Dziesiąta opera

 

28 września 2012, po siedmiu latach budowy, otwarto dziesiątą w Polsce operę. Jest to Opera i Filharmonia Podlaska – Europejskie Centrum Sztuki w Białymstoku. Nie wdając się w pytania o celowość otwierania opery w mieście jednak nie największym, w koszta utrzymania, pytania o frekwencję, możliwości wykonawcze, zajmijmy się samym galowym wieczorem i urokami budynku.

Budynek zaprojektował Marek Budzyński – znany projektant warszawskiego Ursynowa, budynku sądów na pl. Krasińskich (zwanego przez wdzięcznych sąsiadów „zielonymi grabiami”) i BUW-u, w którym nie da się czytać książek. Uroda Opery jest kontrowersyjna. Budynek stoi w parku, w sąsiedztwie Białostockiego Teatru Lalek, częściowo wbudowany w parkowy pagórek. Zielony. Betonowy. Opleciony zielenią, wygląda jak nie do końca foremna babka wielkanocna, za to ma rzeczywiście efektowny front przy parkowej alei. Szatnia, foyer zgodnie z obecnymi tendencjami architektonicznymi w dziedzinie teatru, dość siermiężne i skromne, chyba jednak nieco przyciasne. Widownia z betonu z rzędem figur pod sufitem, amfiteatralny parter i balkon z lożami. Sala w kolorze czarnym, fotele intensywnie zielone z ciemnoróżowymi, pluszowymi, obiciami. Hm… Ja byłam w czarnej sukni, ale znajoma w modnym błękicie królewskim gryzła się z nimi aż zęby bolały. Akustyka sali lepsza dla orkiestry niż śpiewaków.

Na inauguracji, oprócz władz miejscowych, ministra Zdrojewskiego z ekipą, Macieja Klimczaka z Kancelarii Prezydenta, byli obecni: czterej biskupi rzymsko-katoliccy, dwaj biskupi prawosławni, jeden wielki mufti, wdowa po prezydencie na uchodźctwie Helena Kaczorowska, dwóch ministrów państw ościennych, pięciu ambasadorów i jeden nikomu nieznany człowiek we fraku i przy orderach. Poza tym byli wszelcy urzędnicy państwowi i samorządowi, ale zabrakło tych, którzy być powinni: dyrektorów wszystkich polskich oper, dziennikarzy muzycznych, muzykologów. W końcu otwarcie opery to święto świata muzycznego, a nie biurokracji.

A na inaugurację zgodnie z tradycją dano naszą narodową operę na specjalne okazje – „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki (reż. Roberto Skolmowski, scen. Paweł Dobrzycki, dyryg. Mieczysław Dondajewski). Nie bez kozery – była to dokładnie, co do dnia 147 rocznica warszawskiej prapremiery. Lepiej czy gorzej – nie w tym teraz rzecz, ważne wydaje się odwołanie do tradycji, jej poszanowanie (w końcu Teatr Wielki w Warszawie też otwierano „Strasznym dworem”).

Na początek wykonano „Fanfarę na uroczystość” Jerzego Maksymiuka, „człowieka stąd”. Przemawiali marszałek województwa podlaskiego i minister, przy czym się okazało, że marszałek nie wiedział co to gong – a jednoczesne uderzenie w gong przez nich obu było warunkiem podniesienia kurtyny…

Ale w końcu się podniosła…

 

Magdalena Raszewska

Dodaj komentarz