym. Ad multos annos, panie Wiesławie!

5. MISTRZ MACIEJ PRUS

Mistrzowski spektakl Macieja Prusa na Scenie Studyjnej Teatru Narodowego: „Madame de Sade” Yukio Mishimy. To poddana dyscyplinie formalnej, zrytmizowana, pełna wewnętrznego napięcia opowieść o wzajemnie zadawanym bólu przez bohaterki tej wieloletniej bitwy o dominację. Każda z kobiet walczących o prawo wyłączności do markiza prowadzi własną grę, a obrane maski przylegają idealnie do wystudiowanych póz i zależności. Maciej Prus – za Mishimą – nawiązuje do źródeł teatru japońskiego, balansując na granicy tajemniczej formy Teatru nō. Wszystkie aktorki (Kluźniak, Wiśniewska, Suszyńska, Justa, Ścibakówna, Gryszkówna) grają wyśmienicie, portretując bohaterki tego mrocznego dramatu, ograniczając gestykę i ruch do wyznaczonych przez reżysera trajektorii. Jeśli tak można powiedzieć: porywająca dyscyplina wykonania.

6. „ZAPISKI I RYSUNKI” XYMENY ZANIEWSKIEJ-CHWEDCZUK

Książka ukazała się formalnie w roku 2015, ale do czytelników dotarła tydzień przed śmiercią artystki. To nie jest książka jednorazowego użytku, to wydawnicze arcydzieło, w którego wnętrzu kryje się wyjątkowy świat wybitnej polskiej artystki Xymeny Zaniewskiej-Chwedczuk, kobiety odważnej, nieustępliwej, aż zatrważająco pracowitej, niekryjącej swoich lewicowych wyborów, o których zresztą pisze w tych wspomnieniach z lekkością i dowcipem: „I jak tu się teraz dziwić moim lewicowym poglądom? Dwie wyższe uczelnie za darmo i za mąż wychodziłam za kogo chciałam”. Iwo Zaniewski, jej syn, który książkę graficznie opracował (a właściwie wypieścił), na spotkaniu promocyjnym w Instytucie Teatralnym powiedział, że w domu rodzinnym żyło mu się jak w raju, jak w jakiejś cudownej enklawie, że w ogóle artystom żyło się w PRL-u jak w raju. Jak żyje się po wygnaniu z raju, każdy widzi.

7. TEATROTEKA

Parę lat temu Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, wsparta przez Ministerstwo Kultury, rozpoczęła realizację projektu TEATROTEKA. Pomysł był (i jest) przedni. Chodziło o stworzenie szansy realizacji młodej dramaturgii, która mogłaby trafić na ekrany telewizyjne jako nowa formuła Teatru Telewizji. Przy czym chodziło również o otwarcie możliwości sprawdzenia się młodych realizatorów: reżyserów, scenografów, kompozytorów. Słowem o skonstruowanie mechanizmu, który owocowałby produkcją nowych spektakli, a jednocześnie otwierał drogę młodym twórcom. Dzięki temu zamysłowi powstało 25 nowych spektakli – niezła kolekcja!, wśród nich część już bardzo wysoko ocenionych, m.in. „Walizka” w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego, obsypana nagrodami podczas festiwalu „Dwa Teatry” w Sopocie. Ostatnio do tych laurów doszła Nagroda im., Stefana Treugutta dla reżysera. Gratulacje dla inicjatorów i opiekunów cyklu, dyrektora Włodzimierza Niderhausa, Macieja Wojtyszki i Krzysztofa Domagalika.

7 minusów

1. WYGNANIE ŻYDOWSKIEGO

To nie była wprawdzie likwidacja Teatru Żydowskiego im. Estery Rachel i Idy Kamińskich, ale wygnanie. Pod koniec ostatniego sezonu teatralnego Żydowski stał się teatrem bezdomnym. Trudno pojąć, dlaczego do takiego stanu dopuściły władze stołecznego Ratusza i Ministerstwo Kultury. Podobno były bezradne, bo nie do nich należał budynek teatru. W ten oto sposób „święte” prawo własności mogło natrząsać się ze wszystkich, w tym także z darczyńców, którzy ongiś podarowali polskim Żydom działkę na placu Grzybowskim z przeznaczeniem na teatr po wsze czasy, a także kpić z tych wszystkich, którzy przed laty przyczynili się do wzniesienia tego pięknego budynku. Nie przyjmuję do wiadomości, że to wewnętrzne porachunki środowisk żydowskich, że to Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów chciało zrobić na złość Gołdzie Tencer. Ktoś tu stracił poczucie miary i sensu. Nie do wybaczenia.

2. DYREKTOR KONKURSOWY

Władze samorządu dolnośląskiego poszły w zaparte i z uporem godnym lepszej sprawy wprowadziły na fotel dyrektora wrocławskiego Teatru Polskiego Cezarego Morawskiego, aktora bez poważniejszych doświadczeń menadżerskich czy sukcesów reżyserskich. Gwoli prawdzie Morawski wygrał konkurs, ale tylko dlatego, że właśnie – nie wiedzieć z jakiego powodu – włodarzy samorządu najwyraźniej zauroczył tak dalece, iż nie licząc się z oczywistymi konsekwencjami pozostały głuche na wszelkie ostrzeżenia. W ten sposób jednemu z czołowych polskich teatrów, o międzynarodowym prestiżu przetrącono kręgosłup, skazując wrocławski Polski na artystyczny niebyt. Wielka strata, której nikt nie zapobiegł, także poprzedni dyrektor, który też ma w tym wątpliwym dziele swój udział.

3. KINOMANIA

Nasila się w polskim teatrze kinomania, czyli przekładanie scenariuszy filmowych na spektakle teatralne. W ten sposób teatr chce odzyskać część publiczności i wykazać się wdzięcznością wobec kina, które w przeszłości żywiło się (i nadal żywi) teatrem. Czasem takie teatralne adaptacje scenariuszy filmowych wychodzą, ale najczęściej kończą się źle. Tak jak realizowane przez Radosława Rychcika przekłady scenariuszy o niejakim Ripleyu, które przetwarzane na teatr okazują się nudnymi piłami. W ostatnim przekładzie (w Teatrze Studio), „Ripley pod ziemią”, Rychcik przyozdobił scenariusz teatralny sążnistym monologiem opartym na wywiadzie Marlona Brando, czyli trwającym niemal 40 minut monodramem (w ciekawym skąd skądinąd wykonaniu Marcina Bosaka), niewiele mającym wspólnego z całą resztą, i… sfilmowanym finałem obrazującym scenę miłosną, wlokąca się flaki wołowe. Nieudana także była przeróbka „Dogville” Larsa von Tiera na spektakl w stołecznej Syrenie w reżyserii Aleksandry Popławskiej i Marka Kality. Rzecz miała znamiona paradoksu – film zrealizowany w konwencji teatralnej miałżeby się nagle ubrać w teatrze w konwencję… filmową? Nie jestem szczególnym admiratorem tego filmu von Tiera, ale realizacja ujawniła idiotyzm takiej operacji. Co nie zmienia faktu, iż pojawienie się w tym spektaklu dawno niewidzianego Jerzego Nasierowskiego, upozowanego na Davida Bowie było samo w sobie smakowitym wydarzeniem.

4. IRYTUJĄCY „KOMEDIANT”

Jestem więcej niż pewien, że Agnieszka Olsten zabrała się za „Komedianta” Thomasa Bernharda (Teatr Jaracza w Łodzi), dla jednej kwestii socjopaty Bruscona, objazdowego, a niegdyś stołecznego aktora: „Najważniejsze to/ irytować/ nie jesteśmy tu po to/ żeby sprawiać ludziom/ przyjemność/ Teatr/ nie jest instytucją/ powołaną do sprawiania przyjemności”. Ktoś, kto zetknął się z przedstawieniami w reżyserii Agnieszki Olsten, może uznać, że to właściwie jej credo. Jeśli ktoś lubi taki teatr, trudno, bo ja – nie lubię. Olsten postanowiła irytować i pod tym względem „Komediant” nie zawodzi. To spektakl pod każdym względem irytujący: połowy, co mówię!, 80. procent tekstu nie słychać, połowy scen nie widać, poza tym widz znajduje się wciąż w sytuacji opresyjnej, może oberwać w głowę drabiną, jeśli nie będzie czujny, albo zaplątać się w kable. Agnieszka Kwietniewska, obsadzona w roli Bruscona, wypluwa z siebie z wściekłością ogromny monolog zajmujący prawie cały tekst sztuki, ale widzowie większej części tej roboty nie są w stanie docenić ze względu na pomysł reżyserki, która zamienia teatr w zaniedbaną gospodę, gdzie nie ma warunków do uprawiania teatru. Może to miał być manifest przeciw teatrowi w objeździe, ale jeśli tak, to Olsten spóźniła się o pół wieku – dzisiaj objazd to dla teatru wyjątkowe święto…

5. NIEDOCZYTANE „KSIĘGI JAKUBOWE”

Ewelina Marciniak, która zebrała cięgi za „Śmierć i dziewczynę” wg Jelinek we wrocławskim Teatrze Polskim za domniemane (?) porno, wzięła się za „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk (warszawski Teatr Powszechny). Zamiar ambitny, ale wynik mierny. Reżyserkę najwyraźniej bardziej pociągała warstwa erotyczna powieści (której nie lekceważę, bo ważna), toteż jej energia skupiła się na ukazaniu scen orgiastycznych, a rozbieranie aktorów do rosołu uznała za swój artystyczny sukces. Popełniła przy tym trudny do zrozumienia błąd obsadowy. Mając w zespole do dyspozycji takiego aktora, jakim jest Bartosz Porczyk, idealnego, naturalnego kandydata do głównej roli Franka, wolała obsadzić w tej roli ładnego, ale mało utalentowanego Wojciecha Niemczyka, co oczywiście znacznie obniżyło rangę scen z udziałem charyzmatycznego przywódcy religijnego. Powstał spektakl kulawy, w którym zdarzają się sceny rozegrane z rozmachem, dowcipne czy poetyckie, na przykład z udziałem animowanych lalek, czy brawurowe sceny groteskowe (duet Kossakowskiej-Drużbackiej, czyli Agaty Woźnickiej i Elizy Borowskiej), ale całość rozsypała się, przynosząc widzom rozczarowanie. Pozostaje jedna rada – trzeba sięgnąć po tę fascynującą książkę i samemu sobie zafundować teatr wyobraźni.

6. „FRANCUZI” BEZ ZACHWYTU

Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca? Aż kusi, żeby tak powtarzać za Gombrowiczem. Krzysztof Warlikowski bowiem znalazł się w niebezpiecznym momencie swej drogi artystycznej. Pokazał wcześniej wielkie możliwości, pokazał, jak pracuje z aktorami, jak kształtuje przestrzeń teatralną, jak buduje machinę do grania, ale pokazał też brak dyscypliny, samouwielbienie, skłonność do poddawania się adoracji. Tak jest z „Francuzami” wg Marcela Prousta w Nowym Teatrze. Intencje miał zapewne szlachetne, aby ukazać umierającą Europę, ale najwyraźniej przedstawienie jest takie jak dekoracja(łac. decoratio), zasadnicza część (por.:) scenografii, ...: zamknięte w pleksiglasowej bryle, niedostępne, obce, w gruncie rzeczy niezajmujące i niemiłosiernie długie. Zachwyty nad kreacjami aktorów w tym przedstawieniu uważam za przesadzone. To w większości popisy pozbawiane głębi, szkice ról (może poza monologiem Agaty Buzek z „Fedry” w finale). Coś się dzieje niebezpiecznego: teatr Warlikowskiego zbyt się sam sobie podoba, a to prosta droga do martwoty artystycznej.

7. NIKT SIĘ NIE BOI VIRGINII WOOLF

Mawia się, że w teatrze są tzw. samograje, ale to złuda. Za jeden z takich pewniaków, który zawsze przynosi sukces, uchodzi psychodrama Edwarda Albee’ego „Kto się boi Virginii Woolf”. Wystawiony jednak przez Jacka Poniedziałka (w jego własnym przekładzie) w Teatrze Polonia okazał się niewybuchem: Ewa Kasprzyk grała za ostro, Ryszard Dracz był zbyt wycofany, a młodzi w ogóle byli nieobecni (Agnieszka Żulewska i Piotr Stramowski). W rezultacie spektakl się rozleciał i nikogo nie przestraszył. Krystyna Janda, która umie wyciągać wnioski z porażek, zmieniła obsadę młodych, czując, że tego się nie da utrzymać w repertuarze – Agnieszka Więdłocha i Antoni Pawlicki zagrali młodych. Tego spektaklu jednak nie widziałem, podobno było znacznie lepiej. To tylko potwierdza, że samograje nie istnieją. Teatr to nie fabryka – każdy spektakl to prototyp.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz